RSS
wtorek, 25 września 2012

Zagrzeb jest niewielkim miastem, takim w którym ciężko się zgubić, a samo centrum można zwiedzić w przeciągu dwóch godzin. 'Kompaktowość' miasta doskonale obrazuje jego główna atrakcja, czyli Zagrebačka uspinjača, najkrótsza kolejka linowa na świecie, która od ponad stu dwudziestu lat łączy Górne i Dolne Miasto. Wagonik pokonuje zawrotny dystans 66 m [słownie: sześciesięciu sześciu metrów] w dokładnie 55 sekund [nieśmiało dodam, że wejście na górę pieszo zajmuje jakieś 7 minut]. 

Za każdym razem, kiedy wyjeżdżam z Londynu uderza mnie brak ludzi na ulicach. Spacerując po centrum Zagrzebia, tuż po ósmej rano, kiedy miasto dopiero wybudza się do życia, czuję się trochę jak David Aames na Times Square w Vanilla Sky. Londyński harmider i niemalże konieczność przepychania się łokciami w metrze jest dość mocnym kontrastem z lekko zaspaną i przeciągającą się z rana stolicą Chorwacji. Stolicą w której mieszka nieco ponad 800 tyś osób, czyli trzy razy mniej osób niż średnia ilość pasażerów londyńskiego metra w godzinach szczytu.

Idąc wzdłuż głównej arterii miasta, Ilica ulica, mijam niewielkie sklepiki, gdzie pracownicy rozkładają towar i starannie zmywają z witryn brud miasta. Dopiero, kiedy dochodzę do Dolac Market, na którym od początku XX wieku handlarze codziennie sprzedają swoje towary, czuję się jak w ulu. Stragany uginają się pod ciężarem warzyw, w powietrzu unosi się intensywny zapach pomidorów, a w oczy kłują soczyste barwy cytrusów starannie poukładanych w misterne piramidy na dziesiątkach straganów. Mam ochotę natychmiast kupić kiść winogron, świeży szpinak, garść orzechów włoskich i zrobić sałatkę na lokalnej oliwie, czosnku i soku z intensywnie zielonej limonki. 

Mocną stroną miasta jest zdecydowanie możliwość przesiadywania w niezliczonej ilości kawiarni z doskonałą kawą (dla tych uzależnionych od kofeiny, czyli na przykład ja) i lokalnym winem (dla tych z ukrytym alkoholizmem, czyli na przykład również moi). Jednak kawiarniane sieciówki ze swoimi papierowymi kubkami i muffinkami z terminem ważności dłuższym niż śmietana na salezjańskich kolanach, nie przetrwałyby w tym kraju ani jednego miesiąca. Kawę pijemy z porcelanowej filiżanki wystawiając twarz łapczywie do słońca. Najbardziej tętniącą życiem ulicą jest Tkalčićeva, którą tubylcy po prostu nazywają Tkalča. Ulica powstała w starym korycie rzeki Medveščak pod koniec XIX wieku. Teraz tam gdzie kiedyś płynęła woda, płynie głównie czarna, aromatyczna ciecz, bo Chorwaci uwielbiają przesiadywać w ciągu dnia nad filiżanką mocnej kawy. Większość krzeseł w kawiarniach jest strategicznie zwrócona ku ulicy tak aby, można było znad okularów przeciwsłonecznych obserwować przechodniów, bo wieczorem to jest właśnie to miejsce, gdzie wypada "bywać" oraz gdzie lokalne księżniczki, po zmierzchu, wyprowadzają swoje Louis Vuittony na spacer.  

Warszawiacy umawiają się pod Rotundą [chociaż pewnie teraz to już jest bardzo passe], a Zagrzebianie [btw, co za słabe słowo?] umawiają się pod zegarem na Placu bana Josipa Jelačicia. Jak ktoś się spóźnia to można skoczyć na najlepsze lody w mieście do Vincek Slasticarnica  [kulka wielkości pięści około 3.50 PLN] - polecam te o smaku gorzkiej czekolady. Niebo w gębie. Mniam.

Byłam też Museum of Broken Relationships, które rok temu wygrało nagrodę za najbardziej innowacyjne muzeum Europy. Pomysł na muzeum jest genialny w swojej prostocie. Ludzie oddają przedmioty, które kojarzą im się z byłymi partnerami i w paru zdaniach opisują historię znajomości. Spodziewałam się kilogramów pluszowych misiów, ale na miejscu okazało się, że wśród 'eksponatów' jest siekierka, którą ktoś porąbał na drobne kawałeczki meble swojej eks [szacun], suknia ślubna, którą ktoś planował zakładać na okrągłe rocznice swojego ślubu [kolejny argument za sprzedażą tuż po ślubie], ale jest też kocia obroża, którą jakaś dziewczyna nosiła jako biżuterię [kup mi, kup mi]. Do tej skórzanej obróżki była przyczepiona blaszka z napisem If found please call i dalej numer do jej eksa. Była też para biker boots, którą młody Chorwat kupił swojej dziewczynie, żeby ta mogła z nim pojechać na motorze do Paryża. "Later on, other girls wore them too, but they always remained Ana's boots." Martwe przedmioty mogą mieć ogromny ładunek emocjonalny, trzeba tylko poznać ich historię. Ja w swojej prywatnej kolekcji X mam biżuterię, bieliznę i całe pudło odręcznie pisanych listów wiecznym piórem.

Anyway, trochę zboczyłam z tematu. Zagrzeb Zagrzebiem, ale Chorwacja to przede wszystkim morze i opalone sznureczki od bikini, ale o tym będzie w kolejnym odcinku.

00:49, siberry
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 24 września 2012
Tak mnie ostatnio wciagnał ten cały oflajn, iż przegapiłam zajebiście, ale to zajebiście ważna datę. Przegapiłam drugie urodziny swojego blogaska! SKANDAL Co więcej nikt nie przesłał kwiatów, szampana, ani nawet marnego pierścionka z brylantem. Kancelaria prezydenta, oraz Pan Minister Sikorski również sie nie popisalii - nikt nie zadzwonił z podziękowaniami za te miesiace starań nad ocieplaniem, wcześniej stosunków Polska-Rosja, a teraz Wiejska - Downing Street. Sorry, ale ta silikonowa Wunderwaffe może mi co najwyżej buty czyścić. Happy birthday to me.
00:05, siberry
Link Komentarze (5) »
wtorek, 18 września 2012

Kiedy ponad dwanaście miesięcy temu wylądowałam na Heathrow ze swoimi czerwonymi walizkami byłam przekonana, że przyjeżdżam do Londynu dokładnie na dwa lata.

Propozycję pracy w szklanym biurowcu nad Tamizą przyjęłam bez namysłu wychodząc z założenia, że to doskonały moment, żeby wywrócić całe swoje życie do góry nogami. Wywrócić, ale na z góry określony korpo-kontraktem okres. Plan był prosty.

Wyjechać. Zrobić swoje. Utyć w doświadczenia. Wrócić.

Wyjeżdżałam z myślą, że za dokładnie dwadzieścia cztery miesiące wrócę do swojego mieszkania z widokiem na panoramę Warszawy, że będę znowuż jeździć na rowerze wzdłuż Wisły do utraty tchu, że będę ponownie stać w kilometrowych korkach wyśpiewując z całych sił słowa ulubionych piosenek, że w lepkie letnie wieczory będę przesiadywać na europalecie na Powiślu z zimnym piwem w ręku. Ba, nawet planowałam zamienić się w córkę marnotrawną i uskutecznić wielki come back do tej zatłoczonej, acz kultowej salki w Klubokawiarni.

A teraz? A teraz im dłużej tu jestem, tym mniej chcę wracać. Z lekkim niepokojem uświadomiłam sobie, że jestem już na półmetku. A przecież mam jeszcze tyle miejsc do odkrycia, tyle dźwięków do usłyszenia i tyle smaków do spróbowania.

Londyn mnie wciągnął. Energia tego miasta sprawiła, że odżyłam. Potrzebowałam pokonać tę odległość 1750 km żeby złapać nową perspektywę. Przestałam rozpamiętywać przeszłość, wyciągać trupy z szafy i korcić się za swoją naiwność w poprzednim związku. Liczy się tu i teraz. Przestałam myśleć co inni myślą o mnie, tylko skupiłam się na tym, co ja powinnam myśleć o sobie. Robię swoje, zbytnio nie oglądając się na oczekiwania innych. Sib, bo ty powinnaś to, bo ty powinnaś tamto... Otóż nie. Właśnie chodzi o to, że już nic nie muszę. Nic. No dobra, jedyne co muszę to zawlec swój zad do pracy, bo wypłaty nie rosną na drzewach, ale wszystko inne zależy tylko i wyłącznie ode mnie. Duży krok w stronę zdrowego hedonizmu. Nie chcę żeby to zabrzmiało pretensjonalnie, ale w mocno egoistyczny sposób skoncentrowałam się na sobie i jest mi z tym cholernie dobrze. 

Być może dlatego coraz rzadziej piszę. O wiele łatwiej jest wypruwać flaki na klawiaturę niż ubrać w słowa spokój, a może nawet, tfu, tfu, jakieś tam szczęście.

23:43, siberry
Link Komentarze (15) »
czwartek, 13 września 2012

Im dłużej wpatruję się w bezgłośnie migający kursor na jaskrawym ekranie monitora, tym większą mam pustkę w głowie. Kilogramy myśli, niedokończonych zdań i pojedynczych słów głębi się pod opuszkami palców, ale nie chcą ułożyć się w żadną sensowną całość. 

Coś się kończy, coś się zaczyna. Najpierw nie możesz złapać oddechu, bo pomimo pierwszego jesiennego chłodu krew gęstnieje pod skórą i całe ciało zaczyna pulsować, kiedy w tle leniwie obraca się London Eye. Mijają minuty, a może godziny, nie wiem, nie obchodzi mnie to, całkowicie tracę poczucie czasu. Pierwsze orzeźwienie przychodzi, dopiero kiedy zaczynam czuć chłód nocy kąsający mnie po gołych nogach i gładkich stopach. Później, już stojąc w ostrym świetle stacji metra, znowuż zaczyna kręcić mi się w głowie, ale już z zupełnie innych powodów. Korcę się w myślach, oddychaj dziewczyno, weź się w garść, wdech-wydech, wbijam wzrok w podłogę i wiem, doskonale wiem, że to koniec, że to był ostatni raz.

Patrzę mu prosto w oczy, nie pamiętam już co mówię, ale wiem, że to ja znowuż muszę być ta rozważna, a nie romantyczna. Tylko raz, tylko na sekundę, załamuje mi się głos. Niestety jestem tak skonstruowana, że najczęściej myślę głową, a nie dupą. Raz podjęta decyzja nie podlega negocjacjom, bo jestem cholernym uparciuchem, ale uparciuchem z jakimiś tam zasadami. Tu i teraz, przed tą stacją metra, rysuję grubą linię, mind the fucking gap, bo on mówi jedno, a robi drugie. Sprzeczne informacje i wytarte niczym burdelowa wycieraczka: chciałbym, ale się boję. Zupełnie jak baba. Podchodzę jak do jeża do osób, które zmieniają poglądy niczym chorągiewka na wietrze, a tym bardziej nie mają jaj żeby skończyć coś do czego sami dążyli z taką determinacją. Konsekwencja w słowach i czynach - chyba tylko to nie pozwala mi zwariować. 

Impulsywnie wyswobadzam się z jego ramion, nawet na chwilę nie odwracam wzroku, tylko stukając tymi absurdalnie wysokimi obcasami oddalam się pośpiesznie. Chcę jak najszybciej zniknąć w podziemiach metra, zgubić się w plątaninie ludzi, wskoczyć do pierwszego lepszego pociągu. Chcę wtulić się w chłód pościeli w mojej może i londyńskiej, ale pustej sypialence.

00:16, siberry
Link Komentarze (6) »

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u