RSS
poniedziałek, 31 października 2011

Gdybym była facetem przed ołtarz zaciągnełabym dziewuszkę ze Wschodu. Rosjanki to nadgatunek kobiet, taki na wymarciu, którego nie uświadczysz już w tej części wyemancypowanej Europy. Padrugi od samego początku wpędzały mnie w kompleksy. Co gorsza, robią to równie sprawnie w Londynie, co we własnym rezerwacie, zwanym zwyczajowo Moskwą. 

Ot, na przykład wczoraj umówiłam się na popołudniową kawkę na dzielni z niedawno poznaną Aljoną. Niedziela, czyli wiadomo - podkrążone oczy, ziemista cera, modlitwy o rychłą śmierć i wszystkie inne skutki uboczne nieprzespanej sobotniej nocy zakrapianej winem i tequillą. Mimo wszystko, wznoszę się na wyżyny kacowej stylizacji, na czubku głowy wiążę kokona przypominającego ptasie gniazdo, wciągam na tyłek jeansy, z pierwszej lepszej szuflady wyławiam pogniecioną koszulkę na ramiączkach [samo się pogniotło, samo się też wyprostuje, co nie?] owijam się swetrem, który niekoniecznie pasuje do całej reszty, ale za to leży na najbliższym krześle, a dopełnieniem  looku jest niezniszczalna chusta w panterkę [trochę się pruje, ale kto by tam zwracał uwagę na parę luźnych nitek].

Na horyzoncie pojawia się Aljona. Tak mi się wydaje, bo wzrok już nie ten, ale kto inny jeżeli nie Rosjanka poginałby w niedzielne, leniwe popołudnie w obcasach, czarnych rajstopkach, kwiecistej sukience i blond włosach ułożonych w luźne fale opadające na chude ramiona? Aljona wita się ze mną dwoma cmokami w policzek, wokół unosi się delikatny zapach perfum [ja w tym momencie zastanawiam się czy nadal czuć ode mnie czosnek i cebulę po wczorajszej kolacji] i przepraszającym głosem mówi:

- Sib, wybacz mi spóźnienie, ale moja lekcja baletu się przedłużyła. 

LEKCJA BALETU? Spoko.

Ja dzisiaj też byłam zajęta. Jeździłam wózkiem po TESCO.

01:28, siberry
Link Komentarze (5) »
piątek, 28 października 2011

Budzę się rano z ciężką głową. Zdecydowanie trzeba było nie pić wczoraj wieczorem tego ostatniego kieliszka białego, półwytrawnego, no może nawet dwóch. Mój nowy BFF ugotował dla mnie kolację. Na deser mus z gruszek, zapiekany z masą orzechową, a w roli dania głównego wystąpiła pizza z rukolą, mozzarellą, szynką parmeńską, pomidorami i świeżą bazylią. Ciasto było chrupiące, momentami lekko twarde, ale dopiero po konsumpcji zorientowaliśmy się, że mąka straciła termin przydatności jakiś rok temu. Spoko. Nadal żyję. 

No więc jest już rano, a ja budzę się z tą ciężką głową i przypominam sobie, że dzisiaj mam spotkanie z Bardzo Ważnymi Dupkami. Postanawiam wystroić się na Ruskę. Przewalam pół szafy w poszukiwaniu brązowej sukienki ciasno wiązanej w talii. Nie ma. Stwierdzam, że nie zaszkodzi urozmaicić trochę życia starej rurze z piętra niżej i przez dobre piętnaście minut przewalałam po podłodze wszystkie nierozpakowane kartony, bo muszę, po prostu muszę dzisiaj iść do biura właśnie w tej sukience. Zgodnie z prawem Murphiego ta szmata, znaczy się sukienka, jest w ostatnim pudle do którego zaglądam. Wyprasowana, uczesana, z beżowo-brązowym makijażem i pasującą biżuterią, dumnie wtaczam się na ołpenspejs, tak coś koło 9.30.

- Good morning! mówię wesołym głosem i zamierzam od razu udać się po wiadro kawy.

Mój szef podnosi wzrok znad klawiatury. Przygląda mi się przez dłuższą chwilę. Myślę sobie tak, to był zdecydowanie dobry wybór, ta brązowa sukienka zawsze na mnie dobrze leżała. 

- Good morning? I should rather say good afternoon, Ms. Siberry. How nice of you to finally show up.

Ekhm.

00:24, siberry
Link Komentarze (12) »
środa, 26 października 2011

Wysmażyłam notkę o tym jak spóźniona przebiegłam pół lotniska trzymając w ręku długie, skórzane, brązowe kozaki, o tym jak ubłagałam Rudzielca, żeby wpuścił mnie na pokład samolotu pomimo tego, że na ekranie wyświetlał się już czerwony, tłusty napis GATE CLOSED. Notka była też o tym, że prawdziwa Polska jest tam gdzie miesza się smród starych skarpet, swojskiego potu lekko zagłuszonego nutkę klasycznego Old Spice i oparami Popularnych, czyli na pokładzie tanich linii lotniczych. Jednak notka poszła z dymem. Skróty klawiszowe wyglądają całkiem niewinne, a potrafią być niezwykle złośliwe. Zupełnie jak ja.

Musiałam być niezłym klockiem na studiach. Dziesięć kilogramów temu jakoś nikt nie wyznawał mi miłości tuż przed władowaniem się do taksówki, nie proponował trójkątów wraz z żoną, ani nie oświadczał się po paru szotach wódki zagryzanych kwaśną cytryną. A może to wszystko przez tę czerwień na ustach i skórzaną spódniczkę, która cudem nie spadła mi z coraz mniejszego, acz nadal zacnych rozmiarów tyłka? Polubienie osoby, która patrzy na mnie z lustra, kiedy rano myję zęby i tuszuję ślady nieprzespanej nocy daje całkiem niespodziewane rezultaty. Może jeszcze nie uśmiecham się do obcych osób na ulicy, ale już odmachuję grupie żołnierzy biegnących przez park w pełnym ekwipunku. 

Na moich londyńskich "salonach" w każdym kącie stoją nierozpakowane kartony. Mam zbyt dużo butów, albo za mało szafek. Wybieram bramkę numer dwa i zamawiam białą szafę, którą pewnie będę nieudolnie skręcać przez kolejny kwartał. Miss Konsekwencji umiera przy wszystkich zadaniach z typu przykręć, przybij, wymień, tudzież wywierć. No chyba, że chodzi o dziurę w brzuchu, bo z tym jakoś nigdy nie miałam problemu.

Strzelam sobie samobója i oznajmiam szefowi, że zaczynam nudzić się w pracy, a on patrzy na mnie jak na przybysza z innej planety. Kiedy jednak jednym tchem wymieniam rzeczy, które już zrobiłam widzę, że jest pod lekkim wrażeniem. Sonduje co myślę na temat ewentualnego projektu w Singapurze, a ja zadziornie pytam się kiedy mam pakować walizki. 

01:00, siberry
Link Komentarze (10) »
piątek, 21 października 2011

Wychodze z mieszkania w wysmienitym humorze, nuce sobie cichutko pod nosem we found love in a hopeless place la la la tra la la [guilty pleasure] w koncu mamy piatek, a ja ewakuuje sie z Londynu na weekend i nie moge sie doczekac sobotniej imprezy. Pietro nizej uchylaja sie drzwi. Mysle sobie: O jak milutko, poznam sasiadke z dolu. Zza drzwi wychyla sie stara rura w podomce w kwiatki i od razu wyczuwam klopoty:

Dzien dobry, na imie mam Jenny. Nie wiem czy wiesz, ale wczoraj, jak wrocilas do domu o 22 to strasznie halasowalas. W tym budynku wszystko slychac.

Patrze na nia i pierwszy raz od dawa nie wiem co powiedziec. Nie wiem czy bardziej dziwi mnie, ze pode mna najwidoczniej mieszka wariatka, ktora nie dosc, ze prowadzi statystyki wejsc i wysc lokatorow [przepraszam gdzie tutaj trzeba odbic karte meldunkowa?] to jeszcze ma omamy sluchowe, bo co jak co, ale ja, droga sasiadko w podomce,  jeszcze nie zaczelam halasowac.

Przepraszm, ale co Pani ma na mysli mowiac „halasowalas“?

[Wczoraj po powrocie do domu po godzinie policyjnej - malowalam paznokcie na czerwono i prasowalam bluzke do pracy. Wiadomo, poziom halasu jest porownywalny z tym przy obsludze mlota pneumatycznego].

WALILAS STOPAMI O PODLOGE. Do polnocy!

Wariatka. Diagnoza pelna, ostateczna.

Sa dwa rozwiazania: naucze sie fruwac, albo wykoncze ja gangsterskim rapem z glebokiego Brooklynu. Bring it on, bijacz.

11:28, siberry
Link Komentarze (11) »
środa, 19 października 2011

Wyciągam z ciemnej komody ciepły, długi, miękki szalik pod którym całkowicie znika moja szyja. Na krześle leżą długie, skórzane rękawiczki, w których rano schowam skostniałe palce spacerując przez park. Uwielbiam ten moment, kiedy przekraczając jego próg, czuję tę specyficzną woń liści, trawy i wilgoci z pobliskiego stawu, a za plecami zostawiam ruchliwą ulicę, czerwone autobusy, czarne taksówki i morze ciemnych garniturów posłusznie sunących do szklanego wieżowca. Z dnia na dzień zrobiło się potwornie zimno, tak że chłód przeszywa każdą komórkę w dygocącym ciele. Nie wyobrażam sobie jednak bardziej przytulnego miejsca na Ziemi niż moja obecna, malutka sypialenka.

Pod ścianą stoi zacnych rozmiarów łóżko, a na nim świeża, pachnąca pościel w kolorze czerwonego wina, która intensywnie kontrastuje ze śnieżnobiałymi szafkami i ścianami bledszymi niż skóra w okolicach moich piersi. Momentami wydaje mi się, że mam bardzo męskie, takie proste podejście do życia. Bez mrugnięcia okiem, jednego zająknięcia stosuję zawsze i wszędzie metodę zero-jedynkową. Jestem do bólu konsekwentna, bo dla mnie czarne zawsze jest czarne, nigdy szare, a już na pewno nie białe. Być może przez ten mój cholerny racjonalizm ucieka mi coś z życia, coś ulotnego przelatuje przez palce, ale ciągle i niezmiennie uważam, że jeżeli powiedziało się A to trzeba też mieć jaja żeby powiedzieć B.  Ale, nie o tym miało być...

W sypialni na parapecie stoją czerwone świeczki o zapachu passion fruit [aka pospolita marakuja] i gerbery w białej, porcelanowej doniczce. Zdobycze z wielkiej wyprawy na koniec świata, czyli celu pierwszej pielgrzymki wszystkich żółtodziobów w nowym mieście. Ikea, welcome to. Kwiatek dzielnie przeżył wyprawę przez pół miasta najpierw autobusem, później metrem i na razie to jedyne żyjące stworzenie oprócz moich zwłok, które bywają na moich "salonach". A propos salonów, to w living room [szumne słowo] obok niedziałającego kominka, piętrzą się jeszcze nierozpakowane kartony, ale ja po prostu uwielbiam swoją sypialnię. Na wysokim łóżku, tonę pod ciepłą kołdrą, a w tle leci po raz tysięczny Somebody to use. Za oknem widok na niewielki dziedziniec i tarasy mieszkań po przeciwnej stronie. Marzy mi się taki taras, a na nim długie, leniwe, niedzielne śniadania z chrupiąca, ciepłą bagietką, świeżym masłem, kozim serem i pachnącą kawą. Myślę, że na takim tarasie całkiem nieźle prezentowałabym się z gołymi nogami, ale za to w zbyt dużej, męskiej koszuli. Wczoraj przez dłuższą chwilę przyglądałam się prywatnej lekcji karate dwóch, małych urwisów mieszkających na przeciwko - oczywiście bardziej niż prawidłowa technika kopniaka z półobrotu zaintrygował mnie apetyczny pan instruktor w czarnym kimono. No cóż, może wróci za tydzień.

Uwielbiam moją dzielnicą. Za ciszę, spokój, rzędy śnieżnobiałych domków, ale też za małą kawiarnię tuż za rogiem z pyszną kawą, w której obsługa wita mieszkańców po imieniu  i brazylijską knajpą po przeciwnej stronie ulicy. Za to, że parę przecznic dalej jest mały targ ze świeżymi warzywami i owocami oraz sklep całkiem niegłupio zaopatrzony w białe, półwytrawne. 

23:40, siberry
Link Komentarze (6) »
wtorek, 18 października 2011

Trzymam się swojego postanowienia i do pracy chodzę na piechotę budząc małą sensację w biurze. No jak to tak na piechotę? Crazy? A to raptem 40 minutowy spacer z czego połowa jest przez śliczny park po którym biegają szare wiewiórki, a bladożółte liście szorują mi pod stopami. Do biura wpadam z zarumienionymi policzkami i czerwonym nosem od już lekko mroźnego, ale nadal przyjemnie rześkiego wiatru.

Czerwony nos nikogo nie dziwi. W końcu to jedna z najbardziej wystających część ciała en face. Z drugiej strony wiadomo, niepodzielnie króluje tyłek. Mój nos nie należy do tych zgrabnych, lekko zadartych, małych dzieł sztuki, wręcz przeciwnie. Wolę myśleć, że mam "rzymski profil" niż hamulec od karuzeli nad ustami, ale niestety w moim przypadku nie ma czegoś takiego jak "lepszy profil". Obydwa są po prostu słabe, ale teraz zupełnie mi to nie przeszkadza.

Pamiętam jednak jak dziś, pamiętam bardzo dokładnie, jak będąc jeszcze w podstawówce mój wiecznie niebywający w domu Ojciec pewnego wieczoru przyglądał mi się lustrującym wzrokiem w czasie kolacji. Krojąc schabowego trzymałam łokcie blisko ciała i siedziałam dumna jak paw będąc święcie przekonana, że w końcu zauważył jak bardzo urosły mi włosy, które specjalnie na jego przyjazd własnoręcznie zaplotłam w długi, staranny warkocz.

Nie martw się Siberry - jak skończysz 18 lat to go zoperujemy.

Patrzę na niego zdumiona, kawałek schabowego zatrzymuje się przewodzie pokarmowym gdzieś na wysokości wątroby, a ja nie mam zielonego pojęcia o co mu chodzi. Widząc wielki znak zapytania migający nad moją główką, odkłada widelec, w teatralnym geście unosi dłoń i przemawia na cały pokój tonem zbawiciela i Mesjasza: No wiesz, o ten Twój nos mi chodzi. Tatuś Ci zasponsoruje. Hałst zimnej wody i kawałek wieprzowiny podwójnie otoczonej w tartej bułce i jajku ląduje na swoim miejscu, czyli w ściśniętym na supeł żołądku.

Wysiedziałam do końca kolacji jak na szpilkach [szkoła kleszcza - nie wolno było wstawać od stołu do póki wszyscy nie skończyli] i od razu pobiegłam do łazienki zobaczyć cóż takiego strasznego stało się z moim nosem w ciągu dnia, bo przecież pamiętam, pamiętam bardzo dobrze, że jak rano myłam zęby wyglądał całkiem normalnie, czyli tak jak zawsze. Po dłuższej inspekcji, lawirowaniu pomiędzy kiblem, a umywalką z powiększającym lusterkiem w ręku, żeby lepiej przyjrzeć się gadzinie, doszłam do wniosku, że faktycznie, Tatuś miał rację. Mój nos jest okropny. Jest tak straszny, że na pewno nikt nie będzie nawet chciał go zoperować. Jak mogłam być taka ślepa i wcześniej tego nie zauważyć. On po prostu jest wielki.

Od tamtej pamiętnej kolacji jeszcze przez wiele miesięcy patrząc w lustro nie widziałam nic, poza monstrualnym, gigantycznym nochalem, zupełnie nie pasującym do całej reszty, jakby doklejonym przez pomyłkę do mojej twarzy. Tak jakbym nie miała już wystarczającej ilości problemów z kategorii "Koniec Świata" mając te marne 12 lat. Z nieśmiało kiełkującymi piersiami pod bluzką z Kaczorem Donaldem na czele.

21:58, siberry
Link Komentarze (12) »
piątek, 14 października 2011

Było oglądanie rolek, była kolacja w arabskiej dzielnicy, było nawet piwo w typowym, londyńskim pubie. Siedziałam w przykrótkiej sukience na przeciwko faceta, który zwiedził pół świata, biegle włada paroma językami, jeździ na tych swoich rolkach, ale w weekend przesiada się na motor i ma więcej zainteresowań niż ja par butów. Obiektywnie rzecz ujmując, powinnam ściągać majtki przez głowę. I co? I nic. Jedno wielkie, tłuste zero. Pa, pa, pa, see you never. Najpewniej umrę w samotności, ale za to z koroną Królowej Lodu na głowie. 

Za to dzisiaj w korporacyjnej skrzynce pojawił się po raz pierwszy mail od szefa: Good job, Sib.

W hotelowym pokoju pod ścianą stoją dwie, wypchane do granic możliwości, czerwone torby. Moje życie spakowane 6 tygodni temu w kilkadziesiąt kartonów sunie gdzieś pomiędzy pijaną Warszawą, a Londynem. Jutro przeprowadzka na nowy kwadrat.

Znajdę nowe miejsce dla kilogramów książek, płyt CD i par butów. Poukładam na półkach złożone w kosteczkę ubrania. Powieszę równiutko sukienki w białej szafie. W jasnej łazience ustawię kolorowe kosmetyki, znajdę miejsce dla dużego, miękkiego ręcznika. Oblekę kołdrę w pachnącą, świeżą pościel. Zapalę aromatyczne świeczki, otworzę wino z malutkiego, portugalskiego sklepu tuż za rogiem i wypiję za chaos.

23:27, siberry
Link Komentarze (6) »
środa, 12 października 2011

Umówiłam się z facetem. Wyjątkowo nie poznaliśmy się w stęchłym, londyńskim metrze po którym biegają szczury. Nie będę mu wymyślać ksywki, bo nie wiadomo jeszcze czy to jedynie występ gościnny, taki blogowy featuring, czy też może ów bohater pojawi się w kolejnych odcinkach Ruska goes to London, sezon 1. Wszystko zależy od jutrzejszego screen testu, a wiadomo publiczność jest ostatnio wymagająca, wybrzydza bardziej niż rozpuszczona, syberyjska kniazini śpiąca na baryłkach z petrodolarami. Poza tym zwykłe przeciętniactwo już nikomu dupy nie urywa. A już na pewno nie zblazowanym księżniczkom w okolicach trzydziestki. 

W ramach pilota idziemy wybrać rolki. Dla mnie, nie dla niego. On już ma. Tak, wiem - rolki to gejowski sport [bez urazy], ale trzeba było widzieć jego minę, kiedy zapytałam się czy może pomógłby mi w wyborze skoro tak świetnie się na tym zna [z naciskiem na ŚWIETNIE]. Odpowiednio połechtane męskie ego rozwija się szybciej niż pleśń w zapomnianej szklance po soku z czarnej porzeczki.

Umówiliśmy się dość późno, więc mam wystarczająco dużo czasu, żeby wrócić do hotelu. Mogę spokojnie przebrać się w jeansy i conversy, żeby później móc uchodzić za luźnego kojota. Rozważam jednak pozostanie w swoim mundurku korpobiczy i jedynie nałożenie na facjatę drugiej zmiany tapety. Wiecie, taki "look" na dopiero co opuściłam korytarze Mordoru. Wizja mierzenia rolek na stópki odziane w rajstopkę [sorry, pończoszki zakładam jedynie na misje specjalne z typu seduce and destroy, bo nie lubię jak mi się silikon ślizga po udzie], no więc taka wizja mojej stopy [stopy: fuj, fuj, oblech] w rajstopce, wydaje mi się nieco bardziej pociągająca niż machanie przed tymi całkiem apetycznymi, orzechowymi oczami niezniszczalną skarpetą frotte, czy też klasyczną antygwałtką. Obawiam się tylko, że zaliczenie bliskiego spotkania trzeciego stopnia z wypolerowaną sklepową podłogą w jeansach byłoby nieco mniej kompromitujące niż w białej, dopasowanej marynareczce.

Stay tuned.

P.S. Zarzuććie pażałsta jakimiś dobrymi serialami w komentusiach, bo odkąd Entourage skończył się obrzydliwym, aż do wyrzygania happy end'em mam depresję i nie mogę się pozbierać. 

09:22, siberry
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 10 października 2011

Dzisiaj w korporacyjnym łańcuchu pokarmowym osiągnęłam poziom żuczka, takiego gnojowego żeby była jasność. Koncertowo wcielam się w rolę półgłówka. Nawet nie muszę się specjalnie starać, jakoś tak samo, wręcz naturalnie mi to ostatnio wychodzi. Pomimo tego, iż na pustej główce nadal brak blond pukli.

Chyba nie nadaję się do tej roboty. Wypierdolą mnie i tak się skończy wielka wyprawa do Londynu, bo nawet najładniejsze szpilki na ołpenspejsie jeszcze nikomu nie zagwarantowały awansu. Trzeba było siedzieć na tyłku, dalej rozstawiać Ruskich po kątach i napawać się opinią lokalnej superstar, a nie zachciało się jaśnie pani przygody i "pierdolnięcia pioruna". Teraz to mi co najwyżej pierdolną wypowiedzeniem przed końcem miesiąca, a wtedy ja w podskokach z biletem w jedną stronę dołączę do rodaków na Victoria Station w oczekiwaniu na najbliższy autobus w kierunku nad Wisłę.

Otaczają mnie cyborgi. Naprawdę maksymalnie inteligentni ludzie, którzy dokładanie wiedzą czego chcą. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z taką determinacją i wyciskaniem soków do ostatniej kropelki. A pośród nich wszystkich siedzę sobie ja. W mojej ołówkowej, granatowej spódniczce, nienagannym makijażu, grzecznie zaczesanych włoskach, wpatruję się w te trzy monitory i nadal nie mam zielonego pojęcia, czy jak na wykresie X pojawia się 100 to powinnam udać się do Westfield żeby awansem zacząć przepuszczać bonusa, czy też moje lepiej wyskoczyć przez okno. 100, 1000, 1000000? Whatever, nie widzę różnicy. Ostatni raz czułam się taka głupia, głupsza, najgłupsza jak moja Mamusia połamała metrową, drewnianą linijkę o stół próbując nauczyć mnie tabliczki mnożenia w domowym zaciszu.

Żeby dopełnić powyższy obraz nędzy i rozpaczy, to dzisiaj jestem jeszcze na dodatek brzydka i wyjątkowo tłusta. I to nawet nie jest jeszcze PMS. Nie ta faza księżyca. 

20:32, siberry
Link Komentarze (15) »
niedziela, 09 października 2011

Niemców można rozpoznać na kilometr. To jedyna nacja, która karnie stoi na przejściu dla pieszych i nie pcha się pod rozpędzona koła dwupiętrowego autobusy na czerwonym świetle. Reszta świata nie ma z tym absolutnie żadnego problemu. 

Uwielbiam Londyn za ten luz. Za to, że możesz włożyć getry w lamparcie cętki i zapomnieć spódniczki mając tyłek gabarytów gdańskiej szafy trzydrzwiowej z lustrem, a kroczyć ulicą tak jakby dopiero co wypuścili Cię z back stage'u London Fashion Week. Lubię to!

Jestem absolutnie zauroczona Camden Town. Od dawna chodziła za mną rockowa, skórzana bransoletka nabijana ćwiekami. Nigdzie nie mogłam znaleźć takiej rasowej, a nie takiej, która wyglądałaby jak rekwizyt z setu z Hanna Montana, czy innego Domowego Przedszkola. W Camden dostałam oczopląsu i wróciłam z dwiema, w tym jedną czerwoną. To będzie mocno niebezpieczny duet ze szpilkami a la Ruska w podobnym odcieniu. Byłam totalnie zachwycona skórzanym kombinezonem dziewczyn pracującej w jednym z tysiąca malutkich sklepików w podziemiach Stables Market. Taka współczesna wersja Kobiety Kot. Mrrr. Jeszcze trochę i przestanę myśleć, że to jest strój, który nadaje się tylko i wyłącznie na przebieraną imprezę w czasie bardzo mrocznego Halloween. Zakonnica powoli idzie w odstawkę.

W przeciągu miesiąca poznałam tutaj więcej osób niż przez ostatni rok w Warszawie. Wczorajsze wyjście do pubu skończyło się na zwierzeniach w deszczu z belgijskim, zbyt słodkim piwem w ręku. "I don't know you but I felt I have known you for a long time". Nie wiem, czy to przez to miasto, czy też może ja wysyłam jakieś fluidy, ale przestałam się już dziwić, kiedy ktoś uśmiech się do mnie na ulicy. A duszne i lepkie metro okazuje się być doskonałym miejscem na poznawanie nowych osób. A pomyśleć, że na razie do pracy chodzę na piechotę, a do metra przesiądę się dopiero za tydzień, kiedy wreszcie wprowadzę się do swojego malutkiego mieszkanka w białym budynku z kolumnami i zielonymi drzwiami frontowymi. Dzisiaj kawa na Soho i spacer wzdłuż z Tamizy z dziewczyną, która ma niezwykle rzadkie spojrzenie na świat i plan na życie. Jedyne co ja planuję to ten moment to obrzydliwy hedonizm, a cała reszta jest naprawdę nieistotna. Kiedy jak nie teraz? Skrzynka mail'owa nieśmiało wypełnia się wiadomościami od poznanego w piątek bruneta. A już teraz wiem, że w najbliższą sobotę idę do rasowego, kubańskiego klubu, gdzie króluje salsa, a do tańca przy muzyce na żywo może Cię poprosić 70-latek, który nauczył się kroku podstawowego jeszcze w czasach młodości w jakimś zadymionym i mocno zakrapianym rumem zakątku Hawany.

Czuję się jakby ktoś tchnął we mnie całą masę pozytywnej energii.  

P.S. Frekwencja na poziomie 48% to żenujący wynik. Ciężko jest mi uwierzyć, że ponad połowie Polaków nie chciało się nawet ruszyć tyłka z wytartego tapczanu żeby postawić krzyżyk. Nie ważne już gdzie, ale żeby po prostu skorzystać z tego pieprzonego przywileju jakim jest możliwość wybrania osób, które decydują o tym, czy w Warszawie będziemy mieli Budapeszt, czy też może jednak lepiej nie. 

22:09, siberry
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u