RSS
piątek, 19 października 2012

Hola! Melduję, iz udało nam sie dotrzec do Paragwaju. Nam, czyli mnie i plecaczkowi. Moj kompan podrozy, czytaj Ruska, niestety pojechała prosto do Brazylii, bo zapakowała szpilki, ale już zapomniała sprawdzić, czy do Paragwaju nie potrzebuje przypadkiem wizy, ot taki tam mały szczególik. Visa? Szto eta? FACEPALM. Jakbyście usychali z tęsknoty, albo zastanawiali się co bede robic przez najbliższe kilkanaście dni, to agenda, tfu plan podróży, wyglada mniej więcej o tak o.

02:55, siberry
Link Komentarze (6) »
sobota, 13 października 2012

W pokoju mam pierdolnik większy niż w Nowym Orleanie po wizycie Katariny.

Chyba pierwszy raz w życiu dopadła mnie reisefieber. Zazwyczaj potrafię spakować się w przeciągu 30 minut, ale tym razem od kilku dni, ba może i nawet tygodni zastanawiam się co muszę koniecznie spakować, co mogę, a nie muszę, a co będzie bonusem jak zdarzy się cud i zostanie mi trochę wolnego miejsca w plecaku. Tak właśnie - w PLE-CA-KU, nie w czerwonej torbie na kauczukowych kółeczkach, które sobie elegancko suną po równych chodnikach, tylko w ple-ca-ku. In da office myśleli, że robię sobie podśmiechujki jak zakomunikowałam, że zamierzam przebyć 3500 km w dwa tygodnie. Mówiłam już ze z plecaczkiem? Zachciało się backpackingu syberyjskiej kniaźini.

Jak się dzisiaj okazało ten cały plecak nie jest jednak z gumy i powoli dociera do mnie, że ktoś [czytaj ja] będzie z nim zapierdzielał przez bagna, dżungle, wodospady, sambodromy po drodze odganiając krokodyle i jaguary [te w cętki, żeby była jasność].

W związku z tym robię selekcją ostrzejszą niż do Legii Cudzoziemskiej. Zamiast perfum biorę płyn na komary wielkości słonia, zamiast bling bling klapeczek do przechadzek po promenadzie, biorę już te skądinąd słynne, straszliwie brzydkie, acz wygodne sandały NA RZEPY, zamiast zwiewnych sukienek do połowy uda biorę spodnie bojówki [musiałam kupić, bo ostatni raz w bojówkach tarzałam się po liściach zdobywając zdolność zucha-zajebistego-leśnika, czy jakoś tak], zamiast balsamu z drobinkami zalotnie odbijającymi światło, biorę panthenol jakby mi słońce tak mało zalotnie przypaliło ryło. Generalnie zanim coś załaduję do plecaka myślę sobie czy pieprzony Bear Grylls też by to zabrał. A niestety Bear nie popiera wielu rzeczy - no chyba, że można je później zjeść, albo ewentualnie zbudować z nich tipi, albo chociaż tratwę. Czerwona szminka na ruskę raczej zostanie na kwadracie.

Jeżeli chodzi o BHP to zaszczepiłam się na wszystko na co mi kazali, więc miałam ramiona podziurawione bardziej niż osoba zameldowana na stałe w Monarze. Dostałam też żółtą książeczkę [nie mylić z żółtymi papierami], z którą mam się nie rozstawać, bo po powrocie muszę udokumentować na granicy, że przed wyjazdem byłam zaszczepiona przeciwko żółtej febrze. Mam też tabletki na malarię, ale odkąd w ulotce doczytałam, że jednym ze skutków ubocznych oprócz snów halucynogennych może też być śmierć, to jakby nie jestem do końca przekonana. Zresztą ja ogólnie nie lubię tabletek. Jakbym miała już jakąś zażyć to wzięłaby tę niebieską i kazała Morfeuszowi spierdalać w podskokach.

Dobra idę robić peeling całego ciała. Dżungla nie dżungla trzeba mieć stajla.

Będę robić notatki w kajeciku. BuziBuzi. Over, bez odbioru.

00:22, siberry
Link Komentarze (8) »
czwartek, 11 października 2012

Mój szef wyznaje jedną, nadrzędną zasadę zarządzania zasobami ludzkimi:

FiFo - czyli fit in or fuck off

Ja chyba jestem bardziej Fi niż Fo, bo dzisiaj zaciągnął mnie do salki i zapytał wprost:

- Chcesz wrócić za rok do Polski?
- Nie.

Good, we'll make it happen. Now get back to work. 

00:51, siberry
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 08 października 2012

Rano poświęciłam całe 5 minut na ułożenie włosów [z reguły celuję w look na dziewczynę surfera, albo dopiero-co-wypełzłam-z-łóżka, czyli nie układam ich wcale], co okazało się zupełnie z dupy pomysłem, bo zanim w strugach deszczu (bez parasola, ola, ola) doczłapałam się do stacji kolejowej, wyglądałam niczym zmokła kura.

W związku z tym postanowiłam wpaść w jesienną depresję.

Na zewnątrz jest szaro, brzydko i mokro, a ja nie lubię jak jest szaro, brzydko, a mokro, well to już zależy od okoliczności przyrody. Ale wracając do meritum - chciałam powiedzieć, iż w swojej zajebistości myślałam, że przechytrzę jesień, tę burą sukę, więc nabyłam drogą kupna parę świecących się jak psu jaja kaloszków. Kaloszki może i są ładne, ale maja jedną, zasadniczą wadę. Mogę je ściągnąć jedynie na leżąco, spalając przy tym jakieś 500 kalorii w czasie wykonywania ekstremalnych ewolucji na podłodze, żywcem wyjętych z podręcznika do ćwiczeń akrobatycznych dla małych, biednych Chinek, które pragną złamać sobie kręgosłup w czasie kolejnych Igrzysk Olimpijskich [Rio de Janeiro edyszyn]. No więc kaloszki jakby niet.

Oprócz tego na ryjoksiążce od dwóch dni kłuło mnie w oczy serduszko że X i Y właśnie się zaręczyli i dopiero przed chwilą skumałam jak się pozbyć tej radosnej nowiny ze swojej strony głównej. X jak sama nazwa na to wskazuje pochodzi z tej szuflady oznaczonej wielkim napisem "Archiwum X", więc generalnie powinnam mieć to tam gdzie światło nie dochodzi, co nie zmienia jednak faktu, że są takie dni, kiedy szczęście innych powoduje u mnie odruch wymiotny szybciej niż zapach smażonej wątróbki drobiowej w towarzystwie zapiekanej cebulki. 

Ponadto, w czasie porannej toalety, kontemplowałam sobie ostatnio odbicie swojego tyłka w wielkim, łazienkowym lustrze i doszłam do wniosku, że on, czyli ten mój tyłek, zaczął być w końcu bardziej wyjściowy. Jednak wczoraj zostałam absolutnie powalona na łopatki widokiem mojej prześlicznej bratowej, która w siódmym miesiącu ciąży wygląda zjawisko pięknie i na dodatek może paradować w szortach, ledwo zakrywających pośladki, w które ja być może mogłabym się wbić jakiś dziesięć kilo temu, czyli coś w okolicy siódmej klasy podstawówki [na wdechu]. 

Co tam jeszcze?

A właśnie. Dowiedziałam, że jest coś takiego jak serial Londyńczycy i tam ponoć jest taka korpo-bijacz z City, która pogina w garsonkach, stuka obcasami i zabija wszystkich wzrokiem szybciej niż Bazyliszek po litrze turbocoli. I w tych Londńczykach jest też mężczyzna [Pawełek, o ile mnie pamięć nie myli], któremu udało się zaciągnąć ów blond lachona z City na randki, a później do łóżka [czy tam na odwrót]. Po paru odcinkach jej zaczyna chyba na nim trochę zależeć, więc go rzuca przez telefon, a potem samotnie w łazience wyciera gile w rękaw i zalewa się krokodylimi łzami rozmazując swoją maskarę od Diora. No i mój rodzony brat stwierdził, że muszę to koniecznie obejrzeć i uwaga, WYCIĄGNĄĆ WNIOSKI.

No tak. Co tam słychać u Lubiczów z Klanu? Dzieci myją rączki? Coś wiecie?

21:27, siberry
Link Komentarze (10) »
niedziela, 07 października 2012

Są takie dni, kiedy wydaje mi się, że złapałam życie za mordę i łapczywie wyciskam z niego ostatnie soki. Pamiętam, kiedy jeszcze parę miesięcy temu stałam na samym szczycie Rockefeller Center, przede mną rozpościerał się widok na skąpane w światłach nocy miasto, a mi wydawało się, że impossible is nothing. Chciało mi się chcieć, a to już połowa sukcesu.

Są jednak takie dni, kiedy zatyka mnie z bezsilności. Na przykład wtedy, kiedy śliczna, czteroletnia córeczka mojego przyjaciela wtula się w niego w taki rozbrajający, wręcz rozkładający na łopatki sposób i mówi do niego "tatusiu"

Czasami mam wrażenie, że ja już dawno skapitulowałam, wywiesiłam białą flagę, tak po prostu się poddałam. Siedzę sobie w swojej szklanej wieży, bo tu u góry jest bezpiecznie i znajomo. Mierzi mnie na samą myśl bajek o "pierdolnięciu pioruna", którymi przecież nie tak dawno karmiłam się w swojej pensjonarskiej naiwności. Nie mam już siły, a tym bardziej ochoty na pierwsze wrażenia, nawijanie kosmyków włosów na palec, maślane oczy, bezsensowne rozmowy nad kolorowym drinkiem, odpowiadanie na te same pytania, prężenie mięśni, czy tam cycków na barowym krześle. 

Nie wierzę już w i żyli długo i szczęśliwie.

Witamy w dorosłym świecie panno Sib - różowe wstążki, bajki o rycerzu na rumaku oraz białe podkolanówki proszę zostawić na prawo, a tam na lewo, za tymi drzwiami rzeczywistość kąsa w tyłek. Everyone's invited!

19:14, siberry
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 01 października 2012

Kiedy w piątkowy wieczór wyjeżdżamy z Zagrzebia, kierując się w stronę wyspy Krk,  jestem pod wrażeniem, że ta 4.2 mln nacja była w stanie spiąć poślady i wybudować eleganckie autostrady w o wiele bardziej skomplikowanych topograficznie warunkach [górzyste tereny = tunele], kiedy my, z naszym inwentarzem żywym na poziomie 38 milionów i pierdyliardem dotacji z UE, jeszcze do niedawna jeździliśmy drogami, które pamiętały kształt radzieckich czołgów.

Anyway, wyspa Krk jest największą wyspą Chorwacji, położoną w Zatoce Kvarner i oddaloną raptem 1.5 h jazdy samochodem od stolicy [bez przerwy na siku]. Poza sezonem, noclegi na wyspie, to koszt 35-45 EUR za kwatery dwu-pokojowe.

Moją ulubioną miejscowością na całej wyspie jest bezdyskusyjnie Baška. Domy zbudowane z kamienia, wąskie uliczki, niewielka przystań, czyli wszystko to co, można znaleźć w pierwszym lepszym miasteczku położonym nad Adriatykiem, albo Śródziemnomorskim. Jednak nie wszystkie nadmorskie mieściny mają tak genialne położenie pomiędzy górami, a sąsiadującą wyspą, której białe skały kontrastują z całkiem zacnym lazurem wody.

Na śniadanie pachnąca, jeszcze ciepła drożdżówka z pobliskiej piekarni jedzona na pomoście z widokiem, który powoduje opad szczęki do samej podłogi, a raczej do kamlotów, które robią za plażę. Zresztą co ja Wam będę pisać - sami obczajcie: 

Co do plaż, no cóż. Rysowanie mozajek na piasku gołą stópką raczej nie wchodzi w grę, bo równałoby się nagłą śmiercią pedicuru, bo zamiast złocistych ziarenek, są kamienie, ale w końcu plaża to plaża. Hindusi leżakują godzinami na łóżkach fakira, to ja się nie położę na kamlotach? No ja?!

Warto wdrapać się na pobliski szczyt, gdzie znajduje się malutka kapliczka i cmentarz, ale przede wszystkim to:

Będąc w Chorwacji przed każdym posiłkiem trzeba sobie zadać jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: lignje na žaru czy lignje lignje pržene? Z reguły jestem dość prosta w obsłudze, zadowolę się jajecznicą ze szczypiorkiem, twarożkiem z rzodkiewką i lubię wciągnąć swojskiego schabowego utopionego w bułce tartej z młodymi ziemniaczkami posypanymi koperkiem. Jednak na widok kalamarów trzęsą mi się z uszy. Kolega, który mnie u siebie gościł powiedział mi, że w jego korporacyjnej jadłodajni kalmary są serwowane co piątek! To powinno być zdecydowanie napisane wytłuszczonym drukiem w opisie stanowisk w rubryce benefits. Kalamary skropione sokiem z cytryny, w towarzystwie sosu tatarskiego i kieliszka [a najlepiej butelki] schłodzonego, lokalnego, półwytrwanego, jedzone tuż przy brzegu morza są dla mnie definicją wakacyjnego orgazmu.  Zresztą spożywanie posiłków na świeżym powietrzu, kiedy promienie słońca liżą cię po rozgrzanej skórze, a wiatr plącze się w wilgotnych od słonej, morskiej wody włosach, jest w moim osobistym top 3 przyjemności w życiu. Pozostałe dwie pozycje medalowe są chyba równie łatwe do odganięcia. 

Warto też zobaczyć Krk, Porat, a w Vrbnik można zatrzymać jedynie po to, żeby zatowarować bagażnik Žlahtiną, czyli lokalnym winem [po drugiej butelce ma już całkiem znośny smak]. W całym miasteczku unosi się charakterystyczny zapach procesu fermentacji, a po drodze mija się uprawy winorośli.

Chorwacja spodobała mi się równie mocno co słowo hvala, czyli dziękuję. No i teraz jestem zmuszona do dopisania Dubrovnika do listy miejsc do zobaczenia, a ta lista coś ostatnio niebezpiecznie się wydłuża.

01:05, siberry
Link Komentarze (4) »

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u