RSS
poniedziałek, 24 września 2012
Tak mnie ostatnio wciagnał ten cały oflajn, iż przegapiłam zajebiście, ale to zajebiście ważna datę. Przegapiłam drugie urodziny swojego blogaska! SKANDAL Co więcej nikt nie przesłał kwiatów, szampana, ani nawet marnego pierścionka z brylantem. Kancelaria prezydenta, oraz Pan Minister Sikorski również sie nie popisalii - nikt nie zadzwonił z podziękowaniami za te miesiace starań nad ocieplaniem, wcześniej stosunków Polska-Rosja, a teraz Wiejska - Downing Street. Sorry, ale ta silikonowa Wunderwaffe może mi co najwyżej buty czyścić. Happy birthday to me.
00:05, siberry
Link Komentarze (5) »
wtorek, 18 września 2012

Kiedy ponad dwanaście miesięcy temu wylądowałam na Heathrow ze swoimi czerwonymi walizkami byłam przekonana, że przyjeżdżam do Londynu dokładnie na dwa lata.

Propozycję pracy w szklanym biurowcu nad Tamizą przyjęłam bez namysłu wychodząc z założenia, że to doskonały moment, żeby wywrócić całe swoje życie do góry nogami. Wywrócić, ale na z góry określony korpo-kontraktem okres. Plan był prosty.

Wyjechać. Zrobić swoje. Utyć w doświadczenia. Wrócić.

Wyjeżdżałam z myślą, że za dokładnie dwadzieścia cztery miesiące wrócę do swojego mieszkania z widokiem na panoramę Warszawy, że będę znowuż jeździć na rowerze wzdłuż Wisły do utraty tchu, że będę ponownie stać w kilometrowych korkach wyśpiewując z całych sił słowa ulubionych piosenek, że w lepkie letnie wieczory będę przesiadywać na europalecie na Powiślu z zimnym piwem w ręku. Ba, nawet planowałam zamienić się w córkę marnotrawną i uskutecznić wielki come back do tej zatłoczonej, acz kultowej salki w Klubokawiarni.

A teraz? A teraz im dłużej tu jestem, tym mniej chcę wracać. Z lekkim niepokojem uświadomiłam sobie, że jestem już na półmetku. A przecież mam jeszcze tyle miejsc do odkrycia, tyle dźwięków do usłyszenia i tyle smaków do spróbowania.

Londyn mnie wciągnął. Energia tego miasta sprawiła, że odżyłam. Potrzebowałam pokonać tę odległość 1750 km żeby złapać nową perspektywę. Przestałam rozpamiętywać przeszłość, wyciągać trupy z szafy i korcić się za swoją naiwność w poprzednim związku. Liczy się tu i teraz. Przestałam myśleć co inni myślą o mnie, tylko skupiłam się na tym, co ja powinnam myśleć o sobie. Robię swoje, zbytnio nie oglądając się na oczekiwania innych. Sib, bo ty powinnaś to, bo ty powinnaś tamto... Otóż nie. Właśnie chodzi o to, że już nic nie muszę. Nic. No dobra, jedyne co muszę to zawlec swój zad do pracy, bo wypłaty nie rosną na drzewach, ale wszystko inne zależy tylko i wyłącznie ode mnie. Duży krok w stronę zdrowego hedonizmu. Nie chcę żeby to zabrzmiało pretensjonalnie, ale w mocno egoistyczny sposób skoncentrowałam się na sobie i jest mi z tym cholernie dobrze. 

Być może dlatego coraz rzadziej piszę. O wiele łatwiej jest wypruwać flaki na klawiaturę niż ubrać w słowa spokój, a może nawet, tfu, tfu, jakieś tam szczęście.

23:43, siberry
Link Komentarze (15) »
czwartek, 13 września 2012

Im dłużej wpatruję się w bezgłośnie migający kursor na jaskrawym ekranie monitora, tym większą mam pustkę w głowie. Kilogramy myśli, niedokończonych zdań i pojedynczych słów głębi się pod opuszkami palców, ale nie chcą ułożyć się w żadną sensowną całość. 

Coś się kończy, coś się zaczyna. Najpierw nie możesz złapać oddechu, bo pomimo pierwszego jesiennego chłodu krew gęstnieje pod skórą i całe ciało zaczyna pulsować, kiedy w tle leniwie obraca się London Eye. Mijają minuty, a może godziny, nie wiem, nie obchodzi mnie to, całkowicie tracę poczucie czasu. Pierwsze orzeźwienie przychodzi, dopiero kiedy zaczynam czuć chłód nocy kąsający mnie po gołych nogach i gładkich stopach. Później, już stojąc w ostrym świetle stacji metra, znowuż zaczyna kręcić mi się w głowie, ale już z zupełnie innych powodów. Korcę się w myślach, oddychaj dziewczyno, weź się w garść, wdech-wydech, wbijam wzrok w podłogę i wiem, doskonale wiem, że to koniec, że to był ostatni raz.

Patrzę mu prosto w oczy, nie pamiętam już co mówię, ale wiem, że to ja znowuż muszę być ta rozważna, a nie romantyczna. Tylko raz, tylko na sekundę, załamuje mi się głos. Niestety jestem tak skonstruowana, że najczęściej myślę głową, a nie dupą. Raz podjęta decyzja nie podlega negocjacjom, bo jestem cholernym uparciuchem, ale uparciuchem z jakimiś tam zasadami. Tu i teraz, przed tą stacją metra, rysuję grubą linię, mind the fucking gap, bo on mówi jedno, a robi drugie. Sprzeczne informacje i wytarte niczym burdelowa wycieraczka: chciałbym, ale się boję. Zupełnie jak baba. Podchodzę jak do jeża do osób, które zmieniają poglądy niczym chorągiewka na wietrze, a tym bardziej nie mają jaj żeby skończyć coś do czego sami dążyli z taką determinacją. Konsekwencja w słowach i czynach - chyba tylko to nie pozwala mi zwariować. 

Impulsywnie wyswobadzam się z jego ramion, nawet na chwilę nie odwracam wzroku, tylko stukając tymi absurdalnie wysokimi obcasami oddalam się pośpiesznie. Chcę jak najszybciej zniknąć w podziemiach metra, zgubić się w plątaninie ludzi, wskoczyć do pierwszego lepszego pociągu. Chcę wtulić się w chłód pościeli w mojej może i londyńskiej, ale pustej sypialence.

00:16, siberry
Link Komentarze (6) »
środa, 29 sierpnia 2012

Duński towar eksportowy wyjechał na parę tygodni tam, gdzie jego miejsce, a mianowicie do Danii, w końcu to towar legitymujący się certyfikatem jakości made in Denmark. Jak powszechnie wiadomo, ta cała Dania jest za siedmioma górami, siedmioma lasami, czyli generalnie wpizdu daleko. W związku z tym nie ma tam fal teleradiowych, a co za tym idzie internet niet oraz telefon komórkowy toże niet. Białowłosi tubylcy komunikują się za pomocą gołębi pocztowych, a taki gołąb na trasie Kopenhaga-Londyn może co najwyżej się zesrać. Wszystko powyżej doskonale tłumaczy, dlaczego DTE od czasu wyjazdu przepadł niczym kamień w wodę, a raczej niczym resztki godności rudowłosego księcia Harrego, kiedy to cały świat ujrzał jego bladą dupę. Czasami nachodzą mnie takie mało chrześcijańskie myśli, że może potrącił go autobus, amputowali mu obydwie ręce i biedny, pozbawiony możliwości kontaktu za mną, usycha z tęsknoty. Jednak jestem już zbyt dużą dziewczynką, żeby nie zdawać sobie doskonale sprawy, że jeżeli facet czegoś chce to stanie nawet na rzęsach żeby to zdobyć, a jak mu niezależy nie kiwnie nawet palcem w bucie. W ramach pocieszenia, tudzież tak zwanego klina, umówiłam się na randkę z Austryjakiem. Nie wiem, kto bardziej się zdziwił, ja czy on, kiedy okazało się, że ja jestem 5 lat starsza niż on myślał, a on 5 lat młodszy niż ja się tego spodziewałam. Tak wiem, znam to, age is just a number, ale sorry, ja mu nie będę pomagała wieczorami pisać aplikacji o pracę do banków w City. Mhm, to był tegoroczny absolwent. Zdaje się, że to mogłoby podchodzić pod jakiś paragraf.

Wczoraj na firmowej kolacji siedziałam obok pyskatego Włocha, który znany jest głównie z tego, iż polityczną poprawność ma głęboko w dupie. Być może to jeden z powodów dla których tak dobrze się dogadujemy, zwłaszcza po paru kieliszkach wina. Włoch z typowym dla siebie urokiem zapytał dla kogo wystroiłam się tę obcisłą kiecę, bo chyba nie po to eksponuję swój kardashianowy tyłek (WTF? sukienka była do kolan, jak Matka Boska Korporacyjna przykazała), żeby go samotnie grzać dziś wieczorem w wyrze. Następne w kolejce były zjebki, czytaj kołczing, czyli próby uświadomienia mi, że czas w końcu pójść na kompromis, znaleźć sobie faceta, wziąć ślub, urodzić mu dwójkę dzieci, pamiętając o tym, że dzieci służą głównie jako spoiwo związku, bo bez nich o wiele łatwiej jest powiedzieć fajnie było, ale się skończyło, a tak przyzwoitość nakazuje, żeby przynajmniej poczekać, aż będą w klasie maturalnej zanim pierdolnie się drzwiami od mieszkania kupionego na kredyt we frankach szwajcarskich. 

W pewnym momencie Włoch pokazuje głową na drugą stronę stolika, gdzie siedzą zadbane, dobrze ubrane kobiety w bliżej nieokreślonym wieku (czyli coś pomiędzy 35-45), które na pierwszy rzut oka wyglądają jakby miały wszystko, a tak naprawdę wracają co wieczór do pustego mieszkania i pyta: Sibdo you want to end up like them?!

Nie chcę. Nie chcę. Nie chcę.
Boję się.

22:27, siberry
Link Komentarze (17) »
niedziela, 26 sierpnia 2012

W zależności od preferencji do Holandii można pragnąć przyjechać w celach botanicznych (tulipany), mikologicznych (magic mushrooms), anemologicznych (wiatraki), tudzież anatomicznych (prostytucja). Można też wziąć sprawy w swoje ręcekupić bilet w jedną stronę, wsadzić do paszczy jednego obola i na miejscu poddać się legalnej eutanazji. Ewentualnie jeżeli męczy cię lżejsza odmiana egzystencjonalnego spleen'u to można też utopić smutki w Heinekenie, albo podnieść swoje morale za pomocą paru buchów. Ponoć towar prima sort (tak mówią na mieście).

Jednak moim skormnym zdaniem, najcenniejszym zasobem naturalnym Holandii są mężczyźni. Jeszcze nigdzie na świecie nie spotkałam się z takim stężeniem przystojnych, wysokich, zadbanych facetów na metr kwadratowy. Szczęka opadała mi do podłogi średnio raz na dziesięć minut i dopiero na drugi dzień przestałam dostawać ślinotoku oraz bezwstydnie oglądać się na ulicy za tymi wyrośniętymi na lokalnym mleku i serze przystojniakami. Mniam, chrum i mlask. Nareszcie miałam też okazję poczuć się niska (nawet w szpilkach), co zdarza mi się niezwykle rzadko, zwłaszcza wśród brytyjskich przykurczów. Jednak Matka Natura ma złośliwe poczucie humoru, bo z kolei niderlandzkie dziewczęta mają w sobie coś z konia.

Holendrzy to wyluzowany, ale zarazem praktyczny naród mocno stąpający, a raczej pedałujący (excuse my French) po swoim niewielkim królestwie, którego ponad połowa terytorium leży poniżej poziomu morza. W tym miejscu należy zauważyć, iż na rowerze nie jeździmy dla przyjemności, ani tylko wtedy kiedy jest ładnie, świeci słońce i wesoło ćwierkają ptaszki. Rower to środek transportu i absolutnie nie służy do bezsensownego jeżdżenia po parku, albo nie daj Boże wzdłuż rzeki bez celu. Rower służy tylko i wyłącznie do tego, żeby przemieścić się z punktu A do punktu B. Po co gdzieś pójść skoro można tam pojechać na rowerze? Wsjo panjatna? Nie ważne, że pada deszcz, walą pioruny, albo wieje porywisty wiatr. Rowerzysta to taki holenderski odpowiednik świętej krowy - zawsze i wszędzie ma pierwszeństwo i nie zawaha się go użyć. Na przykład próbując mnie rozjechać po 23, kiedy próbowałam odnaleźć swój hotel.

Bardziej od Niemców, Holendrzy nie znoszę chyba tylko wydawania pieniędzy. Stereotyp mówi, że typowe holenderskie wakacje to spędzenie trzech tygodni w przyczepie na kempingu gdzieś na południu Francji i żywienie się wyłącznie żarciem przywiezionym z domu. Myślałam, że to żart, ale lokalne supermarkety w okresie wakacji autentycznie organizują promocje w stylu: A czy Ty kupiłeś już wystarczającą ilość jedzenie w puszkach na wakacje? Wyczuwam niszę dla naszego Paprykarza Szczecińskiego.

Oprócz cholernie przystojnych chłopców z blond czuprynami i niebieskimi oczami, w Holandii wciągnęło mnie życie nocne. Nawet w z pozoru nudnej jak flaki z olejem, Hadze jest rynek (plein), ma którym jest pełno restauracji i barów, których parkiet spontanicznie zamienia się w densflor. Tu absolutnie nie ma miejsca na londyńskie zadęcie, cekiny i niebotyczne szpilki. Chodzi o dobrą zabawę, spontaniczne wybuchy śmiechu, a nie udawanie, że jest się bardziej posh od Vicotorii Beckham ze sztywnym kijem w tyłku. Dziewczyny ubrane są w dżinsy, zwykłe topy, więc razem z Rosjanką wyglądałyśmy trochę jak te szczury na otwarciu kanału. Być może tylko, dlatego stojąc przy barze otrzymałam ofertę zamążpójścia [Hi, I don't you, but will you marry me?]. Pan prawnik do tej pory wypisuje do mnie krótkie wiadomości tekstowe chociaż w ostatnim sms'ie stwierdził I give up...I'll become gay po mojej odmowie wspólnego wyjścia na kolację. Bo ja zamiast siedzieć w restauracji i prężyć przed nim cycki wolałam po prostu poszwędać się po Roterdamie i poczuć atmosferę tego portowego miasta.

Witte de Withstraat to ulica przepełniona bezpretensjonalnymi barami, ot na przykład jak ten, w którym w menu jest raptem garść klasycznych drinków, ale za to wielkimi literami jest napisane, że pracujący tu barmani lubią wyzwania. Powiedziałam więc, że uwielbiam niespodzianki, miętę i gorzki smak limonki - zamiast mohijto dostałam przepysznego drinka, którego składu absolutnie nie pamiętam. Z kolei najlepszy sea food w mieście podają tutaj. Restauracja znajduje się w przepięknym budynku z historią, bo właśnie tam od 1873 roku znajdowała się siedziba Nederlandsch Amerikaanse Stoomvaart Maatschappij [spróbuj to wymówić dopiero po paru drinkach], czyli firmy która trudniła się sprzedawaniem marzeń, czyli transportem europejskich imigrantów do USA, a konkretnie do Nowego Jorku. Zaraz obok knajpy jest Nederlands Fotomuseum, które też jest niczego sobie. 

Lubię Holandię za to, że nawet z kierowcą tramwaju można dogadać się po angielsku. Lubię ich za ich bezpośredniość i prostolinijność, które czasami są mylone z arogancją. Lubię ich otwartą główę i fakt, że przeciętny wzrost mężczyzny wynosi powyżej 181 cm. O Holandii mogłabym pisać jeszcze długo, ale w związku z tym, iż właśnie postanowiłam tam niedługo zamieszkać [głównie dlatego, że ładnie mi w pomarańczowym] muszę sobie zostawić tematy na nowe notki. 

Aha. Jakby ktoś miał w planach iść w Holandii do kina na Zakochani w Rzymie to nie polecam. No chyba, że znacie włoski, tudzież niderlandzki to wtedy skumacie drugie 50% filmu. Nie to co ja.

23:49, siberry
Link Komentarze (5) »
piątek, 24 sierpnia 2012

Wtaczam się do biura w Holandii. Na recepcji siedzi babol w bliżej nieokreślonym wieku. Ostatni raz uśmiech na jej twarzy zagościł plus/minus dziesięć lat temu. Z wrodzą gracją i wdziękiem pytam się, czy moglabym poprosić o stały dostęp do biura zamiast za każdym razem anonsować się z odpowiednim wyprzedzeniem. Pani recepcjonistka z typową holenderską gościnnością odpowiada: Prosić zawsze możesz. 

Holenderski sektor usługowy może jedynie konkurować na świecie z tym francuskim. Siedzę w knajpie z koleżanką. Mamy stolik na zewnątrz, świeci słońce, więc zbytnio się nie przejmujemy, że jeszcze nikt z obsługi nie zauważył naszej obecności. Mija 10 minut, 15, 20, więc powoli zaczynamy robić się głodne, a co najważniejsze aura sprzyja żeby zwilżyć usta w schłodzonej cavie, albo chociaż białym, półwytrawnym. Rosjanka nie wytrzymuje i idzie do środka żeby załatwić menu. Wraca i mówi: ja nie wiem czy ja dam radę tutaj mieszkać. Zapytałam się kelnera czy dostaniemy menu. I wiesz co on miał mi czelność odpowiedzieć?! Yes, that's probably a fair assumption. 

Zbieram materiał, w tak zwanym, terenie na temat typowego holenderskiego look'u. Stay tuned.

15:21, siberry
Link Komentarze (8) »
niedziela, 19 sierpnia 2012

Mam tendencję do popadanie w ekstrema, w stylu wszystko, albo nic. W tym tygodniu byłam na siłowni pięć razy. Mój przekory charakter sprawia, że lubię udowadniać sama sobie, że mogę więcej niż mi się wydaje. Doszło do tego, że wymykam się w angielskim stylu z firmowej kolacji, bo doskonale wiem, że ona skończy się w środku nocy po kilkunastu butelkach zbyt drogiego wina, a ja przecież następnego dnia muszę być o siódmej rano na spinningu, a nie oddawać się w czułe objęcia kaca. Do pracy przynoszę własnoręcznie zrobiony lunch, bo tylko wtedy mam pewność co jest w środku. W lodówce jogurty naturalne, świeży szpinak, ogórek, pomidory i cała masa nowalijek. Nie marzy mi się figura anorektyczki, która może złamać się w pół po zbyt mocnym ściśnięciu w talii, ale chciałabym bez kompleksów maszerować po plaży w kusym bikini. Wysportowana sylwetka, a nie wystające kości, a tym bardziej wylewający się tłuszcz z dopasowanych jeansów. Zresztą przy gabarytach mojego tyłka to i tak nie byłoby osiągalne. Jeszcze dłuuuuga droga przede mną, ale w końcu odnalazłam w sobie tę cholerną motywację. Nie jest źle, ale będzie lepiej, a każdy zakwas przybliża mnie do wyznaczonego celu.

Z ciekawostek przyrodniczych, to w piątkowy, zakrapiany alkoholem wieczór dowiedziałam się, że wyglądam jak hot dominatrix. Być może ta czarna, skórzana sukienka w komplecie z włosami ciasno związanymi w gładki, zaczesany wysoko do góry kucyk, szpilkami na cieniutkim obcasie i Russian Red na ustach to było lekkie przegięcie. Przyznam się, wahałam się przez krótką chwilę, czy wyjść w stylizacji na-dominę do ludzi, ale na rany Jezusa, toż to Londyn przecież. Gdzie, jak nie tu? Kolega dał mi feedback, że on nigdy nie odważyłby się do mnie podejść, bo ponoć na pierwszy rzut oka wyglądam na niedostępna i takie tam inne przymiotniki z serii cold-as-ice. I to wcale nie przez moją piątkową stylizację w stylu przed-wyjściem-buszowałam-w-szafie-Sashy-Grey. Katarzyno Tusk, co robić? Jak żyć? Przeżyłam lekki szok, bo to dość duży dysonans, z tym jak ja postrzegam samą siebie. Skórzanych kiec raczej nie zamienię na kobiece, rozkloszowane sukienki w polne wzory z makami, zbożem i motylkami, bo takowych nie posiadam, ale zapewne mogę częściej ugryźć się w język i trzymać na wodzy mój sarkazm. Być może powinnam bardziej trzepotać rzęsami, nawijać długie kosmyki włosów na palce i częściej z rozbrajającym uśmiechem na ustach mówić, że pracuję jako stewardessa.

Inside every cynical person, there is a disappointed idealist.  

16:30, siberry
Link Komentarze (10) »
wtorek, 14 sierpnia 2012

Nawet w ciągu dnia, boję się przymknąć na chwilę powieki, bo kąsają mną reminiscencje tak intensywne, że czuję pod skórą gęstniejącą krew i przyspieszony oddech. To dla mnie zupełne novum. Panna Cholerna Konsekwencja nagle pozjadała wszystkie rozumy i brnie w coś za co można jedynie dostać po łapach i wypiętym tyłku. 

Im więcej dostaję, tym więcej biorę, co paradoksalnie potęguje to dziwne uczucie nienasycenia. Biorę całymi garściami, wahając się tylko przez krótką chwilę, niczym ćma lecąca do ognia. Królowa Lodu zaczyna topnieć pod opuszkami niewłaściwych palców. Nie potrafię wyciszyć emocji, a tym bardziej doprowadzić się do stanu obojętności, w czym przecież do niedawna byłam mistrzynią totalną. To takie nie w moim stylu, takie sztampowe, że aż mnie samej trudno uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Mam wrażenie, że za chwilę ktoś mnie uszczypnie i okaże się, że po prostu miałam epizodyczną rólkę w Truman Show. Zaraz rozlegną się brawa, opadnie ciężka kurtyna, a ja będę mogła wreszcie w spokoju wrócić do swojej niezwykle naiwnej, acz poukładanej wizji świata, gdzie nie ma miejsca na totalne zapomnienie i pogniecioną pościel z absolutnie niewłaściwym mężczyzną.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że to igranie z ogniem. A karma, no wiadomo, karma to dziwka.

00:06, siberry
Link Komentarze (12) »
niedziela, 29 lipca 2012

Rzadko wrzucam zdjęcia na blogaska, ale co tam, rozpieszczę Was trochę w niedzielę.

To jest TOWER [nie mylić z London!;)] BRIDGE w wydaniu olimpijskim:

A tu w wydaniu sezamie otwórz się [kółka się schowały o tam o - na górze, widzisz?]:

Oraz w statystykach widzę, że ostatnio sporo osób szuka linka do archiwum. Otóż link do archiwum niet.

14:50, siberry
Link Komentarze (3) »
sobota, 28 lipca 2012

Kiedy w piątek jechałam do pracy przyklejona całym ciałem do rozsuwanych drzwi w metrze mój wzrok przyciągnął napis This station will be exceptionally busy during the Olympics. Ciekawe jak oni chcą tu upchnąć jeszcze więcej ludzi, bo moim zdaniem, stan krytyczny ładowności tych metalowych puszek bez klimatyzacji osiągnęliśmy już kilkaset kilogramów mięsa armatniego temu. Jedyna nadzieja w tym, że większość Londyńczyków postanowiła opuścić miasto na czas Igrzysk Olimpijskich, bo i bez tego wszyscy tubylcy mają dość "bloody tourists". Jak się dowiedziałam w biurze, tacy turyści za wolno chodzą, rozkładają mapy tuż po wyjściu z metra blokując swobodny przepływ lokalnej ludności, ciągle pytają gdzie jest kwadrat Elżbiety II, i stoją po lewej stronie ruchomych schodów, a przecież wiadomo, że stać można tylko i wyłącznie po prawej stronie i co najważniejsze - nie potrafią ustawić się prawidłowo w kolejce, a "an Englishman, even if he is alone, forms an orderly queue of one". 

Oglądałam otwarcie Igrzysk, bo to będzie temat numer jeden przy korporacyjnym wodopoju w poniedziałek. Myślę, że większość świata mogła jednak nie zrozumieć koncepcji zamienienia Stadionu Olimpijskiego w pastwisko dla owiec. Zielone wzgórze z drzewem na szczycie, stogi siana, kręte strumyki i kobiety w czepkach na głowie i koszulach nocnych do kostek miały przypominać scenerię rodem z malowniczej brytyjskiej wsi, ale obawiam się, że przeciętny telewidz wsuwał popkorn, popijał go colą i myślał sobie WTF?! Kto ma numer do dealera reżysera tej całej ceremonii otwarcia?! Bardzo podobał mi się wstawka z Bondem [kto by pomyślał, że Elka ma taki dystans do siebie],rozbawił mnie Jaś Fasola, a znicz olimpijski wydawał mi się jakąś marną, nowoczesną popierdółką, dopóki wszystkie lejki nie połączyły się jednym płomieniem i wtedy zrobiłam łał. Nie podejmuję się próby analizy wstawki z NHS i tańczącymi pielęgniarkami, ani nawet luźnej interpretacji co autor miał na myśli, bo to zdecydowanie zadania dla specjalistów z lek. med. przed nazwiskiem.

Dzisiaj w okolicach szesnastej, Polska zajmowała czwarte miejsce w klasyfikacji medalowej. Zatem kredka kibica zakupiona w czasie Euro, może jeszcze się przydać, zwłaszcza, że mam bilety na męską siatkówkę, elo.

Oraz przyznam się, niieco przerażają mnie te jednookie "maskotki" olimpijskie. Sorry, ale znacie fajną bajkę o cyklopie? No właśnie, ja też nie. Chociaż ja dopiero niedawno przestałam bać się laleczki Chucky, więc może nie jestem dobrym benchmarkiem. W każdym razie maskotki od których ewidentnie promienieje zuo, wyrosły w mieście gęściej niż krasnale ogrodowe w Turyngii, więc wracając wieczorem do domu trzeba mieć się na baczności. 

Zadziwia mnie ilość pytań na temat tego, czy nie boję się ataku terrorystycznego w Londynie. Nie myślę o tym, bo umrzeć można nie wychodząc z domu, ale dzisiaj, kiedy kot koleżanki wywołał małe trzęsienie ziemi niespodziewanie skacząc mi rano na poduszkę, obudziłam się przerażona z myślą TALIBOWIE ATAKUJĄ! Wstrętny sierściuch. Za karę nie było mizianka po śniadaniu.

22:06, siberry
Link Komentarze (2) »

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u