RSS
środa, 31 sierpnia 2011

Zostałam pasowana na stanowisko globalne. Bez kitu, tak mam sobie wpisać w stopkę maila. Global-coś-tam-coś-tam. Następny przystanek wszechświat - all on board! Wcale nie czuję się niczym rycerz Jedi i nie zamierzam wymachiwać swoimi mieczem świetlnym [aka bezprzewodowa myszka] od zmierzchu do świtu, bo Houston idzie spać, kiedy akurat Singapur zaczyna sobie parzyć poranną kawę. Zapierdalanie po godzinach nigdy nie leżało w mojej naturze. Jestem bardzo silnie związana ze swoim wolnym czasem i ochoczo pokazuję środkowy palec, kiedy ktoś oczekuje, że będę jeszcze siedzieć w biurze, kiedy sprzątaczki zaczynają jeździć na odkurzaczu po ołpenspejsie. Tak, kiedyś było inaczej, ale nigdy nie miałam przeczucia, że waląc w laptopa po godzinach zamieniam się w korporacyjną Matkę Teresę i zbawiam świat. Za to niektórym skutecznie wmówiono, że są absolutnie nie do zastąpienia. Takie osoby czują się niezwykle potrzebne, kiedy dostają pierdyliard maili na dzień. Ja na sam widok koperty w prawym, dolnym rogu mam najczęściej odruch wymiotny. Czego znowuż? Niezastąpieni kroczą po biurze dumni jak paw, po godzinach generują kilotony nikomu niepotrzebnych slajdów, a później opowiadają przy ekspresie do kawy [z udawaną nonszalancją] jak do podpisali Bardzo Ważną Umowę. Zamiast pompowania korpoego pod firmowym kiblem, powinni iść do domu, wyrzucić śmieci, włożyć kapcie i zaspokoić żonę przed snem. To taka współczesna forma niewolnictwa, ale kajdany zakłada sobie każdy sam podpisując umowę hipoteczną. Ja sama jestem książkowym przykładem takiego kmiota.

Nie chcę obudzić się pewnego dnia z ziemistą cerą, podkrążonymi oczami i laptopem w łóżku. Wolę leniwe poranki w szerokich ramionach i szorstkością nieogolonego policzka przy szyi. Naprawdę mam głęboko w dupie czy Szef Wszystkich Szefów zapamiętał mnie w czasie arcynudnej i nadętej kolacji firmowej. Im dłużej pracuję, tym częściej łapię się na tym, że dopóki korporacja przelewa mi regularnie zacną pensję na konto to mogę nawet siedzieć i zmieniać czcionkę na slajdach i wcale nie będę się naburmuszać, że to poniżej moich kompetencji-srencji.

Dostałam feedback, że wywracanie oczami i zadawanie podchwytliwych pytań w czasie spotkań z osobami postawionym wyżej ode mnie w łańcuchu pokarmowym nie do końca jest mile widziane. Siberry, not everyone is as sharp as you and you make them feel like idiots. Not sure if you are doing this intentionally or not. Nigdy nie uważałam, że jestem jednostką z jakimiś ponadprzeciętnymi zdolnościami, ale za to moje pokłady cierpliwości do półgłówków są mocno ograniczone. Cały czas twierdzę, że pracę w korporacji mógłby równie sprawie wykonywać student pod warunkiem, że zioło jarałby tylko w weekend, przychodził na kacu do pracy góra dwa razy w tygodniu i tylko czasami pomyślał. Wychodzę założenia, że firma płaci mi przede wszystkim za myślenie, a nie sprawne wciskanie guzików. Zwinne palce przydają się w nieco innych okolicznościach przyrody. Ostatnio po godzinach odstawiam swój pieprzony pragmatyzm na bok i do akcji wkraczają zmysły podrasowane krążącym we krwi białym, lekko schłodzonym winem.

23:59, siberry
Link Komentarze (6) »
wtorek, 30 sierpnia 2011

Jak tam? Tęsknicie trochę?

Sorry, ale byłam zajęta pogłębianiem stosunków polsko-hiszpańskich oraz jeździłam rowerem po Paryżu. Byłam również intensywnie rozpieszczana przez dwóch facetów na raz. Gotowali dla mnie kolacje, poili szampanem, przynosili truskawki, spieniali mleko do porannej kawy, robili śniadania [Sib, I made eggs, but was not sure if you like them, so I also went to the bakery for a fresh croissant for you] i dzięki nim odkryłam zakamarki Paryża, których nie ma w żadnym przewodniku. Trochę dziwnie czułam się pomiędzy dwoma kogucikami wyrywającymi sobie butelkę, żeby dolać mi wina w trakcie kolacji, ale nie będę kłamać - zamiana w rasową principessę przyszła mi niezwykle łatwo. Myślę, że mogłabym się przyzwyczaić do haremu. Za to do tego, że w sklepie mówią do mnie per madam, a nie mademoiselle, to już niekoniecznie. 

Aktualnie nienawidzę kartonów. Wiecie ile bubli można nazbierać na kwadracie? TYYYYYYLE. I jeszcze trochę.

To już w środę. W ŚRODĘ. Jezu. Trochę trzęsę portami.

01:56, siberry
Link Komentarze (7) »
czwartek, 25 sierpnia 2011

Jestem w knajpie z Hiszpanami - sztuk siedem. Przedział wiekowy 35-40. Większość to typ latin lovera. Jeden z nich, który już od jakiegoś czasu mieszka w Warszawie, opowiada mi jak to bardzo chciałbym poznać fajną Polkę - gdzie "fajna" sprowadza się głównie do posiadania blond włosów.

- Just blond? Any other casting requirements - like age limit or something? 

- Sib, for women there is no age limit. There is only weight limit.

09:32, siberry
Link Komentarze (11) »
wtorek, 23 sierpnia 2011

Za tydzień o tej porze mój dobytek życia [ciuchy, szpilki, książki, płyty, otwieracz do wina, blender, kruszarka do lodu oraz sokowirówka] będzie już spakowany w kartonowe pudełka. Ja pewnie będę siedzieć na parapecie, pić kieliszek białego wina i wpatrywać się zza firany rzęs w panoramę Warszawy. Ze łzami w oczach.

Masz to co chciałaś, masz, tego szukałaś, na to czekałaś?

Ponoć jestem do bólu konsekwentna. Konsekwentna w zaczynaniu wszystkiego od początku. Przez ostatnie miesiące nie miałam czasu żeby pobyć sama ze sobą, z tym co siedzi mi w głowie i z trupami, które ukryły się gdzieś na dnie szafy. Kolejne karty pokładowe, lotniska i hotele, których nazw już teraz nawet nie pamiętam. Byłam zbyt zajęta dbaniem o to, żeby nie rozsypać się na milion kawałków. "Jesteś taka dzielna" kosztuje tak cholernie dużo. Nienawidzę tego, że mój domek z piasku zwany zaufaniem, misternie budowany ziarnko po ziarnko, budowany z każdym dotykiem, pocałunkiem, drżeniem rąk, słowami, w które naprawdę wierzyłam, rozsypał się w ułamek sekundy. Nie potrafię go znienawidzić, ale też nie potrafię mu wybaczyć, a tym bardziej zapomnieć. Ponoć czas leczy rany, ale te szpecące blizny pozostają. Z powrotem schowałam się do swojej skorupy, okopałam się i dla pewności wydrążyłam jeszcze głęboką fosę. Może wyjazd to jest faktycznie "ucieczka", a może po prostu chęć udowodnienia sobie, że wszystko jest w zasięgu ręki. To i tak nie ma znacznie - nigdy nie zagrzałam długo w jednym miejscu. Zostawiasz zapachy, smaki, wspomnienia, miejsca, ludzi, zanim oni zostawią ciebie. Byłam niezwykle pilnym uczniem w dzieciństwie. Cholernie boję się, że już nie pozwolę nikomu się oswoić. Bo tak jest bezpieczniej, bo tak nie boli, to tak nie można się sparzyć. Jedyna nadzieja w tym, że bardziej od użalania się nad sobą, nienawidzę tego jak ktoś się poddaje.

"Let's say you wait and wait until the lion comes, but it never does. Would you wait for the lion or take the giraffe?

I'd wait for the lion."

Jestem z tych co czekają na lwa. Czasami tylko zastanawiam się, a co jeżeli lew nigdy nie przyjdzie? Za to idzie ta bura suka. Jesień. Ona zawsze przychodzi.

00:56, siberry
Link Komentarze (7) »
piątek, 19 sierpnia 2011

Zle się dzieje w państwie duńskim. Przymierzyłam sukienkę i tak obiektywnie wyglądam w niej jak salceson. Chodzę regularnie [regularnie czyli od miesiąca] na fitness i próbuję nie zabić trenerki wzrokiem, która nie wiedzieć czemu zapamiętała moje imię. Teraz uroczo wydziera się na całą salę: Siberry, NOGA WYŻEJ! Siberry, JA WSZYSTKO WIDZĘ! kiedy ja jestem z siebie niezwykle dumna, że nadal wyczuwam tętno, bo to oznacza, że moje prośby nie zostały wysłuchane i jeszcze nie umarłam na czerwonej macie w dusznej sali gimnastycznej z wielkimi lustrami.

Trzeba podjąć bardziej drastyczne kroki. Zero żarcia po osiemnastej, bo wesele to jedno, ale miałam taki plan, że jak wejdę do biura pierwszego września anno domini w niebotycznych szpilkach i dopasowanej sukience [mam zamiar przenieść ruskie standardy dress code nad Tamizę] to nikt nie będzie mnie kojarzyć jako "that new girl from Poland? Holand? whatever" tylko jako "that new, smokin' hot chick Siberry". Zawartość bokserek alfa samców niekoniecznie musi natychmiast twardnieć na mój widok, ale wiecie, w nowej pracy trzeba mieć priorytety. Moja Mamusia bardzo się ucieszyła, że jednak nie wyjeżdżam do Azji, tylko do Anglii "bo stamtąd mam, większe szanse, żeby sobie przywieźć męża". No.

Nie ma tak drugiego, zawistnego stworzenia jak kobieta. Kobiety nieustannie się porównują i oceniają. Oceniają która ma większy tyłek, mniejsze cycki, krzywy nos, więcej zmarszczek wokół oczu, odrosty i cellulit na udach. Teraz to nawet w ciąży nie można zbytnio przytyć, a do "wagi sprzed" trzeba obowiązkowo wrócić przed powrotem do pracy z urlopu macierzyńskiego, bo inaczej obrobią ci tyłek przy parującym ekspresie do kawy popijąc lavazzę z obowiązkowym, niskotłuszczowym mlekiem. Uwielbiam patrzeć na piękne kobiety i w myślach wymieniać się z nimi częściami ciała. Lubię sobie też myśleć, że te eteryczne, długonogie, w rozmiarze 36 są mniej inteligentne, a już na pewno mniej zabawne ode mnie. Czasami to nawet sobie myślę, że są głupie i gdyby nie silikon i wstrzyknięte wypełniacze to na pewno byłby też puste, ale to tylko czasami i tylko przez chwilę czuję się wtedy lepiej. Gdyby kobiety stroiły się dla facetów [a nie dla innych kobiet] to non-stop chodziłyby w opiętych kieckach z dekoltem do pępka nie przejmując się paroma zbędnymi kilogramami tu i ówdzie, bo męski wzrok i tak skoncentrowałby się niczym radziecki peryskop na strategicznych miejscach: cycki i tyłek. Reszta jest mało istotna. Za to kobieta dostrzeże każdą najmniejszą niedoskonałość i powie: śliczną masz sukienkę, ale tak ci się trochę marszczy na brzuchu.

18:20, siberry
Link Komentarze (6) »
czwartek, 18 sierpnia 2011

Mój brat postanowił przejść na ciemną stronę mocy. Osoba, która przez całe życie mówiła, że nigdy w życiu nie weźmie ślubu, a już na pewno kościelnego już niedługo grzecznie przemaszeruje przed ołtarz i nawet da się skropić wodą święconą [ciekawie czy będzie taki odgłos pssst pssst jak kropelki wylądują na jego grzesznym czole]. Najważniejsze jest to, że narzeczeni są w sobie obrzydliwe zakochani i szczęście wypływa im uszami i wyjątkowo nie ma w tym nawet odrobiony ironii. 

Jednak zupełnie nie rozumiem tego cyrku W CZYM IDZIESZ NA WESELE? No jak to w czym - w sukience. Ale skąd ta sukienka? No, z szafy. Jak to?! Nie uszyłaś sobie sukienki specjalnie na tę okazję? Nie, uważam że moja ulubiona sukienka jest godna tego, żeby zaszczycić swoją obecnością ślub brata. W jakim kolorze jest sukienka? Czerwona. Czerwona?! Nie wiem czy wypada. Jasnej nie można, bo "nie wolno robić konkurencji pannie młodej", czarna nie, bo "to kolor na pogrzeb", więc zostaje kanarkowa na Elżunię II lub czer-wo-na. A masz już buty, torebkę i biżuterię?! Nie zastanawiałam się nad tym jeszcze, ale coś na pewno się znajdzie. Jezu, a masz już chociaż bieliznę? To na ślub trzeba mieć specjalną bieliznę czy sugerujesz, że powinnam sobie kupić wyszczuplające gacie i rajstopy spłaszczające tyłek? 

Zostałam prawie wyklęta z rodziny, bo powiedziałam, że nie zamierzam umówić się na makijaż i fryzurę. Nie wiem czy nie powinnam się obrazić za tę delikatną sugestię, że bez pudla, tfu hollywoodzkich loków na głowie i tapety nałożonej profesjonalnymi pędzelkami byłabym mniej "wyjściowa". Ja cały czas myślałam, że chodzi o to, żeby celebrować i cieszyć się szczęściem młodej pary, a nie uczestniczyć w konkursie na najbardziej odpicowanego gościa. Dla świętego spokoju nabyłam drogą kupna promocyjny bon na makijaż, który na pewno spłynie mi do wieczora, ale co tam. Intensywnie rozmyślam również nad fryzurą, bo to ponoć też jest kluczowa decyzja do podjęcia przy stylizacji weselnej. Ostatnio niebezpiecznie zaczął podobać mi się warkocz Julii Tymoszenko, ale obawiam się, że wtedy mogłabym zostać posadzona przy stoliku razem z orkiestrą.

21:30, siberry
Link Komentarze (26) »
środa, 17 sierpnia 2011

Jestem z siebie niezwykle dumna. Zacisnęłam poślady i pojechałam nad morze furą. Sama i bez nawigacji. NA KOLANA. Tak wiem, że droga nie jest wybitnie skomplikowana - trzeba jechać cały czas do góry [czytaj: na północ], tam gdzie na mapie jest taki duży, niebieski kleks [czytaj: morze]. Nie dość, że trafiłam to jeszcze nie odnotowano na całej trasie ofiar w ludziach i zwierzętach, ani pozostałych aktywach. Niemniej jednak, ostatni raz byłam tak dumna siebie gdzieś w okolicach szóstej klasy podstawówki, kiedy to na oczach starszych kumpli udało mi się rozbujać huśtawkę do podbitek i z niej wyskoczyć nie łamiąc sobie przy tym karku i nóg, tylko przedzierając białe podkolanówki.

Nic nie równa się ze smakiem piwa z sokiem nad morzem. Morze to coś co kocham miłością absolutną, bezgraniczną i dozgonną. Jednych jara chodzenie po górach, ja uwielbiam zatapiać bose stopy w sypkim piasku i po prostu wpatrywać się w fale. Jednak smak whisky na lodzie pitej na plaży o czwartej nad ranem to jakieś nowum. Zwłaszcza kiedy za plecami ma się okrągły księżyc w pełni konkurujący gabarytami z moim tyłkiem, a przed sobą wschodzące słońce. Jeżeli dodam do tego siedzenia na leżaku tuż przy linii brzegu w odległości, która pozwala pisać palcem po piasku, ale nie pozwala, aby zimne fale podmywały stopy to mamy komplet idealny. Takie noce zdarzają się zbyt rzadko.

Z obserwacji luźnych:

Ostatnio posortowałam muzykę, której najczęściej słucham zgodnie z alfabetem. Okazało się, że króluje literka "J": Johnny Cash, James Blake, Janerka, Joss Stone, Jay-Z, Jose Gonzalez, Jamie Woo i Janis Joplin.

Mój pierwszy chłopak pisał do mnie codziennie [tak, CODZIENNIE] listy. Takie prawdziwe, na papeterii, ze znaczkiem i odurzającą wonią perfum odczuwalną tuż po łapczywym rozdarciu koperty. Było w tym coś magicznego - to wyczekiwanie na listonosza i maniakalne kolekcjonowanie wszystkich listów w specjalnym pudełku. Teraz pisze do mnie jedynie bank, ale oni nie perfumują kopert tylko dorzucają kawał żelastwa.

Moje koleżanki zaczynając zdradzać swoich mężów. Oni zaczęli to już robić dużo wcześniej. Wierność małżeńska jest jak mamuty, albo dziewice w gimnazjum. Wszyscy o tym słyszeli, ale nikt na własne oczy nie widział. A ja jakby na przekór nadal naiwnie wierzę, że po wewnętrznej stronie obrączki zamiast daty można wygrawerować semper fidelis i się tego trzymać.

15:39, siberry
Link Komentarze (12) »
środa, 10 sierpnia 2011

Kiedyś życie było proste. Największym dramatem był brak ketchupu [błagam tylko nie "keczapu"], bo przecież - z do tej pory niewyjaśnionych przyczyn - ketchup był obowiązkowym dodatkiem do każdego studenckiego dania [z jajecznicą włącznie]. Było mało nakazów, jeszcze mniej zakazów, a głównym celem imprezy było sprawdzenie ile piw potrzebujesz żeby się porzygać. Skrzyknięcie ekipy na wieczorne wyjście, albo chociaż wspólne przewalanie się na kanapie przed telewizorem zajmowało góra piętnaście minut, czyli tyle ile przejażdżka tramwajem [niekoniecznie zwanym pożądaniem] do ustalonej miejscówki.

Spontaniczność umarła wraz z sakramentalnym tak wypowiedzianym przez Twojego najlepszego przyjaciela, a jej szanse na cudowne zmartwychwstanie zostały bezpowrotnie unicestwione z pierwszym krzykiem pierworodnego potomka. Teraz trzeba umawiać się z co najmniej dwutygodniowym wyprzedzeniem bo przedszkole, siłownia, szczepienie, raport do zrobienia na wczoraj, urodziny cioci, albo służbowa kolacja. Nie można pić wina do rana [większość karmi piersią, ja muszę tylko zawlec swój zad do biura]. Nie wypada dzwonić w środku nocy nawet jeżeli jest jeden z tych wieczorów, kiedy jest Ci tak zwyczajnie źle, bo świat jest do dupy, a poza tym czujesz się brzydka, gruba i komar użarł Cię tuż nad wargą, więc wyglądasz jakbyś miała opryszczkę wielkości supernowej. 

Uczucia muszą być zapięte na ostatni guzik. Nie można rzucić talerzem o ścianę, albo tańczyć na stole, bo schowają Cię do szuflady z etykietą "niegroźna wariatka", albo od razu powędrujesz do zsypu dla trędowatych, czyli "samotnych" w okolicach trzydziestki. Uczucia można okazywać co najwyżej skandując pod Pałacem "Tu jest Polska!", albo kiedy ktoś próbuje wcisnąć się na krzywy ryj do kolejki po taksówkę na Okęciu. No ewentualnie, kiedy obierasz telefon od kogoś, o kim się myślało, że już dawno nie żyje, bo nie ma konta na fejsbuku. Włóczenie po knajpach w pewnym wieku zaczyna uwłaczać Twojej godności - czasami widzisz to w tych lekko pogardliwych spojrzeniach osób, które w piątek wieczorem zajmują się prasowaniem koszul dla spolegliwego Misiaczka na nachodzący tydzień. Oni planują co ugotować na niedzielny obiadek, ja zastanawiam się czy pojechać na konie, posiedzieć przy winie i dokończyć czytać książkę, czy też może pokręcić tyłkiem na zatłoczonym parkiecie i wrócić taksówką, kiedy na dworze będzie już jasno, a mi już będzie wszystko jedno. Poza tym nie wiem czy wszyscy zauważyli, ale Franciszek [ten szwajcarski] okazał się niezłym Judaszem. Mam focha na ser z dziurami, scyzoryki i nigdy więcej nie zjem Milki. Tfu, tfu, tfu.

Tak wiem, pierdolę dzisiaj głupoty, ale opadły mi ręce i cycki i wszystko, bo po kilku miesiącach kupiłam nowy kinkiecik do sypialni [poprzedni zakończył swój żywot w bliżej niewyjaśnionych okolicznościach] i nie umiem go zamontować. Tam są jakieś kable.

23:40, siberry
Link Komentarze (15) »
wtorek, 09 sierpnia 2011

Kiedy przyjeżdża Najwyższy z Najwyższych [rangą, nie wzrostem] większość osób popada w amok i z (w miarę) normalnych osób zamienia się w głównych bohaterów The Mappet Show [korpo ediszon]. Malowanie trawy na zielono to nic. Trzeba wymienić logo firmy smutnie wiszące na brudnej ścianie od lat, na obiad zaserwować szparagi zamiast pospolitego schabowego z mizerią oraz przeprowadzić rozmowę z zespołem co wolno, a czego nie wolno mówić nawet pod groźbą tortur, przypalania i sporadycznego podtapiania. Na tego typu spędach z senior leadership po jednym spojrzeniu jestem w stanie powiedzieć kto zajmuje jakie miejsce w korporacyjnymi łańcuchu pokarmowym.

Planktony to osoby zajmujące operacyjne stanowisko, którym się wydaje, że zostały stworzone do wyższych celów. Mają tak rozdmuchane ego, iż są święcie przekonane, że w niedalekiej przyszłości będą rozstawiać pół wrzechświata po kątach, w stopce maila wpiszą jakiś Bardzo Ważny Tytuł [na przykład Pan i Władca Czegokolwiek] i będą dostawać orgazmu czytając swoją wizytówkę tuż przed zaśnięciem. W biurze na co dzień obowiązuje casual dress code, czyli można ubrać wszystko pod warunkiem, że nie widać zbytnio cycków i z tyłu nie wystaje ass crack. Nikt nie przychodzi w garniturze poza dwoma wyjątkami: spotkanie z klientem lub rozmowa o pracę u konkurencji. Jednak na spęd z grubymi rybami, Planktony zawsze przychodzą odpicowane. Spodnie w kant, marynarka, koszula, spinki, krawat, włoski gładko zaczesane a la Vito Corleone, buty wypastowane tak, że mogą mi posłużyć za lusterko, jakby nie patrzeć: ubrane tak jak na własne wesele tudzież pogrzeb. Nie rozumiem, dlaczego miałabym się specjalnie stroić tylko dlatego, że przyjeżdża jakiś bufon z centrali żeby uraczyć nas kilkoma okrągłymi zdaniami i zaprezentować slajdy, które i tak już wszyscy kiedyś widzieliśmy. Poza tym bufon tak naprawdę marzy tylko o tym, żebym jak najszybciej ewakuować się do hotelu i uderzyć do baru na driny z polską wódką.  Na spotkanie Planktony przychodzą wcześniej, zajmują miejsca w pierwszym rzędzie, są zwarte i gotowe do zadania ówcześnie przygotowanych pytań. Pick me! Pick me! Taki lizus tudzież dupowlaz w wersji korporacyjnej. Ja zawsze zajmuję strategiczną pozycję na samym końcu sali w loży etatowych szyderców. Tam zazwyczaj jest kawa i ciasteczka. Czasami kanapeczki. Darmowe żarcie to jedyny, namacalny plus wizytacji dupków z centrali.

I co oni wyczyniają w tym Londynie? Wozy pancerne na ulicach? Seriously?! Zastanawiam się czy nie renegocjować pensji za zsyłkę w niestabilne regiony. Może zamiast szpilek spakuję do bagażu butelki z benzyną i kamienie.

12:33, siberry
Link Komentarze (5) »
niedziela, 07 sierpnia 2011

Leniwe, niedzielne śniadanie. Świeżo wyciskany sok z żółtych, aromatycznych grejpfrutów i serek wiejski. Kawa z dużą ilością mleka pita na balkonie. Na obiad pierś z kurczaka, z ostrym czoskiem, suszonymi pomidorami i mozzarellą [dopływ gazu niepotrzebny]. Rozpieszczam się, ale też daję sobie wycisk. Przeprosiłam się z najnudniejszą aktywnością fizyczną na świecie ever [czytaj fitness] i grzecznie stawiam się na zajęcia z wymachiwania 15 razy lewą i prawą nogą. Nudzę się niemiłosiernie, ale zakwasy następnego dnia przypominają mi o istnieniu mięśni, o których już dawno zapomniałam. Potrafię być zawzięta i konsekwentna. Do bólu.

Wyjechałam samochodem w trasę. Trasa w moim przypadku oznacza opuszczenie terytorium znajdującego się w promieniu 20 km od mojego kwadratu. Jakieś 30 km od Warszawy nawigacja odmawia współpracy i pokazuje mi środkowy palec [w domyśle czarny ekran, czyli "ciemność, widzę ciemność"]. Jadę dalej prosto z nadzieję, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, albo chociaż do jakiegoś punktu, który rozpoznam typu PKiN, Arkadia, no ewentualnie Most Świętokrzyski. Zapala się kontrolka rezerwy paliwa. Przedzieram się w strugach deszczu i zastanawiam się ile kilometrów mogę jeszcze przejechać. Wciskam wszystkie guziki w cockpitcie z nadzieją, że gdzieś wyświetli się ta bezcenna informacja, bo przecież nie będę tankować samochodu w deszczu. Duuh. Zamiast zasięgu udaje mi się zupełnie przez przypadek zmienić czas z zimowego na letni [rychło w czas]. Za kierownicą samochodu Zosia Samosia idzie do kąta, a ja przeistaczam się w blondynkę totalną. Naprawdę wolę występować w roli pasażera i nie chodzi mi tutaj o zaawansowaną 'księżniczkowatość' w stylu zawieźć mnie, obierz mnie. Facet za kierownicą to facet. Lubię zdecydowaną, dynamiczną jazdę, ale bez zgrywania chojraka i taniego pisku opon. Taka jazda jest cholernie seksowna. Niby nic nadzwyczajnego, ale mnie kręci. Wrrrr.

W ramach paka padarku od towarzyszy z Rosji dostałam między innymi książkę "Russian Cuisine" z dedykacją: "There was no Georgian book - sorry, Sib!". Codziennie sprawdzam ceny biletów do Tbilisi, ale linie lotnicze najwyraźniej upadły na głowę i to na jakiś konkretny kawałek betonu. Nie pozostaje mi nic innego niż sprawdzić gruzińską kuchnię serwowaną nad Wisłą.

Nie mogę przestać oglądać tego filmu. Rakieta pozytywnej energii zamknięta w 60 sekundach. Ja też tak chcę! No Chłopaki, zabierzcie mnie następnym razem? Please, pretty please.

15:24, siberry
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u