RSS
środa, 07 listopada 2012

[*** jedyna notka, którą zaczęłam pisać będąc jeszcze w LatAm ***]

Siedzę nad rzeką w przykrótkiej sukience za to owinięta białą, zbyt dużą, męską koszulą, która skutecznie chroni przed ostrymi promieniami słońca, ale przed wszystkim tymi komarami wielkości słonia. Dosłownie parę metrów ode mnie wylegują się na rozgrzanym piasku krokodyle. Tak właśnie, KROKODYLE. Takie z zębami, chropowatą skórą, jednym słowem regularne forfitery. Nad głową co chwila przelatują mi orły i jastrzębie, a na bajecznie kolorowe papugi przestałam już kompletnie zwracać uwagę, bo - nie wierzę, że to piszę - jest ich tutaj więcej niż u nas wróbelków elemelków, czy tam srających gołabków.

O Pantanal mało kto słyszał, bo ten region ma pecha (a może raczej szczęście?), że znajduje się tuż pod Amazonią, czyli w Mato Grosso [po portugalsku gęste krzaki]. Wszyscy walą do Amazonii nie zdające sobie sprawy, że tuż obok jest jeden z największych, podmokłych (czytaj: tętniących życiem) terenów na świecie. Nieśmiało dodam, że to całe Pantanal jest większe niż terytorium, ot na przykład takiej Wielkiej Brytanii, czyli po prostu jest grande. Są tu węże, które potrafią wrąbać całą krowę, piranie, krokodyle (a właściwie kajmany), małpy, kilkaset gatunków ptaków i innych zwierząt, no i last, but not least jaguary (te w cętki, a nie te śmigające po londyńskim Chelsea). Już sam dojazd do tego miejsca jest atrakcją - trzy godziny jazdy szosą, a później kolejne cztery w samochodzie z napędem na cztery koła, przez podmokłą, wyboistą drogę i mosty, przez które ja bałabym się przejechać rowerem. W czasie pory deszczowej jeepa należy zamienić na łódkę, bo 80% powierzchni stanu znajduje się wtedy pod wodą. Bul-bul-tonę.

Region do tej pory utrzymywał się głównie z hodowli była. Nie znajdziesz tu jednak szwajcarskiej Milki, albo chociaż swojskiej Łaciatej. Na rozległych polach wypasają się krowiska, które są białe, mają garb i rogi dłuższe niż przeciętne szpilki spacerujące w piątkowy wieczór zakrapiany szampanem po Tverskaya w Moskwie. Obecnie, powoli zaczyna rozwijać się tutaj agroturystyka. Mieszczuchy mogą powiedzieć, że były in da dżangel, a dżangel stając się rezerwatem przyrody, ma większe szanse na to, żeby nie zostać polem uprawy trzciny cukrowej potrzebnej do produkcji bio-komponentów.

Lokalne jedzenie to istna poezja. Takie chłopskie jadło, brazyljan edyszyn. Proste, acz sycące, ale przede wszystkim pyszne. Ryż, długo gotowany w towarzystwie lokalnej kiełbasy i fasoli. Treściwe, gęste sosy, dużo (szczęśliwej) wołowiny i soczystych owoców, a to wszystko żeby mieć siłę pracować przy bydle [lokalsi], tudzież drałować przez krzaczory w poszukiwania jaguara [los turistas]. Obów tylko i wyłącznie zakryty [havaianas wyprowadziłam na spacer dopiero w Rio], bo raczej nie chcesz żeby Twój paluch [gustowanie pomalowany na wściekłą fuksję - trzeba mieć stajla nawet w dżungli, conie] przeżył spotkanie trzeciego stopnia z wężem, bo pewnie by nie przeżył. Anyway, węży ogólnie nie lubimy, no chyba że to wąż ogrodowy, którym można się polewać wystawiając kości tłuszcz do słońca.

Dzisiaj wstałam kiedy słońce dopiero leniwie wspinało się po horyzoncie, bo upał w ciągu dnia jest ledwo do wytrzymania. Pomimo sumiennego smarowana się balsamami o wysokim faktorze, skóra szybko nabrała karmelowego odcienia, a włosy zaczęły mienić się złocistym blondem, który ostatni raz gościł na mojej głowie, wtedy kiedy jeszcze nosiłam białe podkolanówki i wierzyłam w wierność małżeńską, czyli coś w okolicach wczesnej podstawówki. Zresztą świt to najlepsza pora na próby ustrzelenia zwierząt aparatem fotograficznym. Dzisiaj widziałam jak tukan o soczyście pomarańczowym dziobie zeżarł małą, zieloną papużkę [predator, kurwa - że tak polecę klasykiem]. Na wysokiej na kila pięter palmie udało mi się wypatrzeć gniazdo dwóch, wielkich, intensywnie szmaragdowych papug ara, które wysiadywały jaja. Kilkanaście metrów dalej przedzierało się przez rzekę stado dziwnych zwierząt, które na moje eksperckie oko, wyglądały jak chomiki po Czarnobylu, ale Państwo Gucwińscy pewnie powiedzieliby, że to kapibary. Discovery channel w wersji live.

Z kategorii mój pierwszy raz czuję się w obowiązku zaraportować, iż łowiłam piranie. Tak właśnie PI-RA-NIE. Złowiłam sztuk 11 [słownie: jedenaście]. Bez kitu !!!! Nigdy wcześniej nie byłam na rybach, a w Pantanal złowiłam ich prawie tuzin! I to nie jakiś tam popierdółek, w stylu okoń, czy tam karaś, tylko to były maderfakin piranie! I to nawet nie na jakąś piranio-wędkę, tylko na zwykły badyl, z żyłką, haczykiem i krowim mięsem. Respect, leute! Zupa z piranii to lokalny przysmak, ale ja swoje dawałam forfiterom na pożarcie [noł cziken, szwagier]. Na początku byłam przerażona, bo kajmany były dosłownie dwa metry ode mnie, a ja jakoś nie do końca widziałam się w roli Krokodyla Dandi z cyckami. Jednak później przestałam zwracać na nie uwagę, czy też traktować jako zagrożenie. Po prostu udawałam, że ich tam nie ma [to chyba w psychologii nazywa się wyparcie?].

Pantanal jest niesamowitym miejscem. Śmiem nawet twierdzić, iż jest to jedna z najlepiej strzeżonych brazylijskich tajemnic. A z perspektywy końskiego grzbietu, zapiera wręcz dech w piersiach. Kopyta doskonale sprawdzają się na tych podmokłych terenach, a galop przy zachodzącym słońcu był po prostu przeżyciem w stylu whoooooaaaa. Zapomniałam już jakie to genialne uczucie, mieć pomiędzy udami twarde, obite skórą siodło i czuć wiatr plączący się we włosach. Jeszcze kiedyś zamienię szpilki na gumofilce, będę mieć domek na Mazurach, a na wybiegu parę klaczy. Ogiera zamierzam mieć w sypialni. Watch me.

Say hello to Forfiter:

No ja przecież pisałam, że one były dwa metry ode mnie [tu w roli piranio-pogromcy występuje Bob z Holandii]:

 

Moja dziewicza pirania [one serio mają zęby]:

No prawda, że one wyglądają jak chomiki po Czarnobylu, PRAWDA?:

Lokalny gołąbek:

Peek-a-boo:

Tukanów nie lubimy, bo one pożerają małe, śliczne zielone papużki:

 

Muuuuuuu:

Miała na imię Rainha, czyli po portugalsku Królowa [niestety nie chciała wejść do plecaczka]:

Ehhh....

00:56, siberry
Link Komentarze (9) »
wtorek, 06 listopada 2012

Przyznaję się, notka o Buenos Aires dość mocno ssie. Przed chwilą ją przeczytałam i sama sobie daję anlajka. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, iż została spłodzona w oparach niedzielnego kaca i nieco pod przymusem. Mój przekorny charakter sprawia, iż dość słabo odpowiadam na wszelkie groźby użycia wobec mnie siły, no chyba, że chodzi o tête à tête, to wtedy owszem lubię, nawet bardzo, ale to już temat na zupełnie inną notkę.

W każdym razie, jak to mówią w korporacjach, learning jest taki, żeby wypisywać bzdury w internecie "na gorąco", a nie z perspektywy czasu. I teraz nie wiem czy męczyć siebie i Was próbując zrelacjonować całą podróż, czy może sobie odpuścić, wrzucić parę słit fotek i skoncentrować się na aktualnych, londyńskich poczynaniach?

Bo na przykład w weekend byłam kowbojką z głębokiego Texasu, miałam kapelusz, koszulę w kratę nonszalancko zawiązaną tuż nad pępkiem, odpowiednie kozaczki i ujeżdżałam byka przez całe 27 sekund, yiiiiiha!

01:45, siberry
Link Komentarze (4) »
niedziela, 04 listopada 2012

Zakładając plecak w moim, szumnie zwanym, salonie czułam ekscytację porównywalną chyba jedynie do momentu, kiedy mój pierwszy chłopak z blond czupryną i błękitnymi oczami (do których nadal mam słabość) w końcu dotknął moich cycków. Dochodząc do stacji metra, którą mijam każdego dnia w drodze do pracy, stwierdziłam że jeżeli uda mi się dostać na Heathrow nie łamiąc się w pół pod ciężarem plecaka, to tym bardziej poradzę sobie w dżungli - zarówno tej miejskiej jak i tej z piraniami, ale o tych małych potworach będzie później.

Lot pominę, bo znieczuliłam się zacną ilością czerwonego wina i jakby zasnęłam w Rzymie, a obudziłam się w Buenos Aires. Jednak pierwszego dnia klucząc ulicami tego prawie 3 mln miasta, zastanawiałam, czy faktycznie opuściłam stary kontynent, bo miasto wydawało mi się jakieś takie maksymalnie europejskie. Tak naprawdę BsAs mogłoby równie dobrze znajdować się nad Morzem Śródziemnomorskim. W sumie nie ma co się dziwić, skoro zostało one założone przez Hiszpanów, którzy wybyli tubylców i nie mieli później z kim się miksować, ani wymieniać genami. 

Buenos Aires najlepiej zwiedza się rowerem. Fakt trzeba trochę zacisnąć poślady i odmówić ze dwie zdrowaśki zanim wyjdzie się na ulicę (ścieżek rowerowych jak na lekarstwo), ale warto. Na przykład jadąc do najbardziej kolorowej dzielnicy La Boca, mija się stadion La Bombonera (pudełko czekoladek), który jest pomalowany na żółto-niebiesko. Ponoć w 1906 roku Boca, grała z inną drużyną mecz o zachowanie swoich barw klubowych i dostała w dupę. Postanowiono, że Boca przyjmie barwy bandery następnego statku, który wpłynie do portu. Na horyzoncie pojawiła się łajba ze Szwecji, a piłkarze do dzisiaj grają w niebiesko-żółtych strojach. W La Boca można znaleźć też genialny street art i oczywiście El Caminito, czyli ulicę z domkami pomalowanymi we wszystkich kolorach tęczy. Kiedyś, była to dzielnica, którą głównie zamieszkiwali ubodzy imigranci z Włoch, którzy malowali swoje domy pozostałościami farb po pracach wykonywanych w porcie. Jeżeli zostało trochę zielonej to malowało się okiennice, późnej jeżeli udało się skombinować puszkę czerwonej, to można było pomalować jedną ze ścian i tak dalej. Obecnie dzielnica stała się atrakcją turystyczną, ze słabymi knajpami dla gringos, cenami z kosmosu, plastikowymi figurami tańczącymi tango i policją (wokół jest niebezpiecznie), ale kolorowe domki trzeba zobaczyć, odhaczyć i tyle. Warto też wybrać się do Cementerio de la Recoleta, gdzie w skromnym, ale za to zawsze ozdobionym kwiatami grobowcu jest pochowana tutejsza bogini, czyli Evita [nie mylić z don't-cry-for-me-Madonną]. 

Niesamowicie podobał mi się klimat w Palmero, czyli północno-wschodniej części miasta. Od metra Plaza Italia trzeba iść ulicą Jose Borges i dotrzeć do przecznic Honduras, Salvador, aż do Plaza Serrano. Wokół fajne sklepy, bary, klimatyczne kawiarnie, szmaty, design i zero turystów. W pobliżu jest ogromny park, gdzie można sobie spocząć na piknik nabywając ówcześnie lokalny specjał, empandas, czyli takie pierożki wypełnione po brzegi wołowiną albo serem.

A jeżeli już mówimy o jedzeniu, no to po wakejszyn nie miałam jeszcze odwagi żeby stanąć na wagę. W Argentynie obżerałam się już wspomnianymi empanadas, argentyńską odpowiedzią na francuskie croissanty (1:0 ale Argentyny) ale przede wszystkim krwistymi stekami. Taki kawał zacnego mięcha w towarzystwie czerwonego, wyrazistego wina Malbec to kulinarne mistrzostwo świata. Oprócz tego na śniadanie potrafiłam zjeść trzy ciepłe rogaliki utopione w dulce de leche, czyli lokalnej nutelli, ale milion razy lepszej. Mniam, mlask oraz palce lizać. Nabycie słoiczka La Salamandra Dulce de Leche to absolutny mus, żeby móc po powrocie do domu wyjadać leche łyżeczką [jak ktoś widzi] lub paluchami [jak nikt nie widzi]. Mówią, że lody są lepsze tutaj niż we Włoszech, bo ponoć najlepsi cukiernicy ze starego kontynentu zawięneli się właśnie do BsAs, ale to samo mówili też w NYC, więc już sama nie wiem. W każdym razie z mojego doświadczenia wynika, iż dobry lodzik, nigdy nie jest zły. Howk.

W niedzielę koniecznie trzeba się wybrać do San Telmo na targ. Stragany uginające się pod ciężarem lokalnych wyrobów, biżuterii, staroci, ale też badziewia. Ja nabyłam weri stajlisz kapelusik, z którym nie rozstawałam się przez większość podróży. Po siedemnastej w okolicy targu będą przechodzić bębniarze sandoble, a na końcu ulicy La Defensa przy odrobinie szczęścia można natknąć się na milongę. Buenos to miasto, które żyje muzyką, a ludzie spontanicznie zaczynają tańczyć na ulicy.

Spacerując pomiędzy wieżowcami w Puerto Madero w końcu dochodzi się do promenady, gdzie natknęłam się na dziką sesję salsy. Ktoś wyciągnął komputer, ktoś ustawił głośniki, ktoś inny ustawił światła i miejscówka do tańczenia salsy idealna, bo idealnie widać skyline całego miasta, a za plecami jest rezerwat przyrody. Stałam z uśmiechem na twarzy i obserwowałam to szaleństwo jak zahipnotyzowana, bo nie mogłam sobie wyobrazić, żeby taki salso-spontan wypalił na przykład na Monciaku w Sopocie. Po paru minutach ja też dałam się wyciągnąć na betonowy "parkiet", bo chyba bym sobie nie darowała przepuszczenia okazji pokręcenia tyłkiem w opalonych, argentyńskich ramionach. Po próbach nie zadeptania partnera na śmierć, trzeba koniecznie udać się do jednej bud z grillem. Zamawiasz churrasco albo inne lomo i za grosze dostajesz kawał mięsa w bułce. Nakładasz sobie tyle dodatków i sosów ile chcesz (a jest tam tego miliard poustawiane), zasiadasz na plastikowych krzesłach, do tego browar w litrowej butelce i jest relaks.

Następny przystanek - Paragwaj. Stay tuned.

*************************************************************

Do tej pory wrzucałam sporadycznie zdjęcia na blogaska, bo chyba jakoś nie byłam przekonana, ale jak powiecie, że chcecie więcej, to może być więcej.

 

Kolorowe domki w La Boca:


 

Zespół grający na końcu ulicy Defensa z lokalnym żulem, który postanowił zostać ich drygentem:

 

You can dance, czyli dzika sesja salsy:

 

Ruska się wkurzała, że autobusy w BsAs mają więcej zdjęć od niej, a ja nie mogłam się powstrzymać, oldskul bejbi:

 

 Porto Madera nocą:

  

Jak już kiedyś rzucę korpo, to będę przesiadywać w takich kawiarniach, alkoholizować się Melbecą i pisać blogaska:

23:46, siberry
Link Komentarze (5) »
piątek, 19 października 2012

Hola! Melduję, iz udało nam sie dotrzec do Paragwaju. Nam, czyli mnie i plecaczkowi. Moj kompan podrozy, czytaj Ruska, niestety pojechała prosto do Brazylii, bo zapakowała szpilki, ale już zapomniała sprawdzić, czy do Paragwaju nie potrzebuje przypadkiem wizy, ot taki tam mały szczególik. Visa? Szto eta? FACEPALM. Jakbyście usychali z tęsknoty, albo zastanawiali się co bede robic przez najbliższe kilkanaście dni, to agenda, tfu plan podróży, wyglada mniej więcej o tak o.

02:55, siberry
Link Komentarze (6) »
sobota, 13 października 2012

W pokoju mam pierdolnik większy niż w Nowym Orleanie po wizycie Katariny.

Chyba pierwszy raz w życiu dopadła mnie reisefieber. Zazwyczaj potrafię spakować się w przeciągu 30 minut, ale tym razem od kilku dni, ba może i nawet tygodni zastanawiam się co muszę koniecznie spakować, co mogę, a nie muszę, a co będzie bonusem jak zdarzy się cud i zostanie mi trochę wolnego miejsca w plecaku. Tak właśnie - w PLE-CA-KU, nie w czerwonej torbie na kauczukowych kółeczkach, które sobie elegancko suną po równych chodnikach, tylko w ple-ca-ku. In da office myśleli, że robię sobie podśmiechujki jak zakomunikowałam, że zamierzam przebyć 3500 km w dwa tygodnie. Mówiłam już ze z plecaczkiem? Zachciało się backpackingu syberyjskiej kniaźini.

Jak się dzisiaj okazało ten cały plecak nie jest jednak z gumy i powoli dociera do mnie, że ktoś [czytaj ja] będzie z nim zapierdzielał przez bagna, dżungle, wodospady, sambodromy po drodze odganiając krokodyle i jaguary [te w cętki, żeby była jasność].

W związku z tym robię selekcją ostrzejszą niż do Legii Cudzoziemskiej. Zamiast perfum biorę płyn na komary wielkości słonia, zamiast bling bling klapeczek do przechadzek po promenadzie, biorę już te skądinąd słynne, straszliwie brzydkie, acz wygodne sandały NA RZEPY, zamiast zwiewnych sukienek do połowy uda biorę spodnie bojówki [musiałam kupić, bo ostatni raz w bojówkach tarzałam się po liściach zdobywając zdolność zucha-zajebistego-leśnika, czy jakoś tak], zamiast balsamu z drobinkami zalotnie odbijającymi światło, biorę panthenol jakby mi słońce tak mało zalotnie przypaliło ryło. Generalnie zanim coś załaduję do plecaka myślę sobie czy pieprzony Bear Grylls też by to zabrał. A niestety Bear nie popiera wielu rzeczy - no chyba, że można je później zjeść, albo ewentualnie zbudować z nich tipi, albo chociaż tratwę. Czerwona szminka na ruskę raczej zostanie na kwadracie.

Jeżeli chodzi o BHP to zaszczepiłam się na wszystko na co mi kazali, więc miałam ramiona podziurawione bardziej niż osoba zameldowana na stałe w Monarze. Dostałam też żółtą książeczkę [nie mylić z żółtymi papierami], z którą mam się nie rozstawać, bo po powrocie muszę udokumentować na granicy, że przed wyjazdem byłam zaszczepiona przeciwko żółtej febrze. Mam też tabletki na malarię, ale odkąd w ulotce doczytałam, że jednym ze skutków ubocznych oprócz snów halucynogennych może też być śmierć, to jakby nie jestem do końca przekonana. Zresztą ja ogólnie nie lubię tabletek. Jakbym miała już jakąś zażyć to wzięłaby tę niebieską i kazała Morfeuszowi spierdalać w podskokach.

Dobra idę robić peeling całego ciała. Dżungla nie dżungla trzeba mieć stajla.

Będę robić notatki w kajeciku. BuziBuzi. Over, bez odbioru.

00:22, siberry
Link Komentarze (8) »
czwartek, 11 października 2012

Mój szef wyznaje jedną, nadrzędną zasadę zarządzania zasobami ludzkimi:

FiFo - czyli fit in or fuck off

Ja chyba jestem bardziej Fi niż Fo, bo dzisiaj zaciągnął mnie do salki i zapytał wprost:

- Chcesz wrócić za rok do Polski?
- Nie.

Good, we'll make it happen. Now get back to work. 

00:51, siberry
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 08 października 2012

Rano poświęciłam całe 5 minut na ułożenie włosów [z reguły celuję w look na dziewczynę surfera, albo dopiero-co-wypełzłam-z-łóżka, czyli nie układam ich wcale], co okazało się zupełnie z dupy pomysłem, bo zanim w strugach deszczu (bez parasola, ola, ola) doczłapałam się do stacji kolejowej, wyglądałam niczym zmokła kura.

W związku z tym postanowiłam wpaść w jesienną depresję.

Na zewnątrz jest szaro, brzydko i mokro, a ja nie lubię jak jest szaro, brzydko, a mokro, well to już zależy od okoliczności przyrody. Ale wracając do meritum - chciałam powiedzieć, iż w swojej zajebistości myślałam, że przechytrzę jesień, tę burą sukę, więc nabyłam drogą kupna parę świecących się jak psu jaja kaloszków. Kaloszki może i są ładne, ale maja jedną, zasadniczą wadę. Mogę je ściągnąć jedynie na leżąco, spalając przy tym jakieś 500 kalorii w czasie wykonywania ekstremalnych ewolucji na podłodze, żywcem wyjętych z podręcznika do ćwiczeń akrobatycznych dla małych, biednych Chinek, które pragną złamać sobie kręgosłup w czasie kolejnych Igrzysk Olimpijskich [Rio de Janeiro edyszyn]. No więc kaloszki jakby niet.

Oprócz tego na ryjoksiążce od dwóch dni kłuło mnie w oczy serduszko że X i Y właśnie się zaręczyli i dopiero przed chwilą skumałam jak się pozbyć tej radosnej nowiny ze swojej strony głównej. X jak sama nazwa na to wskazuje pochodzi z tej szuflady oznaczonej wielkim napisem "Archiwum X", więc generalnie powinnam mieć to tam gdzie światło nie dochodzi, co nie zmienia jednak faktu, że są takie dni, kiedy szczęście innych powoduje u mnie odruch wymiotny szybciej niż zapach smażonej wątróbki drobiowej w towarzystwie zapiekanej cebulki. 

Ponadto, w czasie porannej toalety, kontemplowałam sobie ostatnio odbicie swojego tyłka w wielkim, łazienkowym lustrze i doszłam do wniosku, że on, czyli ten mój tyłek, zaczął być w końcu bardziej wyjściowy. Jednak wczoraj zostałam absolutnie powalona na łopatki widokiem mojej prześlicznej bratowej, która w siódmym miesiącu ciąży wygląda zjawisko pięknie i na dodatek może paradować w szortach, ledwo zakrywających pośladki, w które ja być może mogłabym się wbić jakiś dziesięć kilo temu, czyli coś w okolicy siódmej klasy podstawówki [na wdechu]. 

Co tam jeszcze?

A właśnie. Dowiedziałam, że jest coś takiego jak serial Londyńczycy i tam ponoć jest taka korpo-bijacz z City, która pogina w garsonkach, stuka obcasami i zabija wszystkich wzrokiem szybciej niż Bazyliszek po litrze turbocoli. I w tych Londńczykach jest też mężczyzna [Pawełek, o ile mnie pamięć nie myli], któremu udało się zaciągnąć ów blond lachona z City na randki, a później do łóżka [czy tam na odwrót]. Po paru odcinkach jej zaczyna chyba na nim trochę zależeć, więc go rzuca przez telefon, a potem samotnie w łazience wyciera gile w rękaw i zalewa się krokodylimi łzami rozmazując swoją maskarę od Diora. No i mój rodzony brat stwierdził, że muszę to koniecznie obejrzeć i uwaga, WYCIĄGNĄĆ WNIOSKI.

No tak. Co tam słychać u Lubiczów z Klanu? Dzieci myją rączki? Coś wiecie?

21:27, siberry
Link Komentarze (10) »
niedziela, 07 października 2012

Są takie dni, kiedy wydaje mi się, że złapałam życie za mordę i łapczywie wyciskam z niego ostatnie soki. Pamiętam, kiedy jeszcze parę miesięcy temu stałam na samym szczycie Rockefeller Center, przede mną rozpościerał się widok na skąpane w światłach nocy miasto, a mi wydawało się, że impossible is nothing. Chciało mi się chcieć, a to już połowa sukcesu.

Są jednak takie dni, kiedy zatyka mnie z bezsilności. Na przykład wtedy, kiedy śliczna, czteroletnia córeczka mojego przyjaciela wtula się w niego w taki rozbrajający, wręcz rozkładający na łopatki sposób i mówi do niego "tatusiu"

Czasami mam wrażenie, że ja już dawno skapitulowałam, wywiesiłam białą flagę, tak po prostu się poddałam. Siedzę sobie w swojej szklanej wieży, bo tu u góry jest bezpiecznie i znajomo. Mierzi mnie na samą myśl bajek o "pierdolnięciu pioruna", którymi przecież nie tak dawno karmiłam się w swojej pensjonarskiej naiwności. Nie mam już siły, a tym bardziej ochoty na pierwsze wrażenia, nawijanie kosmyków włosów na palec, maślane oczy, bezsensowne rozmowy nad kolorowym drinkiem, odpowiadanie na te same pytania, prężenie mięśni, czy tam cycków na barowym krześle. 

Nie wierzę już w i żyli długo i szczęśliwie.

Witamy w dorosłym świecie panno Sib - różowe wstążki, bajki o rycerzu na rumaku oraz białe podkolanówki proszę zostawić na prawo, a tam na lewo, za tymi drzwiami rzeczywistość kąsa w tyłek. Everyone's invited!

19:14, siberry
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 01 października 2012

Kiedy w piątkowy wieczór wyjeżdżamy z Zagrzebia, kierując się w stronę wyspy Krk,  jestem pod wrażeniem, że ta 4.2 mln nacja była w stanie spiąć poślady i wybudować eleganckie autostrady w o wiele bardziej skomplikowanych topograficznie warunkach [górzyste tereny = tunele], kiedy my, z naszym inwentarzem żywym na poziomie 38 milionów i pierdyliardem dotacji z UE, jeszcze do niedawna jeździliśmy drogami, które pamiętały kształt radzieckich czołgów.

Anyway, wyspa Krk jest największą wyspą Chorwacji, położoną w Zatoce Kvarner i oddaloną raptem 1.5 h jazdy samochodem od stolicy [bez przerwy na siku]. Poza sezonem, noclegi na wyspie, to koszt 35-45 EUR za kwatery dwu-pokojowe.

Moją ulubioną miejscowością na całej wyspie jest bezdyskusyjnie Baška. Domy zbudowane z kamienia, wąskie uliczki, niewielka przystań, czyli wszystko to co, można znaleźć w pierwszym lepszym miasteczku położonym nad Adriatykiem, albo Śródziemnomorskim. Jednak nie wszystkie nadmorskie mieściny mają tak genialne położenie pomiędzy górami, a sąsiadującą wyspą, której białe skały kontrastują z całkiem zacnym lazurem wody.

Na śniadanie pachnąca, jeszcze ciepła drożdżówka z pobliskiej piekarni jedzona na pomoście z widokiem, który powoduje opad szczęki do samej podłogi, a raczej do kamlotów, które robią za plażę. Zresztą co ja Wam będę pisać - sami obczajcie: 

Co do plaż, no cóż. Rysowanie mozajek na piasku gołą stópką raczej nie wchodzi w grę, bo równałoby się nagłą śmiercią pedicuru, bo zamiast złocistych ziarenek, są kamienie, ale w końcu plaża to plaża. Hindusi leżakują godzinami na łóżkach fakira, to ja się nie położę na kamlotach? No ja?!

Warto wdrapać się na pobliski szczyt, gdzie znajduje się malutka kapliczka i cmentarz, ale przede wszystkim to:

Będąc w Chorwacji przed każdym posiłkiem trzeba sobie zadać jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: lignje na žaru czy lignje lignje pržene? Z reguły jestem dość prosta w obsłudze, zadowolę się jajecznicą ze szczypiorkiem, twarożkiem z rzodkiewką i lubię wciągnąć swojskiego schabowego utopionego w bułce tartej z młodymi ziemniaczkami posypanymi koperkiem. Jednak na widok kalamarów trzęsą mi się z uszy. Kolega, który mnie u siebie gościł powiedział mi, że w jego korporacyjnej jadłodajni kalmary są serwowane co piątek! To powinno być zdecydowanie napisane wytłuszczonym drukiem w opisie stanowisk w rubryce benefits. Kalamary skropione sokiem z cytryny, w towarzystwie sosu tatarskiego i kieliszka [a najlepiej butelki] schłodzonego, lokalnego, półwytrwanego, jedzone tuż przy brzegu morza są dla mnie definicją wakacyjnego orgazmu.  Zresztą spożywanie posiłków na świeżym powietrzu, kiedy promienie słońca liżą cię po rozgrzanej skórze, a wiatr plącze się w wilgotnych od słonej, morskiej wody włosach, jest w moim osobistym top 3 przyjemności w życiu. Pozostałe dwie pozycje medalowe są chyba równie łatwe do odganięcia. 

Warto też zobaczyć Krk, Porat, a w Vrbnik można zatrzymać jedynie po to, żeby zatowarować bagażnik Žlahtiną, czyli lokalnym winem [po drugiej butelce ma już całkiem znośny smak]. W całym miasteczku unosi się charakterystyczny zapach procesu fermentacji, a po drodze mija się uprawy winorośli.

Chorwacja spodobała mi się równie mocno co słowo hvala, czyli dziękuję. No i teraz jestem zmuszona do dopisania Dubrovnika do listy miejsc do zobaczenia, a ta lista coś ostatnio niebezpiecznie się wydłuża.

01:05, siberry
Link Komentarze (4) »
wtorek, 25 września 2012

Zagrzeb jest niewielkim miastem, takim w którym ciężko się zgubić, a samo centrum można zwiedzić w przeciągu dwóch godzin. 'Kompaktowość' miasta doskonale obrazuje jego główna atrakcja, czyli Zagrebačka uspinjača, najkrótsza kolejka linowa na świecie, która od ponad stu dwudziestu lat łączy Górne i Dolne Miasto. Wagonik pokonuje zawrotny dystans 66 m [słownie: sześciesięciu sześciu metrów] w dokładnie 55 sekund [nieśmiało dodam, że wejście na górę pieszo zajmuje jakieś 7 minut]. 

Za każdym razem, kiedy wyjeżdżam z Londynu uderza mnie brak ludzi na ulicach. Spacerując po centrum Zagrzebia, tuż po ósmej rano, kiedy miasto dopiero wybudza się do życia, czuję się trochę jak David Aames na Times Square w Vanilla Sky. Londyński harmider i niemalże konieczność przepychania się łokciami w metrze jest dość mocnym kontrastem z lekko zaspaną i przeciągającą się z rana stolicą Chorwacji. Stolicą w której mieszka nieco ponad 800 tyś osób, czyli trzy razy mniej osób niż średnia ilość pasażerów londyńskiego metra w godzinach szczytu.

Idąc wzdłuż głównej arterii miasta, Ilica ulica, mijam niewielkie sklepiki, gdzie pracownicy rozkładają towar i starannie zmywają z witryn brud miasta. Dopiero, kiedy dochodzę do Dolac Market, na którym od początku XX wieku handlarze codziennie sprzedają swoje towary, czuję się jak w ulu. Stragany uginają się pod ciężarem warzyw, w powietrzu unosi się intensywny zapach pomidorów, a w oczy kłują soczyste barwy cytrusów starannie poukładanych w misterne piramidy na dziesiątkach straganów. Mam ochotę natychmiast kupić kiść winogron, świeży szpinak, garść orzechów włoskich i zrobić sałatkę na lokalnej oliwie, czosnku i soku z intensywnie zielonej limonki. 

Mocną stroną miasta jest zdecydowanie możliwość przesiadywania w niezliczonej ilości kawiarni z doskonałą kawą (dla tych uzależnionych od kofeiny, czyli na przykład ja) i lokalnym winem (dla tych z ukrytym alkoholizmem, czyli na przykład również moi). Jednak kawiarniane sieciówki ze swoimi papierowymi kubkami i muffinkami z terminem ważności dłuższym niż śmietana na salezjańskich kolanach, nie przetrwałyby w tym kraju ani jednego miesiąca. Kawę pijemy z porcelanowej filiżanki wystawiając twarz łapczywie do słońca. Najbardziej tętniącą życiem ulicą jest Tkalčićeva, którą tubylcy po prostu nazywają Tkalča. Ulica powstała w starym korycie rzeki Medveščak pod koniec XIX wieku. Teraz tam gdzie kiedyś płynęła woda, płynie głównie czarna, aromatyczna ciecz, bo Chorwaci uwielbiają przesiadywać w ciągu dnia nad filiżanką mocnej kawy. Większość krzeseł w kawiarniach jest strategicznie zwrócona ku ulicy tak aby, można było znad okularów przeciwsłonecznych obserwować przechodniów, bo wieczorem to jest właśnie to miejsce, gdzie wypada "bywać" oraz gdzie lokalne księżniczki, po zmierzchu, wyprowadzają swoje Louis Vuittony na spacer.  

Warszawiacy umawiają się pod Rotundą [chociaż pewnie teraz to już jest bardzo passe], a Zagrzebianie [btw, co za słabe słowo?] umawiają się pod zegarem na Placu bana Josipa Jelačicia. Jak ktoś się spóźnia to można skoczyć na najlepsze lody w mieście do Vincek Slasticarnica  [kulka wielkości pięści około 3.50 PLN] - polecam te o smaku gorzkiej czekolady. Niebo w gębie. Mniam.

Byłam też Museum of Broken Relationships, które rok temu wygrało nagrodę za najbardziej innowacyjne muzeum Europy. Pomysł na muzeum jest genialny w swojej prostocie. Ludzie oddają przedmioty, które kojarzą im się z byłymi partnerami i w paru zdaniach opisują historię znajomości. Spodziewałam się kilogramów pluszowych misiów, ale na miejscu okazało się, że wśród 'eksponatów' jest siekierka, którą ktoś porąbał na drobne kawałeczki meble swojej eks [szacun], suknia ślubna, którą ktoś planował zakładać na okrągłe rocznice swojego ślubu [kolejny argument za sprzedażą tuż po ślubie], ale jest też kocia obroża, którą jakaś dziewczyna nosiła jako biżuterię [kup mi, kup mi]. Do tej skórzanej obróżki była przyczepiona blaszka z napisem If found please call i dalej numer do jej eksa. Była też para biker boots, którą młody Chorwat kupił swojej dziewczynie, żeby ta mogła z nim pojechać na motorze do Paryża. "Later on, other girls wore them too, but they always remained Ana's boots." Martwe przedmioty mogą mieć ogromny ładunek emocjonalny, trzeba tylko poznać ich historię. Ja w swojej prywatnej kolekcji X mam biżuterię, bieliznę i całe pudło odręcznie pisanych listów wiecznym piórem.

Anyway, trochę zboczyłam z tematu. Zagrzeb Zagrzebiem, ale Chorwacja to przede wszystkim morze i opalone sznureczki od bikini, ale o tym będzie w kolejnym odcinku.

00:49, siberry
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u