RSS
poniedziałek, 24 grudnia 2012

Tak, wiem trochę mnie nie było. Przeprowadzałam się z jednego kwadratu na drugi, a w tym cudownym kraju przeniesienie internetów zajmuje "ap tu ten łorking dejs", ale w końcu jest - Houston, we have contact! 

 

Jak tam? Pierogi ulepione? Wali kapustą w całym domu? Choinka checked?

 

Ja właśnie wyjęłam z piekarnika kruche ciasteczka w różne fikuśna kształty i zrobiłam własnoręcznie makaron. Kuchnia cała uwalona w mące, więc wygląda tak jakby przed chwilą melanż poniósł w niej Kate Moss. Dla ścisłości - to by była ta ciemna strona melanżu. W każdym razie, jak co roku, za rok kategorycznie odmawiam bycia odpowiedzialną za domowej roboty makaron, ale i tak wiem jak to się skończy. Zresztą taki mocno jajeczny makaron, niespełniający żadnych norm ISO, bo jedna kluska dłuższa, druga grubsza, bo tak się akurat ukroiło ciasto, nieodłącznie kojarzy mi się z moją babcią, jej łagodnymi dłoniami, pieprzykiem nad ustami poprawianym wypaloną zapałką [później Babcię zapoznałam z kredką do oczu] i zawsze nienagannie pomalowanymi na czerwono ustami. Ile ona miała w sobie klasy i wdzięku. Ideał niedościgniony w każdym calu. 

 

Mój szef o mały włos nie zszedł na zawał, kiedy mu oznajmiłam, że jak byłam mała to w wannie, przed świętami zawsze pływał u mnie w domu karp. To było w czasach, kiedy nie było jeszcze Greenpeace, a przed Wiadomościami leciał Reksio. Zdziwiony zapytał się gdzie się wtedy kąpaliśmy. Trochę zbił mnie tym pytaniem z pantałyku, no bo w sumie nigdy się nad tym nie zastanawiałam, a tak głupio powiedzieć, że chyba w misce, albo może nawet wcale.  

 

Na zewnątrz ponad 10 stopni, śniegu obviously brak, więc po ostatnie prezenty biegałam po mieście w conversach, w rozpiętej kurtce, a czapkę miałam bardziej dla stajlu niż z potrzeby. Dziwnie trochę. 

 

Pierwszy raz odkąd pracuję nie biorę wolnego między świętami, a Sylwestrem. Trochę jakby nie mam już urlopu na ten rok, a trochę chcę sprawdzić, czy faktycznie można się w tym czasie koncertowo obijać. W planach mam również godzinne obiady i szczegółowe zapoznawanie się asortymentem pobliskich sklepów. Zwłaszcza, że ruszają wyprzedaże. Ponoć w zeszłym roku na Oxford Street dźgnęli kogoś nożem. Nadal się dziwię, że ten cały świat jednak się nie wziął i się nie skończył tego dwudziestego pierwszego anno domini.

 

Przytulaśnych świąt. Niech kalorie pójdą w cycki, w biceps, ale jakoś inne strategiczne miejsca.

09:21, siberry
Link Komentarze (5) »
czwartek, 13 grudnia 2012

Podróże w głąb duszy i rozkładanie gówna na atomy niespecjalnie leży w mojej naturze pomimo tego, iż jestem kobietą [well, przynajmniej jak ostatnio sprawdzałam to nadal miałam całkiem zacne cycki, których nie kąsneła jeszcze grawitacja]. Ostatnio jednak przeżywam wewnętrzne rozterki , których nie powstydziłoby się nawet „Drogie Bravo”. Nie do końca wiem skąd się wzięły, więc logiczne, że nie wiem jak się ich pozbyć, co mnie strasznie irytuje, bo zazwyczaj na wszystko mam zawsze gotową odpowiedź [również niepytana]. Siedzę sobie grzecznie na kwadracie, skubię marchewki i nagle, tak zupełnie bez powodu, wilgotnieją mi oczy, usta wyginają się w podkówkę i zalewa mnie jakaś taka fala czegoś, z czym zupełnie nie wiem co zrobić. To się chyba nazywa uczucia, czy coś?

Przez parę dni myślałam, że to może znowuż Saturn się cofa, albo zbliża się PMS, więc lepiej żeby ludzkość spierdziała zakosami z mojej drogi, ale niet. Ów weltschmerz trzyma się mnie od jakiegoś czasu, a apogeum zostało osiągnięte, kiedy prawie poryczałam się przed swoimi trzema monitorami w pracy, ale pomyślałam sobie, że szkoda by było tych zielonych smoky eyes, które celem poprawy humoru pierdzielnełam sobie z rana, więc przygryzłam wargę, zacisnęłam poślady i zaczęłam ze zdwojną siłą walić w laptopa tak, że wióry zaczęły roznosić się po ołpenspejsie.

W domowym zaciszu, w jedną minutę z „queen of ice” jak to uroczo nazwał mnie kolega z zakładu, zamieniam się w małą dziewczynkę, która wygląda jak książkowy przykład osoby cierpiącej na chorobę sierocą – podkurczam nogi, mocno ściskam je pod kolanami i gdyby nie moje wrodzone lenistwo to pewnie zaczełabym się gibać z jednej strony na drugą robiąc sobie tylko przerwy na wytracie gilów w rękaw zaciągnięty do połowy dłoni.

Mieszkam sobie w tym całym Londynie. Wożę swój niewdzięczny tyłek po świecie. Uczę się hiszpańskiego, chodzę na koncerty i upadlam się jedynie w weekend. Mam pełną lodówkę i pełną szafę butów. Zaraz będą święta, karp, śnieg, prezenty i Kevin na Polsacie też będzie. Same fajne rzeczy.

I co? I wszystko chuj.

16:59, siberry
Link Komentarze (13) »
środa, 12 grudnia 2012
Ostatnio nie mogę się doczekać tego całego końca świata.
Końcu świata, napierdalaj!
01:45, siberry
Link Komentarze (7) »
środa, 05 grudnia 2012

Do miasta przyjechały już ciężarówki Coca-Coli, na Oxford Street migoczą lampki, a w metrze można zobaczyć osoby ubrane w garnitur, ale za to z mikołajkową czapką na głowie. To wszystko wraz z nieśmiertelnymi dżwiękami last krismes aj gejw ju maj hart w radio, to są niezaprzeczalne znaki, że jak co roku zbliżają się korporacyjne spędy typu „Wigilia firmowa” lub „Impreza Gwiazdkowa”, które tak naprawdę powinny nazywać się „Jak stracić resztki godności w jeden wieczór”.

Na długo przed terminem imprezy, w damskim kiblu będą odbywać się ogniste debaty i próby odpowiedzi na ważne, zajebiście ważne pytania, czyli takie przy których znalezienie rozwiązania  dla konfliktu izrealesko-palestyńskiego wydaje się być łatwiejsze niż spotkanie wolnego mężczyzny po trzydziestce. Na tygodnie przed imprezą należy znać odpowiedzi na pytania zadawane z prędkością pocisków opuszczających lufę kalashnikova: w co się ubierzesz? jak wygląda sukienka? czy jest krótka czy długa? czy idziesz do fryzjera? jak się umalujesz? W dobrym tonie jest również trochę ponarzekać na tłuszcz zgromadzony przez jesień w okolicach bioder i ud oraz mówić, że całą imprezę trzeba będzie przetrwać na wdechu.

A tak naprawdę jedyne co trzeba zrobić, żeby połowie biura stwardniała zawartość bokserek na twój widok, to ubrać najwyższe szpilki jakie posiada się na stanie i w których można z gracją pokonać dystans densflor-kibel [po dwudziestej drugiej, kiedy to już u większości zgromadzonych gości wódka zaburzy percepcje można spokojnie wbić się w baleriny, albo zmienić obów na ten mniej moskiewski], założyć sukienkę, która eksponuje cycki [skutecznie odwracają uwagę od ewentualnych niedoskonałości w innych częściach ciała], ale przede wszystkim pod żadnym pozorem nie ubierać się czarno! 99% dziewczyn na imprezę wybierze małą czarną, bo niby jest klasyczna, bezpieczna, ale przede wszystkim do bólu nudna i przewidywalna. Sorry, ale czarna sukienka to czarna sukienka - nie ważne że jedna będzie mieć baskinkę [fuj, ble, oblech i stanowcze niet], inna falbankę przy ramionach, a jeszcze inna będzie wykończona koronką. Zginiesz w tłumie i nawet najbardziej bling-bling biżu tutaj nie pomoże. W końcu czarne jest czarne jak mawiał Mr.President. Słyszeliście, kiedyś żeby ktoś napisał piosenkę o kobiecie w czarnej sukience? No właśnie, ja też nie.

Stawiamy na kolor. Czerwona, fioletowa, zielona, niech będzie nawet i różowa [tylko nie majtkowy róż, ani róż w odcieniu kwadratu dla tej wychudzonej suki, Barbie, bo taki róż to ostatni raz powinnaś mieć na sobie będąc w starszakach, czyli wtedy, kiedy ciągle myslałaś, że zostaniesz księżniczką z rycerzem przy boku]. Rozpuszczone włosy. Pomalowane pazury. Mocniejszy makijaż [nie mylić z tapetą], ale taki w którym  nadal wyglądasz jak ty, a nie jak prostytutka z Europy Wschodniej. Dla dodania animuszu założ najseksowniejszą bieliznę jaka przewala ci się w szufladzie [tę na te „specjalne” okazje, które jakoś nigdy nie nadchodzą], posyp pewnością siebie i gotowe!

Powyższe sprawdzone empirycznie. Działa.
Być może powinam zróżnicować swoje portfolio i zostać szafiarką.

13:02, siberry
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 03 grudnia 2012

Tadam! O to odpicowany blogasek!

Fajny? FAJNY!

Chciałabym podziękować tej Pani za wysmażenie baneru i rewelacyjny pomysł z ukreskowieniem dwóch jotpegów. Lubię to! Bardzo!

Biję również dziękczynne pokłony w stronę Agnieszki, która sama ogarnęła tajniki html'owych robaków i zrobiła nowy layout. Agnieszka, kiedyś zostanie wymiatającym web masterem, a ja będę mogła się pochwalić, że to ja byłam jej pierwszym króliczkiem [doświadczalnym, nie tym od Playboya].

Dzięki girlz!

17:54, siberry
Link Komentarze (7) »
środa, 28 listopada 2012

Boss prosi żebym sprecyzowała swoje oczekiwania jeżeli chodzi o następne stanowisko. Ja wpatruję się pustym wzrokiem w migający kursor na ekranie numer dwa i zamiast obmyślać plan jak przy najmniejszej linii oporu wspiąć się jak najszybciej po szczebelkach korpo-drabiny w myślach przywołuję fakturę rozgrzanego od słońca, złocistego piasku, smak słodkiego mleka kokosowego pitego na szczycie flaveli i lepką od tańca noc z odgłosami baterii w tle. Lekko mrużę oczy i przechylam głowę na bok, ale zamiast rozbijających się o brzeg fal, słyszę jak parę metrów dalej ktoś napierdala w złości klawiaturą o biurko.

Czuję się jak narkoman w ośrodku o zaostrzonym rygorze. Chcę stąd uciec, natychmiast wstać od biurka, wyjść bez słowa. Chcę iść wzdłuż rzeki dopóki słońce nie przestanie lizać rozgrzanych od szybkiego marszu polików, a później zaszyć się w knajpie z muzyką na żywo, zostać tam do rana w towarzystwie czerwonego, półwytrawnego i wysłuchać historii życia jakiegoś przypadkowego gościa poznanego przy barze. Chcę, ale wiem, że nie mogę, a może raczej wiem, że później będę tego żałować. Są takie dni, kiedy absolutnie nie widzę w tym sensu, są takie dni, kiedy sama zaczynam wierzyć w to, że tak naprawdę powinnam zostać tym całym managerem najwyższego szczebla i na co dzień włazić w dupę akcjonariuszom. 

Rozglądam się dookoła widzę szaro-burą wykładzinę, ściany pomalowane na sterylną biel, ludzi, którzy wyglądają jakby wszyscy ubierali się w tym samym sklepie, sterty papierów, migające światła dzwoniących telefonów i te niekończące się rzędy biurek, które uginają się pod ciężarem monitorów, na których non-stop przewalają się liczby 109.27, 110.50, 111.25... Ktoś krzyczy YES! i w triumfalnym geście unosi pięść, ktoś inny rzuca siarczyste fuck i załamuje ręce. W końcu ktoś musi przegrać, żeby ktoś inny mógł wygrać.

A może po prostu pierdolę głupoty, bo PMS mnie kąsa w tyłek. Ot co.

00:45, siberry
Link Komentarze (9) »
czwartek, 22 listopada 2012

Siły wyższe obdarzyły mnie wieloma talentami, niestety zdolność poruszania się wśród html-owych robaków i programów graficznych nie jest jednym z nich. Z związku z tym, iż chciałabym nieco odpicować blogaska, a niestety nie wiem jak, postanowiłam wystosować tę o to odezwę do narodu.

Jakby ktoś miał czas/ochotę, żeby w ramach wolontariatu oraz przypływu dobroci serca [w końcu święta się zbliżają] pomóc biednej, biedniutkiej Sib [tu próbuję wzbudzić litość] to proszę się do mnie zgłosić na siberry(maupa)gazeta.pl.

Najbardziej marzy mi się żeby tam u góry zamiast "w szpilkach lub conversach" było zdjęcia, albo kolaż [którego oczywiście nie potrafię wysmażyć, co mnie osobiście bardzo irytuje]. W zamian oferuję dozgonną wdzięczność, glorię i chwałę poprzez publiczne wyznanie mojego uwielbienia.

Jak nie to nie. Nadal będziecie dostawać oczopląsu od tych kropków.

XoXoXo,
Sib

20:13, siberry
Link Komentarze (5) »

Mój szef jest cholernie wymagający, pewny siebie, arogancki i ma w dupie polityczną poprawność. Większość osób uważa go za dupka i współczuje mi, że muszę z nim pracować. Ja z kolei uważam się za szczęściarę, bo mam nieograniczony dostęp do jego mózgu i wieloletniego doświadczenia z którego czerpię garściami.

To jest pierwszy szef, który potrafi jednym zdaniem zagonić mnie w kozi róg, a najmilsze słowo jakie od niego usłyszałam za kawał naprawdę dobrej roboty na widok której ja dostawałam mentalnego orgazmu to było rzucone trochę od niechcenia "Good job, Sib". Musiałam się nieco przyzwyczaić, spuścić trochę powietrza z własnego nadęcie, bo nikt już nie rzuca mi kwiatów pod stopy, ani nie wychwala pod niebiosa jak to regularnie bywało za moich moskiewskich czasów. Gwiazda Jakucji zeszła trochę na ziemię pomimo tego, iż po biurze nadal rozchodzi się stukot wysokich obcasów. I dobrze. Pokorę trzeba regularnie dokarmiać, bo ona ma bulimię.

Kiedy w czasie rozmowy oceniającej boss powiedział mi, że jestem bloody damn intelligent myślałam, że to jakaś jego kolejna gra. On uwielbia zarzucać mnie zadaniami w stylu pokazuje mi maila od Szefa Wszystkich Szefów i mówi: masz pięć minut na to żeby mi powiedzieć co ty byś z tym zrobiła, albo zakrywa połowę wykresu obrazującego cenę jakiegoś tam produktu i pyta: co myślisz, że stanie się z ceną za 10 minut? Och poczekaj sekundkę, zapomniałam wyjąć z torebki swoją pieprzoną, kryształową kulę.

Poza tym tworzymy pewną swoistą symbiozę. Mamy podobne poczucie humoru i styl pracy. Dość szybko też rozgryzłam, iż ten wysoki jak dąb facet, tak naprawdę jest łasym na komplementy chłopcem, który od czasu do czasu potrzebuję trochę uwagi i podrapania za uszkiem. Trzeba na własne oczy zobaczyć jego zadowoloną minę, kiedy zauważam, że ma nowe buty, albo kiedy z przekonującym głosem pytam się have you been working out lately? On wtedy bezwiednie wciąga brzuch, prostuje się do pozycji mam-sztywny-pal-w-tyłku, puszy się jak paw i niby od niechcenia mówi: wiosłowałem przez trzy godziny w weekend

Ostatnio musiałam rzucić rękawicę i jednak kupić sobie okulary. Trochę zaczęły mnie już męczyć te regularne sprinty do przystanku na widok każdego dabel dekera, bo nie mogłam rozszyfrować, który numer aktualnie zbliża się do zatoczki. Oczywiście okularów nadal nie noszę, ale czasami [zazwyczaj na kacu] zakładam je in da ofis. Mój spostrzegawczy szef zauważa je, kiedy wystroiłam się w ołówkową spódnicę, kremową jedwabną bluzkę i mówi:

- Sib, I didn't know you had to wear glasses.
- I don't. It's just an attempt to look more intelligent.
- They suit you. Very stylish! You look like a modern version of Miss Moneypenny. Does that make me James Bond?
- You wish.

18:27, siberry
Link Komentarze (1) »
niedziela, 18 listopada 2012

Kiedyś kasetę magnetofonową przewijało się na ołówku żeby oszczędzić baterie w walkmanie.

Kiedyś po pokoju chodziło się na palcach i mówiło się szeptem, bo właśnie wgrywał się Test Drive.

Kiedyś andruty zapijane cytrynowym Ptysiem to był Mount Everest dla podniebienia.

Kiedyś mając klaser wypełniony po brzegi historyjkami obrazkowymi po gumie balonowej Donald, byłeś like a boss, czyli rządziłeś połową podwórka.

Kiedyś na widok biegnącego koguta na tle burego płotu sikałeś ze szczęścia, bo to oznaczało, że zaraz zacznie się Teleranek.

Kiedyś przeżycie podróży autokarowej na trasie Polska-Grecja, postawienie torby wypełnionej po brzegi Gorącymi Kubkami i zupkami chińskimi w pokoju w którym zabiłeś laczkiem Kubota tylko dwa karaluchy oznaczało dotarcie do raju.

Kiedyś osiągało się eldorado przez rozbujanie huśtawki do podbitek, zawiśnięcie do góry nogami na trzepaku, czy tam strzelenie ze stanika zbyt cytatej jak na swój wiek Żanecie z VI C.

Teraz masz swoją srebrną lodówkę, płaski niczym biust Keiry Knightley telewizor, kredyt na mieszkanie we frankach szwajcarskich, wakacje w Alpach i na egzotycznych wyspach, o których istnieniu jeszcze kilka lat temu nawet nie wiedziałeś, podziemny parking na samochód służbowy, awanse i nagrody, kolacje firmowe w najlepszych knajpach w mieście, dziewczyny przewalającej się w twojej sypialni bez celluitu, masz nawet pieprzone nagłośnienie dolby surround w kiblu, ale i tak ciągle jest źle.

Nawet nie zauważyłeś, kiedy z chłopaka do którego można było zadzwonić w środku nocy i pić wino do rana, stałeś się aroganckim dupkiem w koszuli szytej na miarę i tych swoich śmiesznych, nażelowanych włosach zaczesanych do góry.

 

------ apdejt 23:45 anno domini -----
No dobra, japiszony japiszonami, ale teraz to ja jestem ciekawa jakie to Wy macie wspomnienia z dzieciństwa? Meldować mi się tam ładnie na dole. Dont bi szaj, gajs.

20:31, siberry
Link Komentarze (25) »
wtorek, 13 listopada 2012

Mówię Francja i od razu widzisz Wieżę Eiffla, bagietkę, Luwr, beret i obrzygane metro.

Mówię Londyn i od razu widzisz czerwone dwupiętrowe autobusy, czarne taksówki, Big Bena i prostytytutki na ulicach. A nie wrrrróć - to nie prostytutki, tylko angielskie róże idące w piątkowy wieczór na klabing.

Mówię Nowy Jork i od razu w głowie zaczyna Ci śpiewać Alicia Keys, oblizujesz usta, bo ślinianki zaczynają pracować na wspomnienie bejgla utopionego w cream cheese i widzisz wieżowce, Central Park i dwóch policjantów z nadwagą ["NYPD maderfaker"] opychających się donatami z kawą w papierowym kubku.

No dobra, żeby nie było tak ą-ę-hajlajf-sztywny-pal-w-tyłku, to mówię Świebodzin myślisz Jezus, myślisz o tym dłużej i po chwili jest już odżizas! Mówię Twardorzeczka i widzisz Brodkę, mówię Koniakowo myślisz stringi, mówię Pacanów, a Ty widzisz pieprzonego Koziołka Matołka z gołym torsem, ale za to w czerwonych szortach.

Mówię Paragwaj i co widzisz.? Yyyy....no....yyyy....jakby tu.... no właśnie nic nie widzisz. Bo TAM NIC NIE MA. No dobra, są takie kamloty wpisane na listę UNESCO, ale spokojnie można umrzeć nie odhaczając tego z listy miejsc do zobaczenia przed śmiercią.  Zmarnowany dzień, zmarnowana noc - trzeba było od razu jechać do Foz do Iguacu.

Może i nic nie ma, ale jak na każdym zadupiu musi być...

23:48, siberry
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u