RSS
poniedziałek, 26 września 2011

Jestem na kolacji z dawno nie widzianym znajomym. Nie był to nigdy mój bliski kolega - ot, po prostu nasze drogi kiedyś się skrzyżowały, a że teraz znajdujemy się na tej samej szerokości geograficznej,  w tym samym mieście i zawsze dobrze się dogadywaliśmy, umawiamy się na wspólne włóczenie się po mieście i kolację.

Inteligentny, przystojny, wysportowany, dobrze ubrany. Kiedyś nawet mi się podobał.

Mijają minuty, kwadranse, godziny. Przez cały wieczór świetnie się bawię, kiedy dochodzimy do swoistego klimaksu spotkania:

- So I took my Ex on a three weeks holiday to... Iran!

- To Iran? For three bloody weeks? No wonder she dumped your ass!

- She didn't dump me.

- You took her to IRAN and dumped her THERE? How cruel!

- It was not a "she", it was a he.

Seks w wielkim mieście robi się coraz bardziej skomplikowany.

23:28, siberry
Link Komentarze (14) »

Brak możliwości urządzania wieczornych pielgrzymek do lodówki powoduje, że powoli zaczynają wisieć na mnie ubrania i mogę sięgnąć po ciuchy leżące na półce przeznaczonej na te chude lata. To zupełnie nieoczekiwany skutek uboczny mieszkania w hotelu ze słabo zaopatrzonym minibarkiem. Z każdą kolejną dorabianą dziurką w pasku czuję się coraz lepiej w skórze w której żyję.

Daleko mi do wygłodzonej gazeli, w którą wredne bachory rzucają kanapkami z szynką i serem i krzyczą ZJEDZ COŚ. Nigdy nie będę z typu tej wątłej, wiotkiej i efemerycznej. Bliżej mi do Latynosek, które mają czym oddychać, a przede wszystkim na czym siedzie i lubią rzucać talerzami o ścianę.

Paradoksalnie, im bliżej trzydziestki, tym bardziej zaczynam siebie lubić. Nie wpatruję się w swoje odbicie w lustrze godzinami, ale też nie zamykam oczu, kiedy wychodzę ociekająca wodą i z mokrymi, długimi włosami spod prysznica. Chyba po prostu dorosłam na tyle, że zaakceptowałam swoje wady. Ot, taki wytarty niczym burdelowa wycieraczka banał. Są dni, kiedy uważam, że mam fantastyczne cycki, głębokie wcięcie w talii, a mój tyłek prezentuje się całkiem apetycznie w krótkiej, skórzanej spódniczce i wysokich szpilkach. Oczywiście zdarzają się też takie, kiedy bootylicious zamienia się w fatolicious i myślę sobie, że kolejne wakacje zamiast na leżaku pod palmą powinnam spędzić na fat farmie biegając z 20 kilogramowym plecakiem po głębokim lesie do utraty przytomności.

Matka Natura poskąpiła mi tego magicznego genu o nazwie Mogę-Wpierdalać-Wszystko-I-Nadal-Nosić-Rozmiar-XS. Jednak nie potrafiłabym jedynie przegryzać marchewki na zmianę z liściem sałaty i popijać tego wszystkiego wiadrem, niegazowej wody. Czerpię zbyt dużą, wręcz orgazmiczną przyjemność z jedzenia. Niestety muszę uważać na to co jem. Białe pieczywo, cukier, ziemniaki i większość węglowodanów to szatański wymysł. Jestem święcie przekonana, że to Nergal sprowadził te wszystkie węglowodany na Ziemię. 

Zawsze reagowałam alergicznie na brednie w stylu pokochaj siebie, a pokocha Ciebie świat [rzyg]. Jednak na chwilę zamarłam, kiedy niedawno usłyszałam "Sib, it's so liberating to be with a girl that actually likes herself". Może coś w tym jednak jest. Prawda, Panowie? Także Drogie Dziewczęta, piersi do przodu, szpilki na nogi, fuck-me-red na paznokciach i jedziemy!

08:50, siberry
Link Komentarze (6) »
niedziela, 25 września 2011

Znalazłam mieszkanie. Dwa pokoje na ostatnim piętrze z niedziałającym kominkiem, ale za to w niewielkim budyneczku z białymi kolumnami i zielonymi drzwiami frontowymi. Bardzo klimatycznie, bardzo londyńsko i zmieściłam się co do funta w budżecie na nowy kwadrat. Myślałam, że podjęcie decyzji będzie o wiele trudniejsze, ale ktoś mi powiedział, że jak wejdziesz do mieszkania to poczujesz, że to jest właśnie TO. Tak właśnie było. 

Piątkowe after work drinks skończyły się o trzeciej rano. I pomyśleć, że przez dłuższą chwilę zastanawiała się czy tam iść, bo przecież nikogo nie znam, jestem zrąbana po tygodniu pracy, znowuż będę musiała odpowiadać na te same pytania i takie tam. Całe szczęście, że moje aspołeczne nastawienie utopiło się w pierwszym kieliszku, białego wina. Siberry, it's so cool you came! Let me introduce you to everyone. Poznaję masę ludzi. Na przykład taki Dave, lat 35+. Pięć lat mieszkał na Barbados, tam kupił knajpę tuż przy plaży, znalazł żonę, a wieczór kawalerski spędził w pijanym Wrocławiu. Lubię ludzi z historią. Jednak takie after work drinks mogą być bardzo niebezpieczne - zwłaszcza, że Brytyjczycy piją dużo i szybko, a ja nie mogłam wymigać się od żadnej kolejki. Od Jägerbomb trzymać się z daleka. Zapamiętać. Zaimplementować. Ktoś szepcze mi na ucho, że Rob jest naprawdę świetnym facetem and he will take good care of you, ale ja nauczona doświadczeniem nie zamierzam rozstawiać sideł na firmowym ołpenspejsie. Rob odprowadza mnie do hotelu to make sure you get there safely. Na studiach była zasada nie bierz dupy z własnej grupy.  Ja zamierzam ją przenieść na korporacyjne tereny łowieckie. W końcu w Londynie mieszka ponad 7 mln ludzi. There is plenty of more fish in the sea jak śpiewał Mike Skinner.

Za oknem ostre słońce, więc niedzielny poranek spędzam na włóczeniu się po mieście. Kupuję świeżą bagietkę z kozi serem i pesto, do tego wiadro latte, siadam na krawężniku na Covent Garden i jem śniadanie obserwując występy ulicznych artystów, co chwila wybuchając śmiechem. Udaje mi się upolować rewelacyjny pasek w bardzo niedesignerskiej cenie w malutkim second hand na Notthing Hill. W kawiarni starszy Pan mówi, że nie zbiera stempelków za kawę, ale prosi o przybicie dodatkowego na mojej karcie jeżeli takową posiadam. Na ruchomych schodach w metrze mocuję się z założeniem płaszcza i nagle osoba stojąca za mną przytrzymuje mi rękaw, a ja dopiero wtedy wsuwam rękę w miękki materiał. 

Life is good.

15:57, siberry
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 września 2011

Dzisiaj mija dokładnie rok od założenia bloga.

Z tego miejsca chciałabym podziękować temu Panu za rozdziewiczenie blogaska pierwszym komentarzem i danie motywującego kopa w mój rozrastający się tyłek, kiedy chciałam porzucić dalsze wypisywanie bzdur w internecie.

Dziękuję również tej Wariatce i tej Blondynce za niezliczoną ilość wymienionych myśli, wypitych butelek wina na białej, skórzanej kanapie i sprowadzania na dobrą, ale bardziej na tę złą drogę. Love. Serio. Bardzo.

Dziękuję za trzymanie kciuków, wytykanie błędów ortograficznych, wszystkie komentarze, maile, rozmowy telefoniczne do rana i całą resztę. Nie znamy się, ale ja tam Was bardzo lubię. I lepiej żeby moje uczucia zostały odwzajemnione, bo będę mieć problemy z samoakceptacją już do końca życia. No. Dobra kończę, bo zaraz będę dziękować Akademii i innym nadprzyrodzonym siłom, a Wy zwymiotujecie na monitor z nadmiaru słodyczy.

Anyway, życzenia, kwiaty, butelki białego wina oraz dalsze propozycje matrymonialne przyjmuję w komentarzach.

(Aha. Bombonierek nie przyjmuję, bo jestem na diecie.)

00:01, siberry
Link Komentarze (27) »
niedziela, 18 września 2011

Nie znam się na sztuce. Jestem w stanie zidentyfikować raptem kilku malarzy: Klimt, Picasso, Warhol, Mucha, Van Gogh, Chagall i ulubieńców wszystkich pensjonarek, czyli impresjonistów. Bitwę pod Grunwaldem też ogarniam, czyli tyle ile średnio rozgarnięty uczeń gimnazjum, który nie strzelił kibla z plastyki. Jedyne style, które rozpoznaję to te, których po prostu nie rozumiem. Na przykład taki surrealizm. Jak dla mnie trzeba być nieźle naćpanym, albo zalanym absyntem w trupa, żeby w głowie zrodziły się takie kwaśne wizje. Nie znam się na sztuce, ale lubię. Mam do niej bardzo pragmatyczny i płytki stosunek. Patrzę na eksponat i stosuję metodę zero-jedynkową: lubię to, mogłabym powiesić w sypialni, żeby oglądać tuż przed zaśnięciem i zaraz po przebudzeniu, lub tego to nawet do piwnicy bym nie wyniosła. Sorry, ale poprzeczne pasy napaćkane kolorową farbą jakoś nie zmuszają mnie do głębszej refleksji i mrocznych podróży w głąb duszy. Do Tate Modern mam jednak słabość od zawsze i będę tam wracać regularnie.

Wczorajsza noc była jeszcze na tyle ciepła, że można było zjeść kolację i pić schłodzone wino siedząc na zewnątrz. To chyba jeden z ostatnich takich wieczorów w tym roku. Powoli trzeba wyjąć z dna szafy ciepłe swetry i gacie Bridget Jones. Jednak nie muszę obawiać się przymrozków, bo dostałam prezent prosto z Syberii. Prawdziwe, rasowe walonki z białego, grubego filcu. Na kolana! Wszystkie UGGsy świata mogą się przy nich schować. Moje valenki będą idealnie komponować się ze śnieżnobiałą czapką uszatką, więc w sezonie jesień-zima 2011/2012 na londyńskich ulicach będę lansować look na Ruskę totalną. Ponadto moje ego zostało podrapane za uszkiem, kiedy Rosjanki doniosły mi nad kieliszkiem białego, półwytrawnego, że moja następczyni całkiem nieźle ogarnia korporacyjną kuwetę [kto ją szkolił? no kto?], but it's nothing like you. No raczej - za mną się tęskni.

Rok temu powinnam była powędrować przed ołtarz w pięknej, długiej, białej sukni, z profesjonalnie przypudrowanym noskiem i drżącym od wzruszenia głosem przysięgać miłość, wierność i takie tam. Jestem milion lat świetlnych od tego dnia, od tamtego uczucia. Forrest miał rację - życie naprawdę jest jak pudełko czekoladek. Czasami zdarzy się pralinka z obrzydliwym marcepanem, ale później wyławiasz taką odurzająco czekoladową. Nie ma już odwracania głowy i patrzenia w tył. Naprawdę czuję, że najlepsze przede mną. A widok rozświetlonego Big Bena z oknem tylko potęguje to uczucie.

22:40, siberry
Link Komentarze (4) »
sobota, 17 września 2011

Już wiem z czym kojarzy mi się mój nowy zakład. Z China Town. Po horyzont, równiutkie rzędy ergonomicznych biurek, morze migających monitorów i twarze bez wyrazu. Posiłki je się w towarzystwie promieniujących ekranów, a na plotki przy automacie do kawy nie ma co liczyć. Nie jestem przyzwyczajona do wymieniania jedynie uprzejmości z osobami z którymi chcąc nie chcąc spędzam połowę swojego obecnego życia. Nie jestem zwolennikiem dzieleniem się historią swojego życia ze współpracownikami, łącznie z podawaniem daty utraty dziewictwa i rozmiarem cycków, ale na początek wystarczyłoby po prostu imię. Przełamują swoją nieśmiałość [tak właśnie, nieśmiałość] i zagaduję niegroźnie wyglądającego chłopaka siedzącego za moimi plecami. On przeprasza, że był takim gburem i nawet się nie przedstawił, ale jesteśmy tutaj so busy. W ramach odkupienia grzechów zabiera mnie na after work drinks.

Stanie z zimnym piwem w ręku w wąskiej uliczce w towarzystwie dziecięciu facetów to zupełne nowum. Torebka i płaszcz rzucona w kąt, bo w Londynie nadal zdarzają się przebłyski późnego lata. Strasznie podoba mi się takie picie na świeżym powietrzu, chociaż po dwóch godzinach stania mam ochotę wyskoczyć ze szpilek i błysnąć głęboką czerwienią na paznokciach. Chłopacy edukowali mnie, gdzie absolutnie nie mogę się pokazywać, bo tam chodzą TYLKO turyści, gdzie jest najlepsze tapas w mieście [jamon iberico, my love] i obiecali, że będą mnie częściej wyciągać na wyjścia po pracy. Pierwsze lody przełamane, a pomyśleć, że jeszcze parę tygodni temu gorącokrwisty zadziornie mówił do mnie Queen of Ice.

Niesamowicie kręci mnie brytyjski akcent. W ogóle mam fetysz męskich pleców i tembru głosu. Najlepiej jak jest taki mocno chropowaty i papierosowo-alkoholowy. Ja sama kiedyś usłyszałam, że z moim głosem mogłabym pracować w wyuzdanym call center. Za to mój "ruski" akcent chyba nie dodaje mi zbytnio uroku. Niestety ten wschodnioeuropejski nie leży na półce z napisem "mrrrrr sexy!".

W piątek poczułam się bardzo swojsko - w Rosji dziewczyny kręciły w korporacyjnym kiblu loki, a tutaj parę minut przed wybiciem piątej w ruch idą prostownice do włosów. Serio. 

20:07, siberry
Link Komentarze (1) »
środa, 14 września 2011

Stoję przed knajpą. Czekam na koleżankę.

- Excuse me, do you have a lighter?

- Nope, sorry. I don't smoke.

- Me neither. Do you want my phone number?

23:02, siberry
Link Komentarze (9) »

Otwieram okno edycji blogaska, wpatruję się w migający kursor i mam totalną pustkę w głowie. O ile taki stan w godzinach pracy jest całkiem normalny, o tyle z wysmażaniem kompromitujących notek jakoś nigdy wcześniej nie miałam większych problemów.

Przed wyjazdem, w czasie pakowania, miałam takie dziwne przeczucie, że już nie wrócę. Na wszelki wypadek zabrałam ze sobą ulubiony kubek z Legolasem. Nie ryczę po kątach, nie wycieram gili w poduszkę. Jest mi dobrze. Tak po prostu.

W pracy stosuję strategię odwrócenia uwagi, czyli brak wiedzy staram się nadrabiać wyglądem. Zakładam coraz wyższe szpilki i dopasowane ołówkowe spódniczki. Pierwsze zaproszenie na after work drinks już wpłynęło. 

Z każdego kolejnego spotkania wychodzę trochę bardziej przerażona, bo dociera do mnie, że ja naprawdę się na tym nie znam. Tęsknię za moimi Ruskami. Mogłam ich spokojnie pałować i czułam się wtedy niezwykle inteligentna. Teraz w czasie spotkań chciałabym mieć czapkę niewidkę, bo wtedy nie musiałabym udawać, że tak oczywiście wiem jak wygląda korelacja rupii indyjskiej do ceny złota. Zawsze przed zaśnięciem rysuję sobie krzywe do poduszki i wyliczam średnie kroczące. Zawsze.

Umawianie się z osobą, której nigdy wcześniej nie widziało się na oczy i do której nie zanotowało się numeru telefonu, przed jedną z bardziej ruchliwych stacji metra to bardzo zły pomysł. Wiedziałam tylko tyle, że Zeng jest z Chin i od dwóch miesięcy pracuje w tej samej firmie. Po dwudziestu minutach i pięciu zaczepionych Azjatach później, poddałam się w obawie, że ktoś może mnie wziąć za aspirującą gejszę. 

00:23, siberry
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 05 września 2011

***

Nadal zachowuję się niczym rasowa turystka. Uśmiecham się na widok Big Bena, na Portobello Market kupuję magnes na lodówkę z moją ulubioną wrzutą Banksy'ego, łapię ostatnie promienie słońca leżąc na trawie w Hyde Park i robię zdjęcia przed The Broken Relationship Museum. Wieczorem odkrywam z przyjaciółką mroczne zakamarki Brick Lane i totalnie przez przypadek lądujemy na swoim pierwszym w życiu jam session rodem z Jamajki. Nie pytajcie.

***

Anglia. Miłościwie panująca Królowa, dżentelmeni w melonikach, popołudniowe herbatki, angielskie maniery, uczelnie z tradycjami, Oxford, Cambridge i te sprawy. Wracam do hotelu w sobotę, a właściwie to już w niedzielę. I nagle słyszę jak ktoś wydziera ryja na całą ulicę:

You have an amazing ass, girl !!! AMAAAAAAZING !!!

I pomyśleć, że pierwszego dnia czerwieniłam się i spuszczałam wzrok niczym rasowa zakonnica, kiedy nieznajomy rudzielec powiedział do mnie: Hi, Love.

***

Mój szef w czasie jednogodzinnego spotkania użył słowa fuck pięć razy [tak, liczyłam]. Myślę, że się polubimy. Tylko zupełnie nie rozumiem, dlaczego nagle zaczął mi się tłumaczyć, że specjalnie kupił sobie koszulę fit, bo chce wrócić do formy, więc niedługo nie będzie mu się tak opinać na brzuchu. Nie wiem o co chodziło, ale tak na wszelki wypadek do końca dnia wciągałam brzuch w mojej ołówkowej, granatowej spódniczce.

***

Byłam w czteropiętrowym niebie. Nie, nie mam na myśli Harrods'a, ale tam też już byłam. Spędziłam bite trzy godziny w ogromnej księgarni, w której prawie całe piętro zajmują książki o podróżach. W końcu udało mi się dorwać przewodnik Lonely Planet o Gruzji i w ostatniej chwili wrzuciłam do koszyka 1000 things to do in London under 10 GBP. Jak tylko znajdę mieszkanie, to w pierwszej kolejności idę na:

- lekcje Afro-Brazilian drumming

- lekcje tańca brzucha dla początkujących

- darmowe wykłady w Tate Modern

I nadal zostanie mi 997 rzeczy do ogarnięcia. 

23:24, siberry
Link Komentarze (6) »
niedziela, 04 września 2011

Czy para dziesięciocentymetrowych, lakierowanych szpilek w głębokim kolorze czerwonego wina to przegięcie?

Bo one powiedziały do mnie: "Kup mnie, Mamo".

15:03, siberry
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u