RSS
poniedziałek, 22 kwietnia 2013

W ten dzień założyłabym skórzaną kurtkę i sukienkę do połowy uda. A usta zarysowałabym karminową czerwienią - na tyle mocno żeby wyglądały jakby były podrażnione od niecierpliwego przygryzania warg, ale na tyle delikatnie żebyś nie bał się w nich mocno zatopić.

Włosy zostawiłabym rozpuszczone, w lekkim nieładzie, jakby lekko potargane przez wiatr, bo lubię odgarniać kosmyki opadające na twarz i lubię kiedy włosy rozsypują się kaskadami po nagich ramionach. Zresztą jestem przekonana, że nieustannie zatapiałbyś swoje palce w tym cyklonie na głowie i delikatnym, ale zdecydowanym ruchem czochrał je na wszystkie strony swiata.

 

Zabrałabym Cię w miejsca, ktore chciałam Ci pokazać, te miejsce do których nikogo innego nigdy nie zabieram. Zaprowadziłabym Cię za rękę do knajpy z sekretnym ogrodem, gdzie siedzielibyśmy na tysiącach bajecznie kolorowych, haftowanych poduszkach, a powietrze gęstniałoby od dymu wydobywającego się z żarzącej się sziszy. Zabrałabym Cię do tunelu pod Waterloo, to nic że biegają po nim szczury i momentami cuchnie moczem, zabrałabym Cię tam, bo tam na ścianach idą w ruch puszki i szczęka opadłaby Ci do samej ziemi gdybyś zobaczył co można zmalować na ścianie. Potem dalej, spacerem wzdłuż Tamizy, aż do Tate Modern. Następnie Borough Market, gdzie zjedlisbyśmy z kartonowego pudełka najlepszą paelle w miescie, a później nadal stojąc na ulicy, wypili mocne, czarne espresso. Albo nie, zamiast espresso niech będzie czerwone wino, zresztą jak wolisz. A nie, może jednak wino, bo wiem że czułabym ten zapomniany ścisk w żołądku, ten który wyostrza zmysły, ten od którego w żyłach gęstnieje krew, ten który sprawia, że masz sucho w gardle i diablicę w spojrzeniu.

 

Potem zmęczeni zaleglibyśmy w knajpie, gdzieś w kącie, gdzie nie dosięgnęłyby nas ciekawskie spojrzenia. Gdzieś gdzie mógłbyś swabodnie opleść mnie ramieniem w pasie i jednym, zdecydowanym ruchem przyciągnąć mocno do siebie. Na tyle blisko, żebyś mógł poczuć mój zapach, ale na tyle daleko żebym ja mogła patrzeć Ci prosto w oczy sluchając tych Twoich opowieści. Mam nowe perfumy, wiesz? Spodobałoby Ci się. Usiedlibyśmy gdzieś, gdzie do późna podwaliby portugalskie wino, albo Malbecę, albo cokolwiek. Gdzieś skąd moglibyśmy wrócić w środku nocy piechotą do domu. Pokazałabym Ci, że rozświetlony nocą Londyn z lotu ptaka, ten widziany z okna samolotu, wygląda zupełnie inaczej niż z perspektywy szorstkiej, ale ciepłej podłogi.

 

s-c

01:25, siberry
Link Komentarze (4) »
czwartek, 11 kwietnia 2013

Kiedyś zespół Pet Shop Boys śpiewał Go West, ale ja Wam mówię Go East! Po pierwsze nie chcecie się słuchać dwóch kolesi, którzy łażą z kapeluszami grzybów na głowie, a po drugie wschodni Londyn to moja ulubiona dzielnica, więc to już wystarczająco godny powód, żeby tam się wybrać. No. 

East London to dzielnica, w której zawsze coś się dzieje. Bary, knajpy, kawiarnie, koncerty na żywo i tematyczne klabingi, od jamajskich rasta rytmów po imprezy BDSM, czyli dla każdego coś dobrego. Aż ciężko uwierzyć, że miejsce, w którym można znaleźć prace najlepszych street artowych artystów na świecie, graniczy z City, gdzie królują szklane wieżowce ze swoimi obrotowymi drzwiami. Panowie w wypastowanych butach i ciemnych garniturach od Hugo Bossa mieszają się przed stacją Liverpool z chłopcami ubranymi w wąskie spodnie i conversy.

East London ma wiele do zaoferowania: od Spitafields Market, gdzie regularnie kupuję sobie biżu, za którą zbieram milion komplementów, jedne z najlepszych fish'n'chips w całym Londynie [ostatnio nawet pojawił się w FT Weekend Magazine], aż po największe stężenie curry houseów na jednej ulicy w tej części świata [obecnie na Brick Lane jest ich 50!]. Są tu sklepy z rzeczami vintage i są też pop-up stores, gdzie za ułamek ceny można kupić oryginalne rzeczy od weri stajlisz projektantów.

Jeżeli chodzi o picie drinów to polecam Bedroom Bar [zacne driny, muzyka na żywo, a na pięterku jest prawdziwe łóżko], a na kolacje połączoną z kręceniem tyłkiem na parkiecie można iśc o tu.

Jedną z fajniejszych rzeczy jaką można zrobić będąc w tej części miasta to wybrać się na Alternative London Tour. Jako skromna osoba zawsze uważałam, że dostrzegam więcej niż przeciętny użytkownik chodnika, ale jednak niet. Dopiero, kiedy przeszłam się ulicami wschodniego Londynu mając u boku chłopaka, który po prostu żyje street artem i genialnie o nim opowiada, zrozumiałam jak mało wiem i jak mało widzę chociaż ciągle patrzę. Spacer, bo tak naprawdę jest to spacer, trwa około trzech godzin i jest doskonałym sposobem, żeby dowiedzieć się więcej na temat technik, artystów, ale też samej historii tej części miasta. Od razu uprzedzam pytanie i prac Banksy-iego nie ma, bo po prostu znikają całe ściany budynków, na których został wrzucony autentyk. Zresztą Banksy jest już passe, ale o tym się dowiedziecie na ALT. Terminy eskapad można sprawdzać na stronie, a jej koszt to co łaska.  

Jeżeli jesteś mężczyzną to dalej nie czytaj. Po prostu jak będziesz w Londynie to odprowadź swoją księżniczkę pod sklep MACa na Spitalfields Market i grzecznie oddal się do jednego z pobliskich pubów żeby łoić Guinnessy, albo oglądać mecz, a najlepiej jedno i drugie. Czemu akurat MAC? A no temu, bo MAC w tej części miasta regularnie organizuje kameralne kursy makijażu po godzinach zamknięcia sklepu. Każda z dziewczyn ma dedykowaną makijażystkę, która dobiera kolory, zapoznaje z różnymi pędzelkami [Cześć Sib, to jest pędzel-kulka - poznajcie się] i co najważniejsze, pokazuje konkretnie, co Ty powinnaś wyeksponować [Sib, brwi], a co zatuszować [Sib, cienie pod oczami, bo wyglądasz jakbyś imprezowała do rana]. Moja majk-ap artist wyglądała trochę jak transwestyta, więc na początku nieco obawiałam się, że ja również będę wyglądać jakbym przed chwilą zerwała się z Love Parade. Jednak okazała się, że być genialna w swoim fachu. Teraz w końcu potrafię zrobić smokey eyes żeby nie wyglądać jak statystka do reklamy "bo zupa była zasłona", tudzież panda wielka. Cały event trwa 2.5-3h godzin, w czasie których próbujesz nie wydłubać sobie oka tym całym pędzelkiem-kulką, a wokół krążą panie i serwują przekąski [owoce, orzechy, krakersy] i dbają o to, żeby Twój kieliszek był zawsze pełny [Prosecco? Yes, please!]. Miejsce rezerwuje się telefonicznie i od razu dokonuje płatności kartą. Koszt takiej imprezy to 50 GBP za które na sam koniec wybiera się dowolne produkty z całego asortymentu sklepu, czyli tak naprawdę lekcja makijażu i bąbelki uderzające do głowy są gratis. Terminy kursów można sprawdzać bezpośrednio na stronie MACa. 

Uffff... to tyle z drugiego odcinka z cyklu Londyńska Ruska recommends. Any feedback?

To ja idę gotować brokuły i cycki kurczaka na parze. 

poniedziałek, 08 kwietnia 2013

Plan musi być prosty:

  • 3x w tygodniu crosss fit lub treningi siłowy [60 minut]
  • 4x w tygodniu ćwiczenia na ramiona robione w domowym zaciszu [4 kg ciężarki, dwie serie po 20 powtórzeń]
  • 1x tygodniu bieg dookoła Hyde Parku [8 km]
  • 3x w tygodniu zamiast wozić rano tyłek do pracy, wstanę pół godziny wcześniej i pójdę z buta [3.5 km]
  • Będę jeść 5 posiłków dziennie w myśl zasady małe, ale regularne porcje bogate w proteiny i świeże warzywa
  • Dzień będę zaczynać od szklanki wody z cytryną [o piciu minimum dwóch litrów wody nawet nie wspomnę]
  • Ostatni posiłek najpóźniej 2-3h przed snem

Dzisiaj przytachałam na kwadrat: płatki owsiane, rybę, sałatę, jogurty naturalne, jajka i wodę.

Skoro we wszystkim innym potrafię być zajebiście konsekwentna to i ten temat ogarnę. Zamiast być lamusem, który się nad sobą użala będę pieprzoną Miss Sporty. DO BOJU!

21:34, siberry
Link Komentarze (17) »

W takie dni jak ten kocham Londyn miłością absolutną i ślepą.

Leniwe śniadanie jedzone na tarasie skąpanym w ciepłym słońcu. Później ogromny kubek czarnej kawy w malutkiej kawiarni tuż za rogiem, gdzie uwielbiam przesiadywać z książką, albo zeszytem od hiszpańskiego. Oczywiście z czytania, czy też zakuwania słówek z działu la comida rzadko coś wychodzi, ale intencje zawsze mam dobre. Następnie spacer na lokalny targ, gdzie sprzedają prawdziwe jedzenie, jedzenie które jest intensywne w smaku, aromacie i nie ma w środku zmielonego psa z budą, tfu znaczy się, konia z kopytami.

Później bieg dookła Hyde Parku. Jedna warstwa mniej niż zazwyczaj i po raz pierwszy w tym roku bez rękawiczek. Pamiętam jak zaczęłam biegać to ten dystans wydawał mi się jakimś kosmosem. A teraz równomiernym, pewnym truchtem mijam Marble Arch, następnie Speakers' Corner, dalej biegnę wzdłuż trasy konnej, aż do mojej ulubionej części parku, Kensigton Gardens. Uwielbiam fontanny we włoskiej części ogrodu i widok na miasto z mostu Serpentine. Każdy kto przyjedzie do Londynu powinien się wybrać na obowiązkowy spacer dookoła hajd parku. Po drodze wziąć kawę na wynos, chrupiącą bagietkę, zalegnąć w słońcu na trawie i po prostu gapić się na ludzi. 

Mentalnie wybiegam w przyszłość i jestem już jedną nogą w nowym kraju. Na stoliku nocnym leży przewodnik i mam już całą listę rzeczy, które koniecznie muszę zobaczyć i smaków, które chcę poznać. Jest mi cholernie ciężko skupić się na mojej obecnej pracy, ale jak to mój szef ostatnio powiedział: Sib, people will remember you based on two things: how you start and how you finish. You had a brilliant start, so please make sure you cross the finish line in similar style.

Chowam przewodnik do szuflady i postanawiam, że od dzisiaj będę się koncentrować na maksymalnym wykorzystaniu tych paru miesięcy, które zostały mi jeszcze w Londynie. Będę tyć w angielskie doświadczenia, wyciskać to miasto jak cytrynę, bo mam przeczucie, że tutaj już nigdy więcej nie zamieszkam.

01:14, siberry
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 kwietnia 2013

Praca w korpo jest bardzo fabolous.

Na przykład dzisiaj pod biurkiem chłopaka siedzącego za moimi plecami znaleźliśmy zdechłą mysz.

A mówią, że z tonącego statku pierwsze uciekają szczury.

00:41, siberry
Link Komentarze (1) »
środa, 03 kwietnia 2013

Czuję, iż muszę spełnić swój reporterski obowiązek i zdać relację ze Świata Sportu i Rekreacji.

Otóż przebiegłam te 10 [słownie: dziesięć] kilometrów. W deszczu ze śniegiem, błocie, kałużach i temperaturze oscylującej wokół zera. Biegłam niczym Forrest, Forrest Gump, byłam jak Rydwan Ognia - nie zatrzymałam się nawet na sekundę i nie przeszłam do marszu. Ja, która parę miesięcy temu dostawała zadyszki na samą myśl o truchcie, przebiegłam dziesięć kilometrów. Na kolana, bitches! Dostałam medal na błękitnej wstążce [wszyscy dostali], który teraz wisi sobie nad łóżkiem i pełni dwie funkcje: zbieracza kurzu i motywującą, ale bardziej tę drugą. 

Wciągnęło mnie to całe bieganie. Nie przeszkadza mi śnieg, zima, czy mżawka. Pogoda to tak samo żałosna wymówka jak brak czasu. Tak naprawdę można biegać zawsze i wszędzie. Wyzwaniem jest tylko ten moment, kiedy trzeba zwlec swój zad z kanapy i założyć wygodne buty. Wystarczy wytrwać pierwsze dziesięć minut, a później kiedy ciało jest już rozgrzane, oddech wyregulowany, serce pompuje większe ilości krwi, to po prostu trzeba biec.

Jedyne co mnie martwi to fakt, iż myślałam, że mój metabolizm zostanie wystrzelony w kosmos niczym Łajka. Mocno ograniczyłam ilości spożywanego alkoholu i autentycznie wkręciłam się w to całe zdrowie odżywianie [brokuły gotowane na parze, połówki awokado zjadane z jajkiem na śniadanie, garść migdałów z jogurtem naturalnym, węglowodany to zuo i tego typu klimaty]. Regularny trening siłowy, cardio i do tego biegi. Myślałam, że w kwietniu będę głównie paradować nago, bo to by było tak trochę nie po chrześcijańsku, gdybym chowała tylko dla siebie wyrzeźbione nogi, mięśnie delikatnie zarysowane na ramionach oraz apetyczny tyłek rozgniatający orzechy. Mamy kwiecień i co? Srali muszki do pietruszki.

Słyszę, że się "wylaszczyłam" [nawet boss ostatnio skomentował: Sib, you must have lost some weight, yhm, your face got slimmer... yhmmm, as your line manager I am not really in the position to comment on other parts of your body...]. I wiem, że mięśnie ważą więcej niż tłuszcz. Jednak waga, ta zdradliwa suka, ledwo drgnie. A ja chcę zejść do swojej wagi życia, z czasów, kiedy to przestałam być już białogłową dziewicą. Co więcej, nadal nie mieszczę się w swoje rurki, które leżą na półce "na lepsze czasy", a które nabyłam drogą kupna, parę miesięcy po rozstaniu ze swoim niedoszłym mężem, kiedy to spowił mnie mrok i w ramach rebound therapy zajmowałam się głównie piciem wódki, szlajaniem się po mieście oraz jedzeniem kebabów o trzeciej w nocy od pana na rogu Marszałkowiskiej i Świętokrzyskiej.

Gdzie tu sprawiedliwość ja się pytam, no gdzie?

23:21, siberry
Link Komentarze (10) »
wtorek, 02 kwietnia 2013

Pokasanymi od mrozu nozdrzami wciagam rześkie powietrze. Chłód przedziera się do płuc, rozpycha się w środku, ale ja zatrzymuję się nie z zimna, czy z powodu lekko skostniałych palców u stóp. Zatrzymuję się, bo już zapomniałam jak magicznie wygląda las, kiedy pomiędzy skapanymi w śniegu kikutami drzew miga ostre, zimowe słońce. Wiosna, niewiosna. Jestem sama, bo przecież nikt normalny nie biega w taka pogode, a juz na pewno nie w taki dzień. Z kolei ja czuję, że jeżeli łapczywie właduję w siebie kolejny kawałek sernika, czy czekoladowej babki utopionej w ciężkiej polewie to zgniję, po prostu zgniję na jasnej, matycznej kanapie.

A może boję się, że jak tak moje zwłoki będa zwisać z tej kanapy to w głowie znowuż rozpęta się gonitwa myśli. Tych których mieć nie powinnam, bo przecież żyję sobie jak ten pączek w maśle, wożę tyłek po świecie, mieszkam w tym całym Londynie, zaraz awans, zaraz nowa praca, nowe wyzwania, za parę miesięcy przeprowadzka o którą sama tak zajadle walczyłam.

W głowie rozbrzmiewa mi zdanie, które pada z ust przyjaciółki, rozchodzi się impulsami po ciele niczym fale tsunami po niespodziewanym trzęsieniu ziemi:
Siberry, you always get what you want!

Znowuż przyjadą panowie i sprawnymi ruchami zapakują moje życie w biały papier i schowaja do kartonów. Całe życie można zapakować w trzy godziny, dasz wiarę? W sto osiemdziesiąt minut. W miejsce chaosu pojawią się kartony w równym rządku pod ścianą - ten na buty, tamte na ksiażki, ten na listy od byłych, już dawno zapomnianych mężczyzn. Wszystkie szczelnie zaklejone taśmą przemysłową, bo przecież decyzja podjęta, klamka zapadła, nie ma odwrotu.

Nowe, nowe, idzie nowe, a adrenalina, jak zawsze, będzie buzować we krwi.

A ja się zastanawiam, kiedy przestanę biec, podejmować decyzje, które wywracają wszystko do góry nogami, zabieraja stabilizację, zmuszają do kolejnej rewolucji, do budowania wszystkiego od podstaw, ziarenko po ziarenku, aż powstanie kolejny zamek z piasku. Bo to, że gonię to wiem, tylko za czym? I kiedy powinno powiedzieć się dość? Powiem dość, bo będę już w końcu duża i stwierdzę, że gdzieś wypadałoby zapuścić korzenie. Powiem dość, bo wykończą mnie nowe miejsca, nowe twarze, zmieniające się jak kalejdoskopie. Powiem dość bo przestanie mnie kręcić takie popieprzone, przypadkowe, nieco nomadzkie życie. A może powiem dość, bo po prostu gdzieś i kiedyś ogarnie mnie takie zwyczajnie uczucie, że jest wystarczająco dobrze, tu i teraz. Tak po prostuBez żadnego ale i wiecznego kombinowania, żeby sprawdzić w jakim kolorze jest trawa tam po drugiej stronie płotu.

00:47, siberry
Link Komentarze (4) »
wtorek, 19 marca 2013

Siedzę w biurze przed swoimi trzema monitorami. Na ekranie telefonu wyświetla się nieznajomy numer. Odbieram.

Siberry? Chcielibyśmy zaproponować Ci stanowisko na które aplikowałaś. Byłaś bezkonkurencyjna w piątek! Pozostali kandydaci nie mieli przy tobie szans. Zdecydowaliśmy, że pomimo tego, iż jesteś dostępna dopiero za parę miesięcy to chcemy na ciebie zaczekać, bo właśnie ty jesteś idealną osobą do tej roboty. Szczegółowe warunki oferty prześlę na maila. Jeszcze raz gratuluję!

Odkładam słuchawkę i przez moment nie wierzę.

Nie wierzę, bo wszyscy mi mówili, że to jest nie do zrobienia. Mówili, że nie ma szans żebym jednocześnie dostała awans, międzynarodowy team do zarządzania i jeszcze na dodatek wynegocjowała lokalizację inną niż Warszawa. Mówili, a ja na przekór wszystkim i tak wiedziałam, że dam radę, bo po prostu nie brałam innej opcji pod uwagę. Wszystko, albo nic. Nie wiem czy to oznaka odwagi, czy może raczej głupoty, ale mam taki przekorny charakter, że jeżeli ktoś mi mówi, że coś jest niemożliwe do zrobienia, to ja lubię podnieść rzuconą rękawicę.

Determinacja. Konsekwencja. No i odrobina zajebistości też się przyda.

Nie chcę tu pojechać a la koejlo, ale po prostu trzeba wiedzieć czego się chce. Proste jak drut, rajt? Nie bać się podejmować decyzji, które być może wywrócą twoje życie do góry nogami, ale lepiej spróbować, niż później żałować, że nie wyściubiło się nosa poza swoją do wyrzygania nudną i przewidywalną "sferę komfortu". Trzeba zacisnąć poślady, być zuchwałym w wyznaczaniu celów i po prostu do nich dążyć. W końcu jak mówi rosyjskie powiedzenie kto nie ryzykuje ten nie pije szampana.

Cheers!

00:21, siberry
Link Komentarze (24) »
piątek, 15 marca 2013

W desperackiej próbie wyluzowania przed jutrzejszą rozmową kwalifikacyjną poszłam biegać po Hyde Parku.

Nie pomogło.

Chyba pierwszy raz w życiu tak cholernie zależy mi na dostaniu konkretnej roboty. 

Jest stres, a ja zdążyłam już dawno zapomnieć jakie to uczucie mieć żołądek związany na supeł.

Ale jutro skopię im tyłki i rozłożę na łopatki. Nie ma innej opcji.

Niemniej jednak można trzymać kciuki ;)

01:44, siberry
Link Komentarze (7) »
niedziela, 10 marca 2013

Zmęczona wchodzę pod ciepły strumień prysznica. Zmywam z siebie brud podróży, kurz lotniska i długiej jazdy samochodem po krętych drogach płynacych pomiędzy obsypanymi puchem górami. Mrużę oczy na wspomnienie ostrego słońca na samym szczycie, kiedy nie możesz się już doczekać tego pierwszego zjazdu i odgłosu skrzypiacego, świeżego śniegu pod nartami. Na ten moment czekasz cały rok.

Lustro w łazience zaparowało, więc jakby przez mgłę odbija się w nim kontur mojego ciała. Starannie namydlam każdy centymetr i z każda minuta oddalam się od pracy, nieodpisanych maili, niepodjętych decyzji i zawalonych terminów. Ogarnia mnie błogi spokój, bo przez najbliższe dziesięć dni będę mieć na to wszystko epicko wyrabane.

Nagle opuszkami palców pokrytych gęsta, biała piana wyczuwam zgrubienie w miejscu, gdzie absolutnie nie powinno go tam być. Pierwsza myśl: wydawało ci się. Płuczę dokładnie dłonie i kieruję palce w to samo miejsce. Teraz jeszcze dokładniej wyczuwam pod delikatną skórą okrągłe, twarde coś.

Wychodzę spod prysznica. Na podłodze zostawiam mokre, ślady stóp i sięgam po telefon. Woda spływa z mokrych włosów na czystą wykładzinę, ale kompletnie nie zwracam na to uwagi. Precyzyjnie i zwięźle, ale lekko łamiącym sïę głosem odpowiadam przez telefon na pytania lekarza:

- Kiedy pierwszy raz go wyczułaś?

- Gdzie dokładnie jest?

- Jaki ma krztałt? Okragły, czy może owalny?

- Czy boli jak go dotykasz?

- Czy możesz go przesunać? Do góry i w dół, a możesz do boku?

- Czy czujesz się zmęczona i nie masz na nic siły?

Rekomendacja to natychmiastowa wizyta u lekarza specjalisty. W górach można znaleźć spokój, grzane wino, niezdrowe żarcie, przystojnych instruktorów i fatalna muzykę rozbrzmiewajaca z głośników, ale ciężko znaleźć lekarza, który mógłby stwierdzić coś więcej niż to, że owszem coś tam jest. Zresztą zaciskasz zęby, a na pytania czy coś się stało, uśmiechasz się przekonywująco i przecząco kręcisz głową, bo nie chcesz 'psuć' wyjazdu pozostałym, bo przecież i tak jeszcze nie wiadomo czy trzeba będzie coś z tym zrobić.

Następnego dnia dostaję maila potwierdzajacego umówienie wizyty u chirurga specjalisty zaraz po powrocie z urlopu.

16:13, siberry
Link Komentarze (10) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u