RSS
niedziela, 29 lipca 2012

Rzadko wrzucam zdjęcia na blogaska, ale co tam, rozpieszczę Was trochę w niedzielę.

To jest TOWER [nie mylić z London!;)] BRIDGE w wydaniu olimpijskim:

A tu w wydaniu sezamie otwórz się [kółka się schowały o tam o - na górze, widzisz?]:

Oraz w statystykach widzę, że ostatnio sporo osób szuka linka do archiwum. Otóż link do archiwum niet.

14:50, siberry
Link Komentarze (3) »
sobota, 28 lipca 2012

Kiedy w piątek jechałam do pracy przyklejona całym ciałem do rozsuwanych drzwi w metrze mój wzrok przyciągnął napis This station will be exceptionally busy during the Olympics. Ciekawe jak oni chcą tu upchnąć jeszcze więcej ludzi, bo moim zdaniem, stan krytyczny ładowności tych metalowych puszek bez klimatyzacji osiągnęliśmy już kilkaset kilogramów mięsa armatniego temu. Jedyna nadzieja w tym, że większość Londyńczyków postanowiła opuścić miasto na czas Igrzysk Olimpijskich, bo i bez tego wszyscy tubylcy mają dość "bloody tourists". Jak się dowiedziałam w biurze, tacy turyści za wolno chodzą, rozkładają mapy tuż po wyjściu z metra blokując swobodny przepływ lokalnej ludności, ciągle pytają gdzie jest kwadrat Elżbiety II, i stoją po lewej stronie ruchomych schodów, a przecież wiadomo, że stać można tylko i wyłącznie po prawej stronie i co najważniejsze - nie potrafią ustawić się prawidłowo w kolejce, a "an Englishman, even if he is alone, forms an orderly queue of one". 

Oglądałam otwarcie Igrzysk, bo to będzie temat numer jeden przy korporacyjnym wodopoju w poniedziałek. Myślę, że większość świata mogła jednak nie zrozumieć koncepcji zamienienia Stadionu Olimpijskiego w pastwisko dla owiec. Zielone wzgórze z drzewem na szczycie, stogi siana, kręte strumyki i kobiety w czepkach na głowie i koszulach nocnych do kostek miały przypominać scenerię rodem z malowniczej brytyjskiej wsi, ale obawiam się, że przeciętny telewidz wsuwał popkorn, popijał go colą i myślał sobie WTF?! Kto ma numer do dealera reżysera tej całej ceremonii otwarcia?! Bardzo podobał mi się wstawka z Bondem [kto by pomyślał, że Elka ma taki dystans do siebie],rozbawił mnie Jaś Fasola, a znicz olimpijski wydawał mi się jakąś marną, nowoczesną popierdółką, dopóki wszystkie lejki nie połączyły się jednym płomieniem i wtedy zrobiłam łał. Nie podejmuję się próby analizy wstawki z NHS i tańczącymi pielęgniarkami, ani nawet luźnej interpretacji co autor miał na myśli, bo to zdecydowanie zadania dla specjalistów z lek. med. przed nazwiskiem.

Dzisiaj w okolicach szesnastej, Polska zajmowała czwarte miejsce w klasyfikacji medalowej. Zatem kredka kibica zakupiona w czasie Euro, może jeszcze się przydać, zwłaszcza, że mam bilety na męską siatkówkę, elo.

Oraz przyznam się, niieco przerażają mnie te jednookie "maskotki" olimpijskie. Sorry, ale znacie fajną bajkę o cyklopie? No właśnie, ja też nie. Chociaż ja dopiero niedawno przestałam bać się laleczki Chucky, więc może nie jestem dobrym benchmarkiem. W każdym razie maskotki od których ewidentnie promienieje zuo, wyrosły w mieście gęściej niż krasnale ogrodowe w Turyngii, więc wracając wieczorem do domu trzeba mieć się na baczności. 

Zadziwia mnie ilość pytań na temat tego, czy nie boję się ataku terrorystycznego w Londynie. Nie myślę o tym, bo umrzeć można nie wychodząc z domu, ale dzisiaj, kiedy kot koleżanki wywołał małe trzęsienie ziemi niespodziewanie skacząc mi rano na poduszkę, obudziłam się przerażona z myślą TALIBOWIE ATAKUJĄ! Wstrętny sierściuch. Za karę nie było mizianka po śniadaniu.

22:06, siberry
Link Komentarze (2) »
czwartek, 26 lipca 2012

No więc mam problem. Nie wiem jakim cudem mam zwlec się z łóżka za cztery godziny, nałożyć na ryło zacną warstwę mejk-apu, wciągnąć na swój tłusty tyłek jakąś ołówkową spódniczkę, odziać cycki w biustonosz dobrany przez profesjonalną bra-fiterkę i udawać przez kolejne dziewięć godzin, że moim jedynym celem w życiu jest napieprzanie w laptopa i zwiększanie wartości dla akcjonariuszy. Drogie Bravo, jak żyć?

Dzisiejsze wyjście po pracy na burleskę w Southbank Centre to był bardzo dobry pomysł. Piękne kobiety w samej bieliźnie z piórami w tyłku, zmysłowo wijące się na scenie, z cekinowymi naklejkami zakrywającymi sutki to bardzo wciągające zjawisko. Lubię to! Baj de łej, gdzie można kupić takie sutko-naklejki? Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie? Za to poźniejsze szwędanie się po barach na Mayfair, poznawanie amerykańskich bankierów i picie drinów z wielkiej skrzyni skarbów wypełnionej owocami to był jednak zły, bardzo zły pomysł.

Zdecydownie jestem na drodze do korpo-piekła, gdzie będę musiała dzień w dzień produkować pierdyliard nikomu niepotrzebnych slajdów na staff meeting, albo generować tabele przestawne dla półgłówków, których przerasta funkcja logarytmiczna w excelu. Dobranoc.

03:50, siberry
Link Komentarze (8) »
niedziela, 22 lipca 2012

Lato, które pachnie świeżymi truskawkami, soczystymi cząstkami ananasa na śniadanie i rozgrzaną od słońca skórą.

Dni, kiedy z wielkim okularami na nosie łapczywie wystawiasz twarz do słońca, na stole bieli się kawa, a w tle słychać mocno chill-outowe dźwięki. Dni, kiedy chłodne strumienie prysznica przynoszą ulgę, a na nagie ciało zakładasz jedynie zwiewną sukienkę wiązaną tuż nad szyją. Dni, kiedy leżysz w parku i pod gołymi stopami wyczuwasz sprężyste źdźbła trawy. 

Wieczory, kiedy siedzisz na zewnątrz w cieniutkiej, jedwabnej bluzeczce, z karminową czerwienią na ustach, obok szumi Tamiza, a kelner z szelmowskich uśmiechem stawia na stole prosecco, którego wcale nie było w zamówieniu. Wieczory, kiedy w niezobowiązującej sukience pijesz na tarasie wino i jesteś jedyną osobą w towarzystwie, która nie kończyła Oksfordu.

Noce, kiedy stukasz szpilkami idąc przez London Bridge, co chwila wybuchasz perlistym śmiechem i zadzierasz głowę wysoko do góry, żeby zobaczyć pięć kół złączonych w olimpijskim uścisku. Noce, kiedy zasypiasz przy uchylonym oknie i odruchowo patrzysz w niebo myśląc, że jakimś cudem dostrzeżesz nad tym miastem gwiazdy.

Lato. Nareszcie. Czekałam tu na Ciebie. 

23:52, siberry
Link Komentarze (11) »
wtorek, 17 lipca 2012

Otwieranie Archwium X to trochę jak otwieranie puszki Pandory. To co jest w środku wydaje się być niezwykle intrygujące, ale przecież od samego początku wiadomo, że będą z tego tylko kłopoty.

Mężczyzna raczej ma świadomość, że będąc w okolicach trzydziestki nie jestem dziewicą [chociaż ostatnio dowiedziałam się, że takie cuda, choć na wymarciu, jeszcze sporadycznie występują w przyrodzie], tak samo jak ja doskonale zdaję sobie sprawę, że on kiedyś był na dziwkach. Jednak czy potrzebuję usłyszeć to z jego ust? Czy on chciałby usłyszeć szczegółowy opis mojego pierwszego razu? Niekoniecznie.

Wiadomo, że w pewnym wieku masz pewien bagaż doświadczeń, cały inwentarz związków długodystansowych, ale też sprintów z tego typu od zmierzchu do świtu, blizny, które widać na pierwszy rzut oka, ale też takie, które obrosły już całkiem konkretnym pancerzem. W związkowe tabula rasa można było pobawić się, wtedy kiedy pierwszy raz na ustach poczułeś gorzki smak wódki, a widok biegających koleżanek z klasy w szortach w czasie WF-u przyprawiał cię o mały zawrót głowy, czyli coś w okolicach wczesnego liceum.

Ja od pytań dotyczących Archiwum X trzymam się z daleka. Naprawdę wiedza na temat przebiegu mojego partnera, choć kusząca jest tak naprawdę zupełnie bezużyteczna. Ilość, o ile w ogóle podana liczba jest prawdziwa, świadczy jedynie o tym, czy ktoś się wyszumiał, czy też może wedle własnego uznania prowadził zakonniczy tryb życia.

Im więcej znasz szczegółów, tym bardziej zaczyna działać wyobraźnia, a porównywanie się do poprzednich partnerów to już czysty masochizm. Naprawdę nie chcę wiedzieć, że wszystkie jego byłe były krótkowłosymi, filigranowymi blondynami, lubiącymi hasać w przykrótkich kieckach do połowy uda, tak samo jak on zapewne nie chce wiedzieć, że to co mówią o śródziemnomorskim temperamencie to prawda.

A przy wysłuchiwaniu opowieści o nieszczęśliwej miłości, i ten jednej jedynej, the one that got away, otwiera mi się scyzoryk w kieszeni. Ogarnij się! Ona i tak nie była twoim ideałem, tylko wymuskanym wytworem twojej głowy, zwykłą fantazją, która po ślubie i tak przestałaby malować specjalnie dla ciebie usta na czerwono, spod sukienki po czasie zaczełyby wystawać lekko sflaczałe uda, a miłości francuskiej doświadczałbyś raz do roku, czyli jedynie w swoje urodziny. Jak pisze znana blogerka, po jakimś czasie trzeba i tak zapalić nową świeczkę.

Zamiast orać w przeszłości, spowiadać się ze swoich pierścionków zaręczynowych, wolę posłuchać o tym przy jakiej muzyce ubóstwia prowadzić samochód, co powoduje, że w żyłach gęstnieje mu krew, na jakim filmie ostatnio prawie płakał [wiadomo, że to prawie to taki eufemizm], dżizas, naprawdę wolę się dowiedzieć, czy je pomidorową z ryżem, czy z makaronem niż przebrnąć przez katalog jego byłych.

09:02, siberry
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 16 lipca 2012

Chodząc ulicami lubię mieć oczy szeroko otwarte.

Sprawia mi niezwykłą frajdę dostrzeżenie czegoś, na co być może większość osób nie zwróciłaby uwagi, bo są zapatrzeni w swoje smartfony, bo ciągną płaczące dziecko za rękę, bo spieszą się do domu zanim zacznie się kolejny odcinek The Apprentice, bo muszą zaspokoić żonę przed snem, bo muszą ukryć w szafie nową parę butów, zanim mąż wróci z pracy, bo coś tam coś tam [dowolne skreślić].

Tego ludzika udało mi się wypatrzeć na ulicach Londynu zimą tego roku:

 

A jego kumpla ustrzeliłam parę dni temu w Berlinie:

 

I tak, jestem z tego powodu niezwykle z siebie dumna :) 

 

****** Apdejt 23.07 anno domini ******

A tego ludzika wypatrzyła wieczorową porą red_herring w Mediolanie:

--------------------------------------------------------------------------------------------------

Jak ktoś jeszcze znajdzie ludzika gdzieś na świecie, niech podsyła na siberry(at)gazeta.pl. Dorzucę go do ziomali powyżej :) 

22:07, siberry
Link Komentarze (7) »

Bilans weekendu, to:

- epicki burdel. Ciągle i niezmiennie dziwi mnie brak umiejętności wyciągnięcia z szafy paru szmat i skompilowania outiftu, w którym mogłabym bez żenady wyjść do ludzi, bez robienia małego tornado na salonach.

- telefon z banku z działu Fraud Prevention. Przyznaje się Wysoki Sądzie, to byłm ja. To ja kupowałam w lokalnym sklepie winiarskim zaopatrzenie na domówkę ["Are you Spanish? No, why? Because you said "rjoha" and not "riodża" and you have bit of a Spanish look going on there in those red jeans, Seniorita"]. To ja kupowałam gin & tonic w klubie z widokiem na panoramę Londynu. To ja wypłacałam pieniądze w środku nocy, żeby wrócić taksówką do domu. To ja kupiłam najmniejszego, ale za to najdroższego kebab w swoim życiu w okolicach piątej nad ranem. Moja wina, moja bardzo wielka wina.

- stłuczony łokieć [próby nauki tanga w mocno nieprzyzwoitych godzinach, po mocno nieprzyzwoitych ilościach alkoholu to zdecydowanie zły, bardzo zły pomysł].

- utrata głosu. Upieram się przy wersji, że to z powodu dogorywającego przeziębienia, a nie prób przekrzyknięcia Hiszpanek [80% populacji domówki to byli toreadorzy i seniority, gwar jak w ulu], ani udawania, że znam słowa hiszpańskich szlagierów [takie discopolo made in Espana]. Mhmm osa, osa, aj sejci pero! 

- pokazowa, ale jednak nieco przymusowa lekcja pt. Sib, to facet prowadzi w tańcu, damn it! O ile kręcenie tyłkiem solo na parkiecie wychodzi mi całkiem apetycznie [Girl, you shake yo ass, like a black mama], o tyle w parze potrafię zatańczyć, tfu, to znaczy przedreptać poloneza [jak dla mnie polonez różni się od chodzenia, tylko tym, że "na raz" trzeba zrobić takie małe dyg i gotowe!] oraz specjalizuję się w tradycyjnych polskich tańcach weselnych znanych również jako wyrwij rączka. Tęsknym wzrokiem spoglądałam na Hiszpanki wijące się z wokół swoich partnerów z nieosiągalną dla mnie gracją i płynnością ruchów. To chyba musi być wyssane z mlekiem matki.

- totalnie bezproduktywna niedziela, wylegiwanie się na kanapie, zamiast wylewanie siódmych potów na siłowni i wyrzuty sumienia z tym związane.

Do sukcesów zaliczam brak drunk diala, tudzież sesemesa do duńskiego towaru eksportowego, który aktualnie zarywa śródziemnomorskie księżniczki i wystawia swój blady, acz skandynawski tyłeczek do słońca, gdzieś w okolicach Barcelony. Chyba się starzeję.

00:29, siberry
Link Komentarze (2) »
piątek, 13 lipca 2012

Trochę przydługa i lekko nudnawa historia, o tym jak straciłam wiarę w ludzkość, ale potem ją jednak odzyskałam.

A było to tak...

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami...no dobra już teraz bez beki.

Zupełnie przez przypadek dowiedziałam się, że jeden z moich ulubionych zespołów, gra jeden jedyny koncert w Londynie. Podskoczyłam z pięć razy w miejscu, zrobiłam gwiazdę, no dobra, gwiazdy nie było, ale faktem jest, że popędziłam do komputera z wypiekami na twarzy niczym totalna nastolatka, żeby natychmiast kupić bilet. Już witam się z gąską, już kilkam buy a tu nagle computer says no, biletów niet! Nie poddaję się. Przeczesuję internet z nadzieją, że jeszcze uda mi się gdzieś znaleźć taki jeden, ostatni, malutki bilecik, który wszechświat postanowił ocalić specjalnie dla mnie, ale wszędzie tylko mordor i mrok, czyli wielki, tłusty napis kłujący w oczy: concert sold out.

Wchodzę na eBay. Bilety są, ale ceny z kosmosu. Wchodzę na Gumtree i znajduję świeże niczym ciepłe bułeczki ogłoszenie osoby, która chce sprzedać dwa bilety za cenę, za którą sama je nabyła. Dzwonię. Po drugiej stronie słuchawki słyszę sympatyczny głos dziewczyny, która mówi, że przede mna zadzwonił jakiś koleś i że ma jej potwierdzić w przeciągu 15 minut czy bierze bilety, jeżeli tego nie zrobi, to ona z miłą chęcią mi je sprzeda. W ciągu tych piętnastu minut wymyślam w głowie kilka scenariuszy, co powinno się zdarzyć, żeby ów chłopak jednak nie mógł iść na koncert [tak, ze śmiercią włącznie]. Jednak w końcu na ekranie telefonu pojawia się upragniona wiadomość: The tickets are yours! 

Następnego dnia stawiam się punktualnie w umówionym miejscu, ale czuję lekki niepokój. Nie wiem czy dziewczyna się pojawi, czy przypadkiem się nie rozmyśliła, czy nie sprzedała biletów za podwójną cenę konikom krążącym wokół stacji metra niczym sępy. Podchodzi do mnie burza ognistych, rudych loków, w czarnej skórzanej kurtce, z dużymi brązowymi oczami i mówi: Siberry? I am happy you came! I already had 5 people asking me if I had tickets for sale... Szybko wyciągam pieniądze, prawie wyrwam bilety z jej ręki, ale pytam dlaczego nie idzie na koncert:
- My best friend stood me up and I didn't want to go alone, but I love them so much! I was dying to finally see them live...

Nie wiem dlaczego, ale robi mi się jej żal, bo autentycznie widzę, że na maska chciała iść na ten koncert. Sama sobie się dziwię, ale mówię:

- Listen, I wanted to buy just one ticket. I actually forced one of my friends to go with me tonight, but he has no clue who Incubus is, so that would be a waste of a ticket! Let me call him and check if he has already left the house....if he hasn't I am happy to give you one of the tickets back... You can also join me and my other friends to see the concert if you don't want to go alone...

- REALLY?! You would do that? OH MY GOD!!!

Wyciągam telefon i dzwonię do kolegi, którego zmusiłam siłą, tfu przekonałam zaawansowanymi technikami perswazji, żeby ze mną dzisiaj poszedł, ale on jak zwykle nie odbiera. Koncert zaczyna się dopiero za godzinę, więc umawiamy się, że zadzwonie do niej w przeciągu pół godziny i dam znać jaki jest status. Ona miała spotkać się ze swoim chłopakiem gdzieś w okolicy, więc w razie czego bez problemu będzie mogła do nas w miarę szybko dołączyć.

W końcu udaje mi się dodzwonić. Kolega nie ma nic przeciwko żeby zostać w domu, bo pada deszcz, jest zrąbany po pracy, musi się jeszcze wykąpać itepe i itede. Dzwonię do rudowłosej Kat i mówię, że bilet jest wolny, a a ona krzyczy mi do słuchawki ze szczęścia i upewnia się, że na pewno może iść z nami na koncert:

- Of course you can come along with us! Let's meet in 15 minutes on the queue to the venue.
- I'll be there! Oh my goooooood! AAAAAAA. Thank you, thank you. YOU ROCK!

Odkładam słuchawkę i czuję się niczym Święty Mikołaj, w końcu "Wigilia jest zawsze wtedy, kiedy my tego chcemy", czy jakoś tak.

Stoję ze znajomymi w kolejce. Mija 10, 15, 20 minut. Kat nie ma, ale pisze sesemesy, że na pewno będzie i dopytuje się, czy aby na pewno na nią poczekam. Spoko bez pośpiechu, kolejka jest długa. Mija 30 minut dochodzimy już do wejścia, więc mówię znajomym, żeby wchodzili, a ja poczekam na Kat na zewnątrz, bo nie wiadomo, czy pozwolą mi wyjść jak już wejdę do środka. 

Zaczynam się lekko denerwować, bo koncert zaczyna się za parę minut, a Kat jak nie było, tak nadal nie ma. Po chwili zamiast Kat przychodzi sms:

I am so sorry, but I am not going to make it. I got held up, I am so sorry Siberry...

Czytam raz, czytam drugi raz i nie wierzę, że mogłam być, aż tak naiwna. Poczułam się jak największy frajer w tej strefie czasowej. Jak mogłam się aż tak pomylić? A Mamusia zawsze powtarzała, że kto ma miękkie serce, ten musi mieć twardą dupę. Twardszą niż tyłeczek Jagienki, który jak wszyscy pamiętamy rozgniatał orzechy. Zostałam z dodatkowym biletem, bez możliwości sprzedania, czy nawet oddania go za darmo komukolwiek... Zapytałam nawet dwie osoby na ulicy, czy nie chcą w prezencie jednego biletu, ale spojrzały się na mnie jak na niegroźną wariatkę i oddaliły się pospiesznym krokiem.

Miałam ochotę wysmarować jaką maksymalnie złośliwą odpowiedź, opisać dokładnie co o niej myślę w tej chwili, ale wysyłam tylko krótkie:
- Not cool

Sam koncert był rewelacyjny. Widok Brendona szalejącego na scenie bez koszulki, ze strużkami potu spływającymi po gołej klacie i jego apetycznym brzuchu był jednak warty każdej ceny. Mniam, mlask oraz mrrau.

Koszt dodatkowego biletu wpisałam w straty, więc tym bardziej zdziwiła mnie wiadomość od Kat, którą dostałam następnego dnia rano:

Hiya, I am very sorry about last night! I would like to give you money back for the ticket if you were unable to get rid of it. My boyfriend and I broke up last night . He ruined my night and was mean and I was too upset to come. I regret this, but I felt so bad Siberry! If you can and you're happy to give me your bank details I'll transfer you the money. I hope you had an amazing evening! xoxo

Szacun? SZACUN.

11:36, siberry
Link Komentarze (8) »
czwartek, 12 lipca 2012

Trochę wciągnął mnie oflajn, ale melduję powrót. Co tam? Tęskniliście? 

W pracy niestety skończył się Projekt Plaża. Dostałam propozycję nie do odrzucenia, a mianowicie zostałam poproszona, żeby w okresie przejściowym przejąć obowiązki kobiety, która nagle pokazała środkowy palec i odeszła do konkurencji, bo tam dają o 30% więcej. Trochę pogrymasiłam, tupnęłam nóżką i zrobiłam niezadowoloną minę, bo wyrosłam już z łykania tanich tekstów, wyjętych żywcem z amerykańskich podręczników na temat zarządzania zasobami ludzkimi, w stylu you need to go the extra mile. Fuck the mile, dawać kasę! Ustalmy jedną rzecz: zasuwanie na dwóch stanowiskach za jedną pensję w żaden sposób mi się nie uzgadnia, a tym bardziej nie wpisuje się w mój obecny, mocno hedonistyczny lajfstajl. Całe szczęście okazało się, że jak zepnę poślady to jestem w stanie ogarnąć kuwetę w ciągu, no powiedzmy, całkiem przyzwoitych godzin pracy. Oczywiście nie omieszkam wytknąć, iż litościwie zgodziłam się zostać korporacyjną Matką Teresą w czasie rozmowy oceniającej i w zamian oczekuję splendoru, chwały, a najlepiej tłustego bonusa.

Oprócz tego jestem niezwykle pociągająca, więc leżę pod kocykiem, z kubkiem gorącej herbaty z miodem i cytryną i słucham sobie dyskografii Incubus, ale o tym później. Myślę, że wczorajsze całowanie się w deszczu przed stacją metra Camden Town z pewnym Duńskim towarem eksportowym mogło nieco przyspieszyć okres inkubacji wirusa, który po kolei wykańcza kolejne osoby z mojego ołpenspejsu. Towar eksportowy jest odpowiednich wymiarów (wiadomo, że prawdziwy mężczyzna zaczyna się od metra osiemdziesiąt), śmieje się z moich żartów, z jakiś dziwnych powodów jest zafascynowany moim J.Lo tyłkiem i co najważniejsze po brytyjskich bulsziterach z ich do bólu sztuczną etykietą, jest jak powiew świeżego powietrza, bo potrafi się odgryźć i nie siedzi wyprostowany jakby ktoś mu wsadził w zad wielki, sztywny pal. To chyba, CHYBA, można by zatagować jako to be continued, ale ciiiii.

A właśnie, a propos deszczu, to chciałam się pożegnać. Tschüs, paka, sajonara Żółwie! Jutro udaję się do amabasady Jamajki celem uzyskania azylu z powodu prześladowań na tle meteorologicznym. Zaprawdę powiadam Wam, ta wyspa lada dzień utonie. Deszcz dudni o mokre ulice dzień w dzień. Od 3 [słownie TRZECH] miesięcy.

21:49, siberry
Link Komentarze (7) »
niedziela, 01 lipca 2012
Gotowanie kolacji dla znajomych wcale nie przypomina scen z amerykańskich seriali, w których Pani Domu ubrana w czerwoną sukienkę, z nienagannym makijażem i idealnie ułożoną fryzurą, z kieliszkiem białego wina lawiruje w szpilkach pomiędzy kuchnią, a salonem, a w tle gra playlista ułożona tydzień wcześniej specjalnie na tę okazję. 

Miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze.

W piątek po pracy planowałam urządzić sobie rozkoszny spacer farmera z supermarketu na kwadrat. Miałam kupić wszystkie potrzebne produkty, schłodzić wino przez noc w lodówce oraz przygotować zalewę z odrobiny oliwy z oliwek extra dziewicy, ziół prowansalskich, limonki i czosnku, żeby cycki kurczaka mogły sobie w niej poleżakować i nasiąknąć aromatem ziół do rana. Za to w sobotę miałam pojeździć na szamcie, wyszorować kibel szczoteczkę do zębów oraz posiąść tajemną wiedzę obsługi miksera bez robienia rozbryzgu o zasięgu większym niż radziecki granat ręczny.

No więc w piątek wieczorem zamiast rozbijać się wózkiem pomiędzy alejkami, poszłam ze znajomymi postrzelać trochę laserami. Sib, you have to come! No dobra, ale tak tylko na godzinkę. Miałam świecącą kamizelką a la wczesny Rambo oraz gnata, który miał, aż pięć opcji unicestwienia przeciwnika i mówił do mnie defense, defense jak ktoś miał czelność we mnie trafić. Zamiast nacierać cycki oliwą...wróć! Zamiast nacierać cycki kurczaka oliwą, tarzałam się w ciemnościach po podłodze, przywierałam całym ciałem do ściany, próbowałam zdobyć bazę przeciwnej drużyny, w uszach dudniła mi głośna muzyka, a oczy łzawiły od sztucznego dymu. Zmartwychwstałam dwadzieścia razy, stłukłam oba kolana i tylko raz strzeliłam do kogoś z własnego teamu. Wypas! Później poszliśmy do pubu tylko na jedną, malutką, całkowicie niewinną  pajnt of beer. Oczywiście skończyło się na kręceniu tyłkiem na Soho, darmowych shotach tequili od barmana i powrotem nocnym autobusem do domu w bliżej nieokreślonej czasoprzestrzeni.
 

Budzę się rano. Razem ze mną budzi się kac. Przewracam się na drugi bok i myślę sobie, że przecież goście przychodzą dopiero na 18:30, więc na pewno wszystko zdążę zrobić. Wstaję w okolicy południa. Dokonuję heroicznego czynu i transportuję swoje zwłoki w kierunku sklepu. Wracam do mieszkania. Ściągam buty. Robię rozładunek towaru do lodówki. Zadkładam buty i wracam z powrotem do świątyni kapitalizmu. Ładuję do koszyka połowę rzeczy, o których zapomniałam przy pierwszym tour de supermarket. Wracając do domu przypominam sobie, że wczoraj wieczorem zostawiłam w barze marynarkę. A myślałam, że czasy gubienia co poniektórych części garderoby na mieście mam już dawno za sobą. Cumuję na kwadracie, ale nadal tęsknię za marynarką. W między czasie zadążyłam się już nieco zmęczyć życiem, więc zamiast faszerować kurczaka suszonymi pomidorami i mozzarellą, doprawić polędwiczki wieprzowe i wyciskać czosnek, siadam na kanapie, sprawdzam blogaska, ryjoksiążkę, oglądam najnowsze zdjęcia Miley w szortach oraz martwię się, że Katie dostanie tylko 15 mln USD od Tom'a. 

Patrzę na zegarek i nie wiem jak to się stało, ale nagle zrobiła się 16, w końcu time flies when you're having fun. Włączam trzeci bieg, zaczynam obierać, kroić, siekać. Gary buchają, leje się ze mnie pot. Jestem w amoku, nie wiem czy mam nakryć do stołu, zacząć sprzątać łazienkę, czy może lepiej wyprasować sobie jakiś ciuch na wieczór. Przypalam pieczarki z cebulką, bo zamiast mieszać w garach, robię z serwetek origami. Zamiast popijać sobie wino z kieliszka i patrzeć jak w piekarniku rumienią się grzanki z kozim serem, rukolą i szynką parmeńską, padam na kolana i ścieram niewiedzialne okruchy z podłogi w kuchni. Zamiast malować usta na intensywną czerwień, jeżdzę na szmacie i bawię się w Wodnika Szuwarka próbując odetkać zlewozmywak - sitko wylądowało na blacie, bo woda panience za wolno ściekała do wiktorańskich rur, no to teraz panienka ma za swoje!

Jest 18:15. Błagam, niech się spóźnią! Wpadam pod prysznic. Z odżwyką na głowie, szoruję kabinę prysznicową. Ociekam wodą, ale jedną ręką próbuję umalować rzęsy, drugą myję lustro w łazience. To się nazywa mulitasking. Z szafy wyciągam pierwszą rzecz, która wpada mi w ręce i zbytnio nie wymaga prasowania, włosy niedbale wiążę w koński ogon i wtedy słyszę dzwonek do drzwi. Zapalam świeczki, odpalam muzykę i mam ochotę zemdleć.

Pierdolę. Następnym razem zamawiam sushi na wynos.

23:27, siberry
Link Komentarze (8) »

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u