RSS
niedziela, 31 lipca 2011

Mój niezniszczalny road runner, czyli najzwyklejsza torba podróżna na kółkach, musiała dzisiaj zamienić się w amfibię. I pomyśleć, że przez całą podróż przyglądałam się z lekką wyższością very-trendi lalce w przedziale, która gotowała swoje very-trendi stópki w huntersach [to takie gumofilce tylko, że z logo]. A ona po prostu wiedziała, że w między czasie podziemia dworca przeistoczyły się w rwące dorzecze Amazonki. Może i nie zdążymy wybudować stadionów na Euro2012, ale zawsze możemy pochwalić się tym, że przy odrobinie deszczu, nasze dworce zamieniają się w dzikie aqua parki. Ot, taki lokalny folklor. Moim zdaniem, zupełnie niewykorzystany przez Biuro Promocji Miasta. 

Zresztą co ja tam wiem. Na pewno bardzo mało o promocji, a już o promocji własnej osoby to już na pewno nic. Big, fat zero.

Okazało się, że spośród dziewczyny, które zaszczyciły swoją obecnością mocno spontaniczne spotkanie "po latach" z ziomalami ze studiów jestem jedyna, która nie ma jeszcze męża i dzieci. Siberry, a co tam u Ciebie ciekawego? A nic, moim największym problem oprócz wyboru koloru lakieru do paznokci - jest to, czy na imprezę iść w piątek, w sobotę, czy też może i w piątek i w sobotę. Poczułam się trochę wykluczona z "circle of trust", kiedy na trzy-cztery w ruch poszły telefony i rozpoczęła się parada zdjęć w stylu: "bejbki w kąpieli", "bejbik uwalony czekoladą", "bejbki robiący kupę". Kiedy rozmowa zeszła na temat porodów ["Nooo coś Ty? Rodziłaś u Damiana?, Opowiedz! Opowiedz!"] to nie pozostało mi nic innego niż opuścić to urocze kółko dyskusyjne, dołączyć do facetów pijących wódkę przy drugim końcu stołu i od razu poprosić o dwa karniaki. Zwłaszcza, że wystroiłam się niczym rasowa, Ruska na krismes party. Szpilki, mała czarna, ogień na ustach i paznokciach. Niestety plan uwiedzenia mojej platynowej miłości z drugiego roku, zaciągnięcia go przed ołtarz, później do łóżka [lub na odwrót] i urodzenia mu małej drużyny piłkarskiej znowuż nie wypalił. Chyba muszę sobie dać z nim w końcu spokój. Niestety nic na to nie poradzę, że na jego widok miękną mi kolana i niezmiennie od paru lat dostaję palpitacji serca, kiedy on jest w zasięgu wzroku. To jest właśnie to walnięcie pioruna na które czekam, ale niestety pioruny mają to do siebie, że są krnąbrne i nie można ich zamawiać z dostawą pod konkretny adres.

Za to zbyt krótka sukienka podziałała dosyć pioronująco na innego osobnika, który powtarzał, że jesteśmy sobie przeznaczeni i że on jest przekonany, że zostanę jego żoną. Czytałam ostatnio co nieco o tym całym hedgingu, więc zawarłam z nim kontrakt terminowy: jeżeli do 35 roku życia nie znajdę sobie brand new narzeczonego to weźmiemy ślub. Wtedy nie będę już musiała uskuteczniać 'spaceru farmera' wnosząc siatki z żarciem, kiedy popsuje się winda, a na dwudziestoleciu matury mówić, że moim największym osiągnięciem jest otrzymanie karty Hon Circle w Miles & More.

23:35, siberry
Link Komentarze (7) »
środa, 27 lipca 2011

Rosja to duży kraj. Hiszpanie maja grande cojones, Rosjanie mają grande wszystko. Samochody wielkości radzieckich czołgów, ego większe od francuskiego zadufania, najbardziej zatłoczone metro na świecie, największe stężenie 12 cm szpilek na metr kwadratowy powierzchni biurowej, a szoty tequilli podawane są w małych szklankach [tak szklankach, nie kielonkach].

Dzisiaj zamiast opalać się przed ekranem laptopa i rozkoszować się chłodem płynącym z klimatyzacji [klimatyzacja - fuj, zarazki, bakterie, tak ja znaju, ale 34 stopnie w cieniu to lekka przesada, rajt?], zostałam zabrana na ekskursję do zakładu poza centrum dowodzenia wszechświatem [czytaj: Moskwa]:

- Sergey, is it far away?

- No, it's not far at all. Just 450 km.

No tak, to wcale niedaleko, rzut beretem, takie rosyjskie just around the corner. Po drodze mały pit-stop, zatrzymujemy się w Макдоналдс. Patrzę na menu i nie wierzę własnym oczom. W ofercie jest kanapka z KAWIOREM. Niezorientowanych antyglobalistów uprzejmie informuję, iż w Polszy mamy WieśMac'a, a kawior to możemy sobie co najwyżej pooglądać jak TVP puści powtórkę Jamesa-wstrząśnie-niemieszane-Bonda. Za to w Rosji, w dziurze zabitej dechami, gdzieś na trasie pomiędzy Moskwą, a Petersburgiem, siedzą sobie babuszki, jedzą kawior i popijają colę.

Dojeżdżamy do zakładu, a raczej ogromnego placu budowy. Z nieba leje się żar, a ja muszę w kasku [bye-bye ułożone włosy], okularach ochronnych [bye-bye eyeliner na górnej powiece] i ciężkich butach [bye-bye pedicure], zapierniczać dookoła betoniarek i koparek i udawać, że niezwykle interesuje mnie, gdzie będą ładować się ciężarówki, a gdzie będzie szambo. Kiedy już myślałam, że widzieliśmy już wszystkie dziury, porozwalne po całym terenie metalowe elementy/cegły/waty izolacyjne itepe itede, które były do zobaczenia i będę mogła udać się do pobliskiego baraku, wypić wiadro wody, znaleźć jakiś ciemny kąt i w spokoju umrzeć w wyniku udaru słonecznego, okazało się, że teraz to będziemy robić zdjęcia. Myślę sobie, spoko, ustawiamy się w szeregu pod ścianą jak na odstrzał, cykną dwa zdjęcia i pozamiatane, ale niet. Otóż okazało się, że w pobliżu jest baza wojskowa i bądą nam robić zdjęcia z helikoptera. Tak właśnie - z helikoptera. Przez dobre pół godziny machaliśmy do wszystkich bojowych śmigłowców przelatających nam nad głowami, bo ciężko było zgadnąć z którego akurat celują do nas obiektywem aparatu, a nie szipunowem. Obiecuję, że od dzisiaj już nie będę mieć odruchów wymiotnych jak ktoś na korpo-spotkaniu wyjedzie z tekstem: "we have to look at the issue from the helicopter view".

Miałam napisać jak to ostatnio zaobserwowałam, iż panowie z simlockiem na palcu mają dziwny zwyczaj zwierzania się ze swoich małżeńskich problemów swoim przyjaciółkom [w roli przyjaciółki występuję ja] oraz marudzić jacy to są nieszczęśliwi i samotni codziennie zasypiając obok kobiety, której kiedyś w galaktyce far, far away, z jakichś powodów wręczyli [z własnej i nieprzymuszonej woli] pierścionek zaręczynowy. Jednak nie napiszę tego wszystkiego, bo idę spłukać z siebie taczkę kurzu. Mam nadzieję, że tym razem nie włączy się alarm przeciwpożarowy, kiedy już będę pod prysznicem, bo potem mam dylemat: czy jak najszybciej ratować swój tyłek z [niby] płonącego hotelu, czy też może poczekać jeszcze dwie minuty, żeby odżywka do włosów dobrze się wchłonęła.

20:48, siberry
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 25 lipca 2011

Na lotnisku w Moskwie uderza mnie fala gorąca. Jest potwornie duszno, brakuje powietrza, wszystko stoi w miejscu, a już zwłaszcza czarne SUVy [koniecznie z przyciemnionymi szybami] w gigantycznym korku w kierunku centrum miasta. Temperatura osiąga ponad trzydzieści stopni Celsjusza, a ja czuję, że roztapiam się szybciej niż lód tuż przed okresem nawigacyjnym na Lenie. Latem, Rosjanki odkrywają ramiona, piersi, stopy, a szorty osiągają rozmiary mocno wyciętych gaci. No dobra, przyznaję się: gdybym miała takie nogi jak rosyjskie gazele mknące wzdłuż głównej arteri miasta, też bym bardzo często zapominała założyć spódniczkę wychodząc z domu.

Wieczorem obowiązkowe wyjście na kolację, a raczej suprę do mojej ulubionej, gruzińskiej restauracji [fuck diet: day 1]. Na stole ląduje wielkie chaciapuri z ciepłym serem, bakłażany nadziewane masą z orzechów i nasion granata, ser sulugumi zasmażany z pomidorami i cebulą oraz chiknali wypełnione mięsem i świeżą pietruszką [takie pierogowe 'sakiewki']. Do szczęścia brakuje aromatycznego białego wina z regionu [zakazane w Rosji, można czasami dostać "spod lady" szeroko uśmiechając się do kelnera o piwnych oczach].

- Saaaaajbery, let me teach you the proper, I mean the GEORIGIAN way, to eat a chinkali. Put away your knife and fork! You grab it with your fingers, you bite, suck out all the juices, swallow and only then can you eat the remaining parts.

- Bite, suck and swallow? Hm, somehow I gotta feeling I'll be a natural.

I wtedy nastała cisza.

Nie wierzę, że powiedziałam to NA GŁOS w czasie firmowej kolacji. Na kolana.

21:58, siberry
Link Komentarze (6) »
niedziela, 24 lipca 2011

Żarty się skończyły. Wprowadzam plan naprawczy. Celem będzie doprowadzenie siebie do stanu używalności, przywrócenie resztek godności i reputacji zakonnicy po ostatnich weekendowych ekscesach. Nie mam już szans żeby dołączyć do Klubu 27, ale do Klubu Kwadransowych Grubasów przy obecnym trybie życia jak najbardziej.

Nie będę już więcej pić szotów wódki, po wypiciu beczki piwa. Nie będę tańczyć na środku sceny i udawać, że zostałam nową dancehall queen. Nie będę kazała obcym facetom klęczeć przed sobą i całować się w rączkę w ramach przeprosin za nadepnięcie na moją stópkę. Nie będę grać z barmanami w "trzy kubki", gdzie monetę chowali pod przeźroczystymi [!] kuflami, a ja za swoją ponadprzeciętną spostrzegawczość wygrywałam orzeszki. Chyba nie muszę dodawać, że orzeszki były darmowe?   

Nie będę już więcej wychodzić z klubu z liściem palmy udając, że to mój wachlarz. Nie będę o czwartej rano jeść białej kiełbasy i prosić o dodatkową bułeczkę ["Sib, chodź - tu jest dobra, polska biała kiełbasa, albo śledzik, a nie kebab z kota"]. Nie będę podsuwać durnych pomysłów wstawionym kolegom na planking ["ej, ale na dachu kiosku to NA PEWNO nie dacie rady"]. Pisałam już, że nie będę pić szotów wódki? Lepiej powtórzę: nie będę pić szotów wódki. Wódka to ZŁO [bądź przeklęta razem z frankiem szwajcarskim na wieki, howgh].

W niedziele zamiast modlić się o rychłą śmierć i transportować swoje zwłoki na trasie łóżko-sofa w godzinach mocno popołudniowych, będę perfekcyjną panią domu. Będę gotować obiadki, jeździć na szmacie i polerować klamki. Będę zdrowo się odżywiać - jogurciki naturalne, cycki kurczaka, dużo warzyw i owoców [wino już nie będzie w kategorii "owoce przetworzone", czyli można pić do woli]. Będę machać hantelkami przynajmniej trzy razy w tygodniu. Zapiszę się na basen i będę wchodzić po schodach zamiast wozić tyłek windą.  

To co? Od jutra. No.

17:51, siberry
Link Komentarze (4) »
sobota, 23 lipca 2011

Zaprawdę powiadam Wam, nic nie łączy w życiu tak jak kajdany umowy kredytowej. Wspólne podpisanie cyrografu z bankiem na zakup wymarzonego gniazdka, wiąże bardziej niż pierścionek zaręczynowy, obrączki, zaślubiny i przysięgi składne w białej, bezowatej sukni z wiankiem na głowie. Nawet jeżeli przysięga jest na całe życie, a umowa zawarta jest na czas określony - najczęściej do lat czterdziestu.

Jeżeli pojawi się rycerz w lśniącej zbroi na czarnym rumaku, uklęknie przed Tobą, wyciągnie małe atłasowe, pudełeczko - koniecznie czerwone i w kształcie serduszka [rzyg] - a w środku będzie pierścionek z brylantem większym niż mój obecny PMS [musiałby być raptem niemnoszka bardziej okazały od Gwiazdy Jakucji], to jedyna poprawna odpowiedź brzmi:

- A czy w pakiecie z pierścionkiem jest umowa kredytu hipotecznego? 

Nie ma większego dowodu przywiązania. Pierścionki to anachronizm. Można je ot tak wyrzucić do muszli klozetowej, dokładnie spłukać wodę i później grzecznie umyć rączki. Ewentualnie przerobić na kolczyki [jak wielkość kamienia pozwoli]. Próby renegocjacji warunków umowy podpisanej z bankiem nie są już takie higieniczne. Leje się krew.

11:07, siberry
Link Komentarze (4) »
wtorek, 19 lipca 2011

Londyn jak to Londyn. Pada i w knajpach obsługują sami Polacy.

Za to nowa praca to jakiś kosmos. W ramach wdrożenia dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy. Na przykład:

- Wypowiedzenie składa się w marcu. W marcu wypłacane są bonusy. Bonus potrafi wynieść więcej niż pensja. Roczna.

- Bonus nigdy nie jest wystarczajaco wysoki. Zawsze, ale zawsze jest za niski. Pokerowa twarz i na pytanie czy jesteś zadwolona - wzruszasz ramionami i odpowiadasz "spodziewałam się więcej".

- Na biurku będę mieć dwa monitory, ale mam poprosić o trzeci. Tak, TRZECI. Na jednym obrabia się maile i odpowiada na wiadomości, na drugim ma być non-stop otwarty Reuters, a trzeci chyba ma służyć do ogarniania Pudelka, albo może blogaska, ale co do tego ostatniego to nie jestem do końca pewna.

- Gazet już nie potrzebuję czytać. O wiadomościach wieczornych też mogę zapomnieć. To wszystko będą przestarzałe informacje. Zeszłoroczny śnieg. Co kilka sekund na monitorze numer dwa będą pojawiać się najważniejsze informacje z całego świata i ja będę wiedzieć czy taki Eyjafjallajokull postanowił znowuż sobie powzdychać zanim do atmosfery zostaną wyplute pierwsze pyłki wulkaniczne.

- Tutaj dostają się najlepsi [ponoć po raz pierwszy]. Przede mną zostało odrzuconych ponad 30 kandydatów na to stanowisko [ponoć po raz drugi]. Wszyscy mają rozbuchane ego, zbyt dużo testosteronu i są ciągle "głodni" [hungry for more]. WTF?

- W biurowcu jest restauracja, ale tam nie chodzimy na obiad. Kupujemy kanapkę z papierowym chlebem, kubeł kawy i wracamy do biurka, bo nie wiadomo co się w tym czasie wydarzy na rynku. Nic mi na razie nie wiadomo na temat reglamentacji ilości pielgrzymek do kibla. 

- Jak ktoś nie odpowie mi "good morning", albo zacznie na mnie krzyczeć, albo huknie "go away!" to nie mam brać tego do siebie. To jest bardzo stresująca praca. Ludzie obracają milionami i uprzejmości trzeba wsadzić sobie tam gdzie światło nie dochodzi, kiedy ktoś akurat "zamyka pozycję" [cokolwiek to znaczy].

Mam pewne przeczucia, że chyba nie do końca mogę tam pasować. Nie tylko chodzi o charakter, ale też o zwoje mózgowe. Przy rekrutacji chyba zapomniałam im powiedzieć, że na studiach oblałam Inwestycje Kapitałowe, a liczenie w pamięci opanowałam tylko do poziomu tabliczki mnożenie do stu [przez dziewięć do tej pory mnożę na palcach]. Zamiast kupić "Toast za przodków" [Kaukaz, my love] poważnie rozważam nabycie książki "Trading for dummies" i czytaniem jej cichaczem w toalecie. Na przykład taki "efekt szminki" wcale nie kojarzy mi się z radykalną zmianą preferencji konsumenckich, tylko bardziej z tym, iż zazwyczaj flirtuje ze mną więcej facetów, kiedy usta mam pomalowane na głęboką czerwień.

P.S. Muszę zmienić dzwonek w telefonie. Piosenka przewodnia z "True Blood" chyba nie do końca wszystkim się spodobała - zwłaszcza kiedy nie zdążyłam wygrzebać telefonu z torebki przed wersem "I wanna do bad things with you". Kurtyna.

23:57, siberry
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 18 lipca 2011

Byłam bardzo grzeczną dziewczynką i wstałam tuż po pierwszym sygnale budzika. Jak już sie okazało na Okęciu, zupełnie niepotrzebnie, bo załadowoli nas do samolotu z ponad pół godzinnym opóźnieniem, ale przy kołowaniu na pas startowy została nam obwieszona radosna nowina, iż "mamy małą usterkę techniczną". Owa mała usterka techniczna spodowdowła opóżnienie lotu o dodatkowe dwie godziny i wymianę całego samolotu na ten w kolorze złota z okazji 80-lecia LOT. Złota strzała krążyła nad Londynem przez kolejne dwadzieścia minut czekając na "slot" na lądowanie na Heathrow. Spoko luz, bez pośpiechu - przecież to absolutnie żaden problem, że na spotkanie zamiast o 11.00 stawię się o 15.00. Georgia Maybe Time. Siedziłam sobie w biznes landżu, opychłam się gratisowymi batonikiami i naszły mnie pewne przemyślenia z serii tych egzystencjonalnych.

Z korporacji można wylecieć za lepkie rączki, mobing współpracownika, macanki podwładnej w windzie, przemoc, albo agresję. To by było chyba na tyle. Lenistwo, niekompetencja, czy tez luki w wiedzy na poziomie szóstej klasy podstawówki absolutnie w niczym nie przeszkadzają, a już zwłaszcza w robieniu kariery. Jeżeli ktos naprawdę nie daje sobie rady, to nie można go tak po prostu zwolnić. Wprowadza się PLAN NAPRAWCZY. Polega on głównie na monitorowaniu postępów, niezliczonej ilości godzin coachingu [a przecież za tego typu consulting na rynku płaci się koksy], a co więcej, wokół takiej osoby trzeba chodzić na paluszkach, nie można huknąć, żeby broń boże nie zaczęła mieć oznak burn out'u [prawda, że brzmi bardziej dramatycznie niż takie pospolite "wypalenie zawodowe"?]. Mistrzowie opierdalnia się w korporacjach potrafią wyremonotować 100 metrowe mieszkania, ba, nawet wybudować całe domy - a to wszystko w godzinach pracy. Niektórzy rozwineli multi-tasking do poziomu guru - przez cały dzień walą w laptopa tak, że wióry lecą, ale w tym czasie zamiast zwiększać wartość dla akcjonariuszy [i pracować na mój roczny bonus] prowadzą własną działalność gospodarczą. Znam przypadek gościa, który korzystając ze służbowego laptopa sprzedawał na Allegro korpo-gadżety przeznaczone dla platynowych klientów i wysyłał je osób, które wygrały licytację na koszt firmy. Gdy plan naprawczy nie przynosi oczekiwanych rezultatów, best practice mówi, że należy taką osobę jak najszybciej awansować i problem z głowy.

Ostatnio ktoś zadał mi pytanie: gdybyś mogła robic cokolwiek co by to było? Wyjście za mąż za obrzydliwie bogatego oligarchę odpada, bo słabo sprawdziłabym się w roli trophy wife. Jestem zbyt pyskata i spazmatycznie znoszę próby zamknięcia w klatce. Chociażby złotej, wysadzanej i bling-bling kryształkami. Zastanawiałam się co mi sprawia w życiu radość, taka zwykłą, pospolitą przyjemność. Na wstępię dodam, iż najstarszy zawód świata odpada z przyczyn oczywistych. Za to picie wina jako full time job skreślam, bo pod skórą czuję, że dość szybko zasiliłabym szeregi Monaru, albo dołączyła do lokalnego AA. Ponadto czerpię przyjemność z jedzenia [co widać po gabarytach mojego tyłka], ale moje podniebienie ukształtowane na schabowych, karpiu w panierce i rosołku Babci [bardzo nie low-fat] chyba nie do końca sprawdziłoby się w roli osoby bujającej się po knajpach i przydzielającej gwiazdki Michelin za pieniądze [kredyt sam się przecież nie spłaci]. Do głowy przychodzi mi jeszcze podróżowanie - i o zgrozo - generowanie wypocin [aka pisanie]. 

23:55, siberry
Link Komentarze (4) »
niedziela, 17 lipca 2011

Wyleczyłam się z wakacji z biurem podróży. Raz na zawsze. Przypomniałam sobie bardzo dokładnie, dlaczego unikałam zorganizowanych wycieczek jak ognia.

Sib, jesteśmy na plaży w Hiszpanii, a ty ciągle czytasz o tej swojej Gruzji. Skręcało każdą komorkę mojego wystawionego do słońca ciała, kiedy pochłaniałam kolejne rozdziały "Gaumardżos". Czytałam u suprze, Abchazji i Tibilisi, a dookoła mnie biegali nawaleni Niemcy w strojach Borata [pasek ze spandexu w tyłku i szeleczki z przodu] z głośników dobiegały dźwięki hymnu kwiatu młodzieży Du hast den schönsten Arsch der Welt, a driny na zachód od Odry pije się teraz w wiadrach. Bierzesz wiadro [takie jak dla konia], wlewasz cała butelkę wódki, dolewasz dwie butelki coli, wsadzasz długie słomki i pijesz z ziomalami obowiązkowo wydzierając ryja na całą plażę. Najchętniej wysłałabym ich wszystkich na Sachalin, albo chociaż na Syberię. Trudno o większy dysonans. Ponadto wszędzie, ale to wszędzie zwracano się do nas po NIEMIECKU. Heeelo, czy ja jestem w Hiszpanii, czy na przymusowej germanizacji? Ciężko w to uwierzyć, ale budy serwujące curry-wurst były na każdym rogu, a w promieniu trzech kilometrów od hotelu znalazłyśmy dosłownie jedną knajpę w której można było zamówić tapas i wino Rioja. 

Wytrzymałyśmy całe dwa dni. Później wynajęłyśmy malutki, obdrapany ze wszystkich strom samochód z odpadającym zderzakiem z przodu i dziurą z tyłu. Mały, ale budził respekt na drodze, a już zwłaszcza na parkingu. Zwiedziłyśmy prawie całą wyspę zgodnie z zasadą im dalej od naszego hotelu, tym lepiej. Majorka jest ładna, ale nie powalająca. Tak, są przepiękne zatoczki, piaszczyste plaże i o dziwo - jakby wbrew palącemu słońcu - soczysta zieleń, ale wszystko jest nastawione na masową turystykę z hotelami-molochami wyrastającymi tuż przy plażach. Jednak zachwyciły małe miasteczka portowe. Port de Soller to mój absolutny faworyt. Mogłabym tam godzinami siedzieć w knajpie i patrzeć na żaglówki, a już zwłaszcza na katamarany pod warunkiem, że opalony kelner donosiłby mi wino i sea food. Nigdzie nie jadłam tak dobrej paelli. W końcu spróbowałam też małże. Ponoć to afrodyzjak. Jednak na mnie lepiej działa na przykład reklama Magnum z Evą Longorią. I jakby ktoś pytał, to Anja Rubik jakoś nie zaprosiła mnie na swój ślub chociaż kręciłam się w okolicy. Nie, to nie - miałam lepsze rzeczy do roboty. Na przykład pozbywanie się nieopalonych śladów po sznureczkach od bikini.

Powrót do rzeczywistości. Wróciłam wypoczęta, z włosami jaśniejszymi od słońca i ładną opalenizną [ładna to taka, która nie wygląda jakby wkrótce miał wygasnąć termin ważności karnetu na osiedlowym solarium]. Wywaliłam wszystko z torby prosto do pralki. Podlałam resztki kwiatów w domu, które powoli, acz skrupulatnie zamieniam w suszonki. Jutro lecę poznać mojego brand new boss'a. Do tej pory rozmawialiśmy jedynie przez telefon. Chyba się denerwuję. Od godziny próbuję nieudolnie wyprasować spódniczkę przez lnianą szmatę, ale ona nadal wygląda jakbym rozegrała w niej przynajmniej jedną kwartę futobolu amerykańskiego. Pobudka o 5 rano żeby zdążyć na samolot. Może ktoś się zgłosi na ochotnika żeby mnie obudzić? Widzę ten las rąk. Nie, wszyscy na raz! Boję się, że nie wstanę, a tłumaczenie się, że zaspałam na samolot to będzie raczej słaby początek znajomości z szefem zarządzającym połową wszechświata. Poza tym zobaczę swoje nowe miejsce pracy nad Tamizą, gdzie na pewno nikt nie będzie przychodzić do pracy w futrach i kręcić loków w damskim kiblu przed cocktail evening w biurze jak to bywało w Moskwie. Nudy, Panie!

23:54, siberry
Link Komentarze (5) »
piątek, 08 lipca 2011

Deszcz lunął punkt 16.00.  Wiadomo, zaczął się weekend. Przeskakuję przez rwące potoki na ulicy Chłodnej i zastanawiam się czy mój dopiero-co-zrobiony pedicure [czerwień o wiele mówiącej nazwie "Vodka and caviar" - takie rosyjskie, nie mogłam się oprzeć!] również popłynie do studzienki. Wskakuję do samochodu i wyciskam krople deszczu z moich coraz dłuższych, ciemnobrązowych włosów. 

Na przekór pogodzie w domu mierzę zwiewne, letnie sukienki, bluzki na ramiączkach, ale postrach lata [czytaj czarne bikini] od razu pakuję do torby bez mierzenia. Obawiam się, że ani ja, ani lustro w tym roku moglibyśmy nie wytrzymać tego widoku. Do walizki wędrują japonki, bluzki na jedno ramię, okulary przeciwsłoneczne, kapelusz z wielkim rondem, krem z silnym filtrem [na twarz] i oprócz tego pół drogerii. Obiecuję grzeszyć myślą, uczynkiem, a przede wszystkim zaniedbaniem. Jeszcze tylko jutro zaliczę wosk [i tu wyjątkowo nie mam na myśli zabaw BDSM] i będę gotowa do sumiennego wykonywania zadań na najbliższy tydzień. Wymieniam zgodnie z priorytetem: strzaskanie się na śródziemnomorską czekoladę, picie wina w ilościach mocno nieprzyzwoitych i jak mi się zechce - robienie zdjęć.

To będzie pierwszy urlop od baaardzo dawna bez opcji włóczykija, kiedy nie będę musiała ogarniać transportu, noclegu, jedzenia - czyli tego wszystkiego co uwielbiam w podróżowaniu na własną rękę. Tym razem pokornie stawię się na Okęciu, nadam swój dwudziestokilogramowy bagaż, dam się zawieźć do hotelu i tam będę siedzieć. Dam radę. W końcu to tylko siedem dni.

Można tęsknić.

19:09, siberry
Link Komentarze (10) »
czwartek, 07 lipca 2011

Sib, weź nam zaznacz w kalendarzu, kiedy ty jeszcze będziesz w biurze. Musimy wiecieć, kiedy się odstawić, bo wiesz, jako Ruska Rusałka zawyżasz biurowe standardy w Polszy. Kolorowym flamastrem zaznaczam na ściennym kalendarzu kolejno tydzień urlopu, wyjazd do Londynu i swoją ostatnią koro-podróż do Moskwy. Okazało się, że w biurze spędzę raptem siedem dni. Mimo wszystko zostawiam na swoim biurku matrioszki z Placu Czerwonego i nie ściągam wyrwanej kiedyś z gazety strony z "The most macho moments of Putin", czyli Putin the Great na rybach, Putin the Terrible z kałasznikowem na polowaniu [u stóp wodza leży wielki, tłusty prosiak], Putin the Fast and the Furious za sterami bolidu i moje ulubione zdjęcie - Putin the Sex Machine czyli bez koszulki podnoszący sztangę. To wszystko razem z białą, czapką-uszatką jakoś zupełnie niepostrzeżenia stało się moim atrybutami w wydaniu Rosyjska Kniazini.

Ostatnie dwa lata w pracy to była jazda kolejką górską. Nie poznał życia ten, kto nie pracował dla  Rosiji. Tam nie ma rzeczy niemożliwych [wystarczy mieć dużo kwitków z zamaszystymi podpisami i koniecznie stempelkiem - są restauracje, w których każda strona menu ma stempelek i podpis!], tam nie ma czegoś takiego jak dedlajny, a raz ustalone rzeczy można po drodze zmieniać i renegocjować ile razy dusza zapragnie. Szacunek zdobywa się twardą ręką, trochę pewnością siebie, ale przede wszystkim kompetencjami, a nie pierdoleniem-o-Chopinie jak to często bywa z padrugami z zachodu. Rosjanie ciężko pracują, ale jeszcze lepiej się bawią. Do tej pory pamiętam jak na konferencji [terefere] w Czarnogórze rosyjska sprzedaż przejęła kontrolę nad knajpą w której mieliśmy kolację. Ktoś od nas wynalazł gitarę, zaczął na niej grać, a reszta dołączyłą ze śpiewem. Po chwili stoliki powędrowały pod ścianę, a środek sali zamienił się a parkiet do tańczenia. Następnego dnia miałam zakwasy i nauczyłam się paru linijek tekstu największych, rosyjskich szlagierów. Saaaajbery, ju mast noł dyz song! Yts ebałt raszjan łorior!

Zakochałam się w Rosji. Intryguje, kusi, nęci mnie cały wschód. Poza tym to dzięki rosjanką zaczęłam nosić szpilki, kupować sukienki i odziewać tyłek w spódniczki. Głównie po to żeby w moskiewskim biurze nikt mnie nie pomylił z panią konserwującą powierzchnie płaskie [no offense]. Doszło do mnie, że jeansy i conversy to może jest fajny outfit, ale na weekend. Do lasu. Na grzyby, ale nie do biura. Teraz widzę te męskie spojrzenia, kiedy zakładam szpilki i sukienkę z mocnym wcięciem w tali. Koleżanki z polskiego ołpenspejsu na początku przyglądały się tej mojej, ruskiej metamorfozie dosyc podejrzliwie, a teraz widzę, że same coraz częściej pokazują nogi, zakładają peep toes. 

I nie wiem czy to efekt gin & tonic, ale dzisiaj tak bardzo chciałabym zasnąć przytulona do kogoś jak pijawka. 

21:45, siberry
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u