RSS
wtorek, 26 lutego 2013

W mojej skrzynce pocztowej zaczyna dziać się jakiś kosmos. 

Oferta pracy z Holandii.

Oferta pracy z Niemiec.

Oferta pracy z Polski.

Wszystkie z awansem. Jedna na ogromny region. Dwie z odpowiedzialnością za międzynarodowy team. Jedna w czymś zupełnie dla mnie nowym, rzucenie na zajebiście głęboką wodę i strach, że sobie nie poradzę. Dwie, gdzie spokojnie mogłabym 'gwiazdorzyć', polegać na swoim doświadczeniu, intuicji, a przede wszystkim zbudowanym wcześniej networku.

O żadną z nich nie ubiegłam się aktywnie, bo przecież do końca kontraktu w służbie Jej Królewskiej Mości zostało mi jeszcze pół roku. To przecież sześć miesięcy. Przez sześć miesięcy może stać się i wszystko i nic.

Mętlik w głowie. Ścisk w żołądku. Na nogach lekkie buty sportowe, a w głośnikach ciężkie gitarowe riffy. Pomimo deszczu i temperatury oscylującej wokół zera, biegnę do utraty tchu przez opustoszały park, bo tylko zmęczenie fizycznie pozwala mi spokojnie przespać całą noc.

Jutro kolejne spotkanie i kolejna decyzja do podjęcia.

01:15, siberry
Link Komentarze (20) »
wtorek, 19 lutego 2013

Internet przemówił i powiedział, że będzie czytać moje wypociny na temat knajpianego życia w Londynie. No to without further delay przecinam czerwoną wstęgę i uroczyście otwieram cykl głębokiego gardła ldn edyszyn.  

W pierwszym odcinku pójdziemy sobie na curry

O Lahore usłyszałam od znajomego z Indii. Kiedy powiedział mi, że zabiera mnie do "la hor" przez chwilę myślałam, że to jakiś podrzędny klub ze striptizerkami smutno wijącymi się przy zimnej, metalowej rurze ["la HOR" - get it?]. Jednak okazało się, że jest to wręcz kultowa knajpa, a ustalmy, że w Londynie ciężko być "kultowym" nie będąc Beatelsem, albo wystającymi kośćmi Kate Moss.

Czym akurat Lahore różni się od tysiąca innych curry-bud w Londynie?

Wystrój żal.pl, albo nawet żal.ru. Plastikowe krzesła, stoły tak gęsto ustawione, że można podjadać sąsiadowi z talerza, jasne, ostre świtało i okrutny harmider. Kolejka tak długa, że trzeba czekać na stolik stojąc na zewnątrz [rezerwacje na piątek wieczór przyjmowane są tylko rano] no i na dodatek w knajpie nie sprzedają alkoholu. Tak wiem, też sobie pomyślałam WTF? Jak to BEZ ALKOHOLU?! Bez sensu - nie idę! Easy, tiger - procentów nie ma w menu z tego prostego powodu, iż knajpa nie posiada licencji na ich sprzedaż, ale za to można przynieść i wypić swój własny. Serio, serio. Funkcjonuje tutaj (genialny w swojej prostocie) koncept BYOB - czyli bring your own booze/bottle. My przytachaliśmy po butelce czerwonego wina na głowę i - dla dobicia - litr rumu [ów rum został później od nas odkupiony przez współbiesiadnika ze stolika obok, pomimo tego, iż był już dość mocno napoczęty]. Dla tych bardziej spragnionych, albo nie lubiących tłuc się komunikacją miejską z butelkami, uprzejmie informuję, iż po drugiej stronie ulicy jest monopolowy zatowarowany pod sufit alkoholem z całego świata [można nawet kupić browara z Polski] i myślę, że ten sklep istnieje tylko dlatego, że tuż obok jest Lahore. W przyrodzie to się chyba nazywa symbioza.

No więc podsumowując - wystój niczym w stołówce z głębokiego PRLu, kolejka [również niczym z głębokiego PRLu] i nie ma alkoholu [tak, wiem - zupełnie jak w głębokim PRLu]. Na dodatek jest gorąco i wali curry. Za to jedzenie, mili Państwo, jedzenie jest WOW! Powiem szczerze, że ja nie jestem jakimś specjalnym koneserem kuchni z tamtych rejonów świata, ale w Lahore nie mogłam się opanować i przestać jeść. Praktycznie wyczołgałam się z tej knajpy na czworakach. Wszystko było świeże, aromatyczne, rozpływało się ustach (a nie w dłoni) i tanie jak barszcz [jak na londyńskie warunki ma się rozumieć]. Począwszy od czosnkowych chlebków nan [1.75 GBP],  ziemniakach po bombajsku, przez karahi gosht [7.75 GBP], chicken tikka masala [7.75 GBP] i skończywszy na jagnięcym jaffrezi [7.75 GBP]. Polecam zwłaszcza mięsa z grilla i te chlebki nan to po prostu poezja.

Mój znajomy potwierdził, że jedzenie jest doprawione "jak u mamy" - czyli to nie jest hinduskie żarcie dla początkujących, gdzie potrawy nie mają wyrazistego smaku i aromatu, bo są dostosowane do europejskich [czyt. lamerskich] kubków smakowych. W Lahore jedzenie wyjeżdża z kuchni w metalowych misach, gęsto poustawianych na ogromnych tacach, przy okrzykach menadżera opierdalajacego po pendżabsku obsługę, która w pocie czoła, dwoi się i troi, żeby ogarnąć wszystkie zamówienia. Proces przyrządzania jedzenia można oglądać, nomen omen, od kuchni, bo jedna ze ścian to ogromne okno, więc doskonale widać buchający ogień, niekończące się zapasy świeżych warzyw, ziół i przypraw. Na deser wciągneliśmy po pistacjowym kulf - to taka indyjska odpowiedź na nasze swojskie lody na patyku i powiem wam, że takie lody to ja bym mogłabym robić cały dzień.

Jedyny minus to fakt, iż jest tam cholernie gorąco [i nie, nie tylko przez pikantne jedzenie], a moja kurtka jeszcze parę dni później waliła curry [pozostałe ubrania - łącznie z cyckonoszem -od razu po kolacji powędrowały do pralki].

Londyńska Ruska gorąco poleca.

  • Miejscówka: Lahore Kebab House
  • Kategoria: nażryj się i napij z ziomalami
  • Cena: świnka skarbonka będzie żyć (danie główne 7.75 GBP)
  • Adres: 2 Umberston Street, Whitechapel
  • Najbliższa stacja metra: Aldgate East albo Whitechapel
  • Internety: LaHore

P.S. Jakieś życzenia co do odcinka S01E02? Steak? A może fisz'en'czips? Czy co tam misiaczki chcecie?

niedziela, 17 lutego 2013

Jest niedziela, siedemnasty lutego anno domini, a ja siedzę na tarasie w cieniutkiej skórznej kurtce i okularach przeciwsłonczenych. Jest środek zimy a ja łapczywie wystawiam twarz do promieni ciepło kąsających mnie po rumianych policzkach. Na stole paruje kawa [bez mleka, bez cukru], a bok stoi czerwona miska wypełniona po brzegi naturalnym, greckim jogurtem z garścią migdałów, czarnych jagód i soczystymi owocami granta. Z głośników wydobywają się dźwięki jednej z moich ulubionych płyt ever. W ogóle to ja nie rozumiem i protestuję czemu Lauryn Hill nagrała tylko jedną jedyną płytę. Wróciłam do niej niczym córka marnotrwana po kilku latach osierocenia i stwierdzam, że ciągle i niezmiennie jest tak samo zajebista. Tylko te teksty jakoś inaczej do mnie przemawiają. 

To tak samo jak z SATC. Niedawno przeskakując przez kanały, trafiłam przez przypadek na Seks w wielkim mieście. Kiedy byłam piękna i młoda ten serial był wręcz kultowy, a ja potrafiłam oglądać Carrie biegającą po ulicach Nowego Jorku w niebotycznych szpilkach i burzą loków do drugiej, trzeciej nad ranem. Teraz kiedy, nadal jestem piękna i młoda, ale bardziej ogarniam co się dzieje na świecie, jakoś przemawia do mnie bardziej i nie traktuję go w kategoriach takiego soft sci-fi. Może dlatego, że dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że Mr. Big nie rośnie na drzewach i poniekąd rozumiem, że na parę oszałamiających szpilek, albo torebeczkę można, w swojej próżności i rozpasaniu, przepuścić więcej kasy, niż moja pierwsza pensja, kiedy to w czasie studiów pracowałam jako pani księgowa zajmująca się zobowiązaniami dostawców zagranicznych [wytrzymałam trzy miesiące].

Zresztą im człowiek starszy, tym relacje damsko-męskie robią się bardziej pokrętne. Kiedyś serce waliło ci jak oszalałe, kiedy on trzymał cię za rękę i całował na pomoście, a teraz jak nie eks-żona, to dzieci z poprzedniego małżeństwa. Jak nie wieczny piotruś pan spieprzający zakosami, kiedy tylko na horyzoncie pojawią się pierwsze oznaki zaangażowania, to facet bez jaj, którego przeraża wizja spotykania się z dziewczyną, która zarabia więcej od niego.

Ale zaprawdę powiadam Wam - idzie wiosna. Wiem, bo po pierwsze na siłowni tłok, po drugie dzisiaj pierwszy raz w tym roku mogłam założyć conversy, po trzecie w wazonie żółcą się żonkile, no i last, but not least w parku widziałam krokusa [nie mylić z krakusem].

17:01, siberry
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 lutego 2013

Są ludzie, którzy nie potrafią być sami ze sobą. To ten typ, który po skończonym związku natychmiast ładuje się kolejny, bo istnieje jedynie, kiedy przy boku ma drugą osobę. Egzystuje tylko w konfiguracji +1. Potrzebuje obecności drugiej osoby nawet po to żeby obejrzeć film, wylegując się na miękkiej sofie w ulubionej bluzie z kapturem. To ten typ, który po powrocie do domu musi komuś zrelacjonować przebieg całego dnia łącznie z tym co kuchnia podała na śniadanie. Wizja samotnego wieczoru wywołuje armagedon, gonitwę myśli, w stylu nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi i na pewno zaraz będę mieć sflaczałe uda. Wakacje planuje palcem po mapie, bo wyjazd w pojedynkę gdziekolwiek - nawet na wymoczenie tyłka w leczniczych solach w Ciechocinku - absolutnie nie wchodzi w grę. No jak to? Tak SAMA?!

Ja jestem totalnym przeciwieństwem. Doskonale (nie bójmy się tego słowa) potrafię bawić się w swoim własnym towarzystwie. Lubię przeplatać wyjścia ze znajomymi, kolacje przy suto zastawionym stole, pijane powrotny nad ranem, z wieczorami w stylu cisza, kawa, ja. Takie noce z dobrą książką, dźwiękami nowej płyty wydobywających się z głośników, komputerem na kolanach, kiedy mogę bez skrępowania przewalać się w pościeli bez makijażu, chaosie na głowie i przykrótkich spodenkach, w których nie mam odwagi wyjść do ludzi. Lubię oglądać sama filmy w domu, bo nikt mi nie gada nad uchem, nie ma niezgodnych z ustawą przerw na siku i w razie czego, gdyby zdarzył się wypadek przy pracy i poleciałyby mi krokodyle łzy, to mogę w spokoju wycierać gile w rękaw, a nie udawać, że tutaj wcale nikt nie płacze.

Nie chcę żyć w poczekalni, odkładając wszystko na potem, bo jasne - fajnie by było powłóczyć po wąskich ulicach w okolicach Piazza di Spagna trzymając kogoś za rękę, ale skoro ów ręki chwilowo niet, to wcale nie oznacza, że nie mogę kupić biletu i po prostu tam polecieć.

Tylko czasami zastanawiam się, czy to przekonanie, że zawsze i wszędzie sobie poradzę, czy ta samowystarczalność, umiejętność naprawienia zapchanego zlewu, cieknącej suszarki i zainstalowania wi-fi na kwadracie, czy ona kiedyś nie ugryzie mnie w tyłek. 

19:38, siberry
Link Komentarze (8) »
czwartek, 07 lutego 2013

Ponoć po czterech tygodniach zaczynasz dostrzegać pierwsze rezultaty. Po ośmiu twoi znajomi, a po dwunastu cała reszta. Ja bym do tego dodała, że ostatnia na pewno zauważy Mamusia.

Powoli zaczynam wyciągać rzeczy z tej półki na lepsze czasy i zapinać paski o dziurkę dalej. Z uporem maniaka noszę rurki, bo jaram się, że w końcu moje uda nie wyglądają w nich jak w kondomie przeznaczonym na rynek afrykański. W pracy słyszę, że wyglądam fabolous, więc zakładam coraz krótsze kiecki i zaczynam lekko kręcić tyłkiem, kiedy udaję się do wodopoju celem uzupełniania swojej butli na wodę z cytryną. Już dawno nie rozsadzała mnie tak energia, więc endorfiny muszą wirować we krwi.

Kluczem do sukcesu jest stara, dobra konsekwencja. Nie ma diety cud, masaży wysysających tłuszcz, ani ‘dobrych genów’. 70% to zdrowe odżywianie (zero przetworzonego żarcia, dużo warzyw, ryb i chudego mięsa), a 30% to wysiłek fizyczny. Chodzę na spinning i z wrodznym wdziękiem oraz gracją wymachuję sowieckim kettlebell na siłowni. Zapisałam się na bieg 10k przez Richmond Park w marcu, a pod koniec czerwca planuję przebiegnę ten cholerny pół-maraton.

Zaprawdę powiadam wam, świat się kończy. Ale ja w swoje 30ste urodziny będę u szczytu życiowej formy, a tyłkiem zamierzam rozgniatać orzechy. Jagienka, watch me, bijacz!

14:18, siberry
Link Komentarze (4) »
czwartek, 31 stycznia 2013

Od jakiegoś czasu chodzi za mną chęć wysmażenia kilku notek na temat Londynu.

Taki subiektywny mini przegląd przez knajpy, bary i restauracje - może nie z perspektywy autochtona, ale osoby, która dość często specjalizuje się w byciu ćmą barową i odkrywaniu nowych zakamarków w mieście. No wiecie, takie Londyńska Ruska rekomends. Bo jak czytam u blogaskowych wyroczni, że najlepszy steak w mieście można zjeść w sieciówce, to chcę krzyczeć: don't do it - tam chodzą tylko turyści!

Jestem mało lajfstajlowa [to ostatnio bardzo modne słowo w blogosferze], ale mogę napisać, gdzie można dobrze zjeść i nie natknać się na autokar z emerytami z Niemiec, gdzie można epicko się sponiewierać, gdzie koniecznie trzeba zjeść fish'n'chips, albo gdzie powinno zabrać się dziewczynę na randkę jeżeli chcesz żeby później, w ramach wdzięczności, ona dała ci się trochę pomacać po cyckach.

Czytalibyście? 

01:41, siberry
Link Komentarze (18) »
środa, 30 stycznia 2013

Dzień zaczynam od wyłączenia budzika w telefonie z ekranu, którego spogląda na mnie ta o to arcyzajebista pani. Później przechodzę do szklanki lodowatej wody i sokiem z połówki limonki. Na śniadanie szpinak i jajko ugotowane na twardo w towarzystwie paru koktajlowych pomidorów skropionych oliwą. Zero chleba. Zera kanapeczek z szyneczką i serkiem. Węglowodany to zuo!

W czasie lanczu zamiast siedzieć przed moimi trzema monitorami wyciągam spod biurka sportową torbę i idę na siłownię. Dwa razy w tygodniu trening siłowy i do tego dwa, a czasami - jak Pani Bozia jest łaskawa i da siły oraz ześle mniejszy zapierdol w pracy - to nawet trzy razy w tygodniu cardio pod postacią zajęć ze spinningu. Długo myślałam, że nie ma nudniejszego sportu niż udawanie, że się jedzie na rowerze, w dusznej, wypełnionej po brzegi sali, gdzie krople potu osoby obok potrafią skapnąć na twój rower, a w uszach dudnią Ci przeraźliwe basy, ale zapomniałam, że jest jeszcze bieganie. Teraz spinning wręcz ubóstwiam - mam swoich ulubionych prowadzących [zwłaszcza ten brazylijski młody bóg jakoś działa na moją wyobraźnię i powoduje, że daję z siebie 200%] i autentycznie nie mogę się doczekać kolejnych zajęć. Siłownia jest w piwnicach korpo, więc nie ma żadnych wymówek, że pada deszcz, spóźnił się autobus, albo rozjechał mnie walec. Dodatkową "atrakcją" jest fakt, iż pod prysznicem można pooglądać sobie gołe tyłki współpracowników (i to wszystko w godzinach pracy, kiedy powinniśmy zwiększać wartość dla akcjonariuszy).

Na obiad sałatka z kurczaka. Już nawet nie muszę mówić co chcę zamówić w pobliskiej knajpie z żarciem na wynos, gdzie codziennie, ten sam Libańczyk wita mnie z perlistym uśmiechem na twarzy i mówi: yes, yes, I know! one chicken salad for you, love!

O szesnastej garść migdałów, groszku albo seler. W ciągu dnia minimum dwa litry wody i zero kawy. O latte w papierowym kubku też mogłam zapomnieć. Czy wy wiecie, że picie jednej latte dziennie powoduje średnio wzrost wagi do 4 [słownie czterech!!!] kilogramów rocznie?! Tak, taka mała, niewinna, bialutka kawusia. Giń, przepadnij, niech cię piekło pochłonie, ty biała szmato! Aha i żeby była jasność - te dodatkowe kilogramy wcale nie idą w cycki. Wiem, bo sprawdziłam empirycznie.

Na kolację ryba z grilla z warzywami, albo jakiś cycek kurczaka. Na przykład dzisiaj szef kuchni [czytaj: moi] podał stek z tuńczyka z sałatką z soczewicy, pomidorów, czerwonej cebuli, czosnku, oliwy i soku z limonki. Ślinka cieknie, c'nie? Mlaska, mniam, palce lizać!

W ciągu tygodnia zero alkoholu [sobotę spisałam na straty - to jest mój Dzień Oszusta, czyli hulaj dusza piekła nie ma]. Niewiarygodne jak ciężko jest mieć social life w Londynie nie pijąc alkoholu. Każde wyjście na kolację poprzedzone jest szybkim wyjściem do pubu na pajnta, albo c'mon just one glass of wine, co oczywiście zawsze kończyło się zamówieniem całej butelki. Ja jestem mega dzielna i grzecznie sączę sok z pomidorów. Nie robię sobie też nic z docinek i podśmiechujek, kiedy jako jedyna osoba przy stole zamiast deseru zamawiam herbatę ze świeżej mięty. W końcu co masz z tego jutro, że się dzisiaj nażresz? Tłuszcz na tyłku i nic poza tym. Do tej pory pamiętam zdanie jednego Włocha ode mnie z teamu, który na korpo-kolacji powiedział mi: Sib, I love my body too much to eat dessert. I ja się z tym zgadzam. Well, dopiero od paru tygodni, ale lepiej późno niż wcale, prawda?

Nie wiem skąd nagle we mnie tyle determinacji i motywacji. Nakręcam się coraz bardziej, bo powoli zaczynam widzieć pierwsze wyniki. Gdybym miała gabaryty The Grycanki Sistars pewnie efekty byłby bardziej spektakularne. Jednak zdarza się już, że w zaciszu swojej łazienki jaram się przed lustrem, że czasami dostrzegam delikatny zarys tricepsa. Mój szef znacząca puka się w głową, kiedy widzi moje zdrowe jedzenie i pyta, czy w supermarkcie odkryłam nowy dział Rabbit Food. Zresztą on uważa, że nie powinnam nic zmieniać, ale on jest facetem po 50stce, więc się jakby nie liczy. Nie wiem czy to te całe endorfiny, ale paradoksalnie im więcej trenuję, tym więcej mam energii. Moją ulubioną częścią dnia jest moment, kiedy w szatni ściągam z siebie mokrą koszulkę, po nagich plecach nadal spływają delikatne strużki potu, a serce próbuje się wyrwać z klatki piersiowej. I tutaj wcale nie chodzi o zrzucenie kilogramów, zapadnięte policzki, wystające kości czy dobicie do jakieś konkretnej wagi. Po prostu chcę siebie sprawdzić przez 12 tygodni, a potem przebiec pół maraton.

No dobra. I też chcę zawsze i wszędzie wyglądać fucklicious! ;)

00:46, siberry
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 28 stycznia 2013

W ostatniej chwili wciskam się do przepełnionego metra i tuż za mną zasuwają się drzwi. Wbrew pozorom lubię tę codzienną podróż komunikacją miejską do zakładu pomimo tego, iż czasami wydaje mi się, że szprotki zamknięte w puszce mają więcej miejsca. Lubię obserwować dziewczyny maskujące szaleństwo poprzedniej nocy podkładem i jasnym korektorem pod oczy. Lubię patrzeć jak na odcinku Southkensington – Westminster można przy pomocy paru pędzielków zmienić się z szarej myszki w rasową korpobijacz z soczystą czerwienią na ustach i mocno wytyszowanymi rzęsami. Marzenia przeciętnego mieszkańca tej dziewięcio milionowej metropolii najlepiej podsumowują reklamy w metrze. Środki na porost włosów dla mężczyzn, strony obiecujące znalezienie tego jednego jedynego i kliniki oferujące zapłodnienie in vitro. Bo w tym wielkim mieście, w którym człowiek ani na sekudnę nie jest sam, można czuć się jak rozbitek na bezludnej wyspie.

Londyn jako jedyna europejska odpowiedź na Nowy Jork po tej stronie "kałuży" - ma do zaoferowania wszystko. Tak naprawdę można zwiedzić cały świat nie opuszczając granic miasta. Spacerując ulicami można przenieść się z Pakistanu do Chin, a po drodze zjeść prawdziwą, pachnącą francuską bagietkę zatopioną w kozim serze, albo napić się  Malbecki z malutkiej winnicy gdzieś na południu Argentyny. Knajpy, restauracje, kuchnie serwujące dania nawet z najbardziej oddalonego zakątką na świecie. Bary, kluby, z jazzową muzyką na żywo, ale też takie, gdzie każdy może podejść do mikrofonu i coś zaśpiewać – w końcu śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej.

Na ulicy codziennie mijasz dziewczyny we fluoresencyjnych szortach ledwo zakrywających pośladki i dziewczyny zakutane w czarne burki. Języki angelski miesza się z całą resztą i czasami ciężko spotkać osobę, której zasób słów wykracza poza 700 standardowych zwrotów , które pozwalają przetrwać w tej miejskiej dżungli. Uwielbiam Londyn za różnorodność, za to, że wielki, szklany wieżowiec sąsiaduje z dzielnicą, gdzie można znaleźć wrzuty najlepszych street artowych artystów na świecie. Uwielbiam Londyn za to, że prędzej czy później zagra tutaj koncert każdy artysta, który ma podpisany kontrakt z wytównią fonograficzną, że można zobaczyć przedstawienia wystawiane na deskach teatrów oddalonych o tysiące kilometrów od Big Bena. Uwielbiam też Londyn za znajomych z całego świata, za to, że naprzeciwko mnie siedzi dziewczyna z Kazachstanu i opowiada mi o ramadanie, za to, że obok mnie siedzi Włoch, który już teraz sporządza mi listę knajp i barów, które absolutnie muszę zobaczyć w Rzymie. A kluczowe w tym zdaniu jest słowo znajomi, a nie przyjaciele. Tuaj ciągle ktoś przyjeżdza, ale loty powrotne są tak samo wypełnione.

Jednak ten wybór, ta cała mieszanka narodowości, feria barw i wachlarz smaków. Ten pęd i szum czarnych taksówek, które regularnie próbują mnie rozjechać na przejściu dla pieszych powoduje, że czasami chcę powiedzieć dość, ja wysiadam. Marzy mi się sobotni spacer po lesie, a nie walka o to, żeby pokonać dystans 30 metrów na przeludnionym chodniku. Chcę wyjśc na ulicę i być sama. Chcę przejśc parę metrów i nie musieć odpowiadać co chwila na pytanie excuse me, where is Buckingham Palace? Tak po prostu. Mogę powiedzieć, że ja już zarwałam wystarczającą ilośc nocy, zwiedziłam wystarczającą ilość barów i knajp, żeby mieć co wspominać. Życie od weekendu do weekendu przestaje mnie już jakoś ekscytować. Daleko mi jeszcze do porzucenia lajfstajlu ćmy barowej, ale gdzieś tam kołacze mi się po głowie domek na przedmieściach i burek w budzie. 

Żeby była jasność: tutaj nikt się nie skarży. Doceniam to co mam i wiem, że jestem cholerną szczęściarą, która może sobie pomieszkać w tym całym Londynie. Jednak już teraz też wiem, że to miasto równie szybko wciąga, co wyssysa wszystkie soki  i wypluwa resztki. Mimo wszystko ewentualny powrót do Warszawy, który prawdopodobnie wymusi na mnie moje korpo to będzie jak zesłanie. Nie chcę.

13:35, siberry
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 stycznia 2013

The snow is expected to get heavier throughout the day, and disruptions can be expected to both rail and road networks. It has been decided that staff should ensure that they can get home safely, and should discuss with their line managers if the could leave the office and work from home from lunchtime if necessary.

 

Armagedon nadchodzi! Zrobiłam zapasy. Kupiłam jedzenie w puszkach, dwa kilo cukru, tuzin jajek, zamroziłam bochenek chleba oraz dla pewności napuściłam wody do wanny, żeby w razie czego mieć co pić. Przy łóżku mam zapałki, aromatyczne świeczki oraz kieliszek wypełniony burgundową Malbecą leniwie spływającą po pękatych, szklanych ściankach. Zimo, zapodawaj!

Spadło parę płatków śniegu, a miasto szykowało się jak na III Wojnę Światową. Setki odwołanych lotów, Heathrow zamknięte, taksówki ślizgające się na letnich oponach jak na lodowisku, kolej zawiesza połączenia, a na ulice wychodzą Brytyjki ubrane w szmaciane balerinki, ale za to z obowiązkową, wielgachną futrzaną szapką-uszatką [trzeba mieć stajla ooo-aj]. W czasie wiadomości emitowany jest materiał jak bezpiecznie stąpać po śniegu, a nagłówki brukowców krzyczą, że miasto zamieni się w sopel lodu, przy którym nasz arktyczny kibel wydaje się być luksusową łaźnią jej Królewskiej Mości.

A zima ledwo przysiadła na londyńskich ulicach. Biały puch przykrył czerwone dachy budek telefonicznych, rowery miejskie i palmy w pobliskich parkach. Miasto zrobiło się niesamowicie klimatyczne, zwłaszcza, że na ulicach po zmroku jest totalna pustka. Wszyscy chowają się w domach i bunkrują pod kocami, a ja wracając późnym wieczorem z teatru wysiadam dwa przystanki wcześniej. Uwielbiam chodzić po mieście nocą. Chcę wypełnić nozdrza rześkim, wieczornym, może nawet nieco ostrym powietrzem i poszurać stopami po skrzypiącym śniegu niczym mała dziewczynka. Szczelniej owijam się długim, kolorowym szalikiem, różowe policzki kąsa delikatny mróz, a ja rzucam się z przyjacielem puchatymi śnieżkami wybuchając co chwila śmiechem, którego odgłos niesie się po pustej ulicy.

Wracam do domu, zmęczona, ale szczęśliwa, z wypiekami na twarzy niekoniecznie spowodowanymi jedynie zimnem na zewnątrz. Przytulam się do ciepłego kaloryfera niczym kotka, ale przed oczami nadal wiruje mi genialna scena w barze z drugiego aktu. 

Keep calm and carry on.

23:29, siberry
Link Komentarze (3) »
niedziela, 30 grudnia 2012

Nigdy nie robiłam rocznych podsumowań, rachunku zysków i strat za ostatnie dwanaście miesięcy, bo staram się koncentrować na tym co jest przede mną, a nie za plecami [no dobra, może z wykluczeniem gabarytów mojego tyłka]. Jednak w tym roku postanowiłam je popełnić. Ot, taki kaprys, to był najlepszy rok ever.

Udało mi się spełnić moje marzenie i w końcu zobaczyć Incubus i The Black Keys w wersji live. Widziałam też Lady Gagę na 60 tyś stadionie wypełnionym po brzegi, ale oczywiście nigdy w życiu się do tego nie przyznam. Moje muzyczne odkrycie roku to bezdyskusyjnie Jack White. Na DVD mam może w sumie dziesięć filmów, ale są to filmy, które wryły mi się w pamięć - czasami jest to jedna scena, czasami cały scenariusz. W tym roku do mojej jakże pękatej kolekcji dołączył 50/50. Za największe swoje osiągnięcie uważam umiejętność wyciśnięcia trzydziestu pompek nie tracąc przy tym kontaktu z bazą, kiedy na początku roku w wielkich bólach potrafiłam zrobić pół. Impossible is nothing. Bez kitu.

Pierwszy raz odkąd przeszłam na ciemną stronę mocy i podpisałam krwią umowę na czas nieokreślony z korporacją, udało mi się wykorzystać cały urlop i to z nawiązką. Bezdyskusyjnie, to był rok przepełniony podróżami [pleasure, not business], przygodami i pierwszymi razami [chociaż wianka już jakby od dawna niet].

Pamiętam wizytę w sztokholmskiej galerii Fotografiska [BTW, dla tych co będą in town to od 30.11-03.03 jest tam wystawa Davida LaChapelle!]. Pamiętam wręcz orgazmiczną przyjemność z szusowania po ośnieżonych stokach pomimo siarczystego mrozu. Pamiętam pierwszą w życiu jazdę motocyklem, balansowanie całym ciałem, kiedy jechaliśmy pomiędzy szczytami gór, a na dole, odbijała się w tafli jeziora panorama miasta. Pamiętam długą, czarną suknię z rozcięciem do połowy uda i czerwień na ustach. Pamiętam radość ze śpiewania na całe gardło njuuu jork, njuuuu jork, kiedy w tle świecił się Empire State Building, a po ulicy sunęły filmowe, żółte taksówki. Był też Mur berliński, kalamary jedzone nad brzegiem morza, łowienie piranii i jazda motocyklem na sam szczyt flaveli. Pamiętam chłód wieczoru kąsający po gołych łydkach i gęsią skórkę rozsianą po całym ciele, która ani trochę nie była spowodowana zimnem, kiedy za plecami leniwie obracało się London Eye. Pamiętam bukiet róż od nieznajomego w metrze i darmowe szoty od barmana. Pamiętam te wszystkie, późnoniedzielne śniadania jedzone w pidżamach u mnie na kwadracie i niezliczoną ilość butelek wina wypitych na niebieskiej sofie w towarzystwie przyjaciół.

Dżizas, strasznie dużo się tego nazbierało...
[Gupia, gupia Sib... codziennie bić pokłony i na kolanach do Częstochowy i nawet nie waż się na cokolwiek, kiedykolwiek narzekać!!!]

Noworocznych postanowień standardowo brak. Nie mam w zwyczaju czekać na jakąś magiczną zmianę daty w kalendarzu, odpowiednie ułożenie fusów na dnie kubka po herbacie, czy tam korzystną konfigurację planet. Powoli zaczynają mi się krystalizować w głowie plany na przyszły rok. Te podróżnicze (Kazachstan, Nigeria), ale też te zawodowe (chęć awansu i zmiana linii biznesu). Jak wszyscy, lubię kiedy los podtyka mi pod nos opcje, zaskakuje dając możliwość wyboru, ale na koniec to ja sama muszę z grubsza wiedzieć czego chcę.

I już nie mogę się doczekać tych sezonowych tłumów na siłowni z początkiem stycznia. Jeżeli przez ostatnie dwanaście miesięcy nie chciało ci się ruszyć tyłka z kanapy, to nie łudź się, że trójka, zamiast dwójki na końcu roku cokolwiek zmieni, bo nie zmieni.

To co? Standardowo: NAJLEPSZE PRZED NAMI.
I tego będziemy się trzymać. 

21:39, siberry
Link Komentarze (5) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u