RSS
czwartek, 28 czerwca 2012

Siberry, gdzie się widzisz za pięć lat? Do jakiego stanowiska aspirujesz? Jak to nie wiesz?! Za ile będziesz general managerem? A za ile vice president? Dlaczego jeszcze nie porozmawiałaś z Bardzo Ważnym?  Dlaczego w pełni nie wykorzystujesz swojej szansy? Siberry koniecznie musisz przedstawić się Dupkowi-z-centrali! Potrzebujesz doświadczenia z klientami! Musisz budować network! No proszę, powiedz mi, na jakim stanowisku chcesz być mając 40 lat? Siberry, nie poznaję Ciebie! Ogarnij się! Co Ty, pojechałaś do tego Londynu przesiadywać w galeriach i tym swoim Tate Modern, czy po to żeby robić karierę? Takiej szansy drugi raz się nie dostaje! Sib, weź się w garść, a nie odwalasz manianę na pół gwizdka! Co to za fanaberie ze studiami na St. Martins - lepiej idź na kurs z zarządzania projektami. Siberry, musisz wiedzieć co chcesz osiągnąć, musisz mieć jasno określony cel!

A ja bym chciała codziennie wyprowadzać na długie spacery psa. Koniecznie golden retrievera i koniecznie musiałby się wabić Tequila, no ewentualnie Huzar. Chciałabym czuć pod gołymi stopami mokrą od rosy trawę, kiedy kofeina z porannej kawy dopiero zaczynałaby krążyć w krwiobiegu. Chciałabym jeść świeże truskawki prosto z krzaka i kąpać się o zmierzchu w ciepłym jak zupa jeziorze.

Niczego innego pewna nie jestem.

00:28, siberry
Link Komentarze (8) »
wtorek, 19 czerwca 2012

(1) Jest środek nocy, a ja jestem w koedukacyjnej toalecie w klubie w głębokim East London, gdzie nie trzeba wystroić się w cekinową sukienkę, dwunastocentymetrowe szpilki i wpisać na listę gości tydzień przed, bo inaczej jakaś pindulinka w sztucznym futrze nie wpuści cię do środka. Pudruję nosek, nakładam drugą zmianę karminowej czerwieni na usta. Osoba stojąca obok mnie przygląda mi się kątem oka i nagle mówi:

- That's a lovely shade of red you have on. 
- Thanks!
- Do you mind if I try it out? 

Odwracam się, a obok mnie stoi mężczyzna w pełnym stroju primabaleriny. Seriously, biały łabędź w wersji drag.

- Sorry love, I have a cold sore on my lips.

W końcu nie wiadomo, gdzie te usta wcześniej były.

(2) W sobotę kultywuję tradycję i oddaję się wieczornemu alkoholizowaniu się po przegranym meczu. Wraz z trzema kumplami [Niemiec, Austryjak, Holender] stwierdzamy, że mamy ochotę pobujać się trochę na zatłoczonym parkiecie. Jesteśmy na Soho, więc wystarczy przejść się wzdłuż jednej z bocznych ulic żeby znaleźć zagłębie barów z densflorem idealnym do kręcenia tyłkiem. Pan ochroniarz mówi, że ja wchodzę za darmo, ale koledzy muszą zapłacić 10 GBP na głowę. Foch.

- Sib, I am not coming in if i have to pay! They'll be closing in 2 hours.
- But what am I supposed to do about it?
- Talk to him. Work your magic!

Damn, że też dzisiaj zapomniałam swojej czarodziejskiej różdżki. Pochodzę do ochroniarza, nie wystawiam cycków na wierzch, ani nawijam kosmyków włosów na palec, ani nie oblizuję ust jak lafiryndy przede mną, tylko mówię:

- Listen, Poland for the second time in history participated in the Euro cup. We lost tonight. We were beaten by a nation which is 10 times smaller in terms of population, but is still able to find eleven guys who kicked our ass. How miserable is that? 

- Fine, the four of you can go in for free. But darling, next time find yourself some friends from Spain!  

(3) Jako dziecko wychowane w głębokich latach osiemdziesiątych, które pamięta jeszcze puste półki w sklepach, kartki na jedzenie i smak soczystych pomarańczy jedynie w Boże Narodzenie, czerpię niewytłumaczalną i zupełnie niezrozumiałą radość z korzystania z kas samoobsługowych. Naprawdę lubię skanować produkty i słyszeć donośne biiiiiip. Czuję się wtedy niczym pan i władca przynajmniej połowy wszechświata.

No więc jestem w dużym supermarkecie i robię sobie dobrze: biiiiiip - słychać brzdęk białego, półwytrawnego, biiiiiip - i pakuję do siatki rodzimy produkt znany również jako "Laciate Milk", biiiiiip, biiiiiip, biiiiiip, biiiiiip - i mam już zapas jogurtów naturalnych do końca tygodnia. Ważę warzywa i owoce, aż dochodzę do cukini. Oglądam ją ze wszystkich stron. Nie ma kodu kreskowego. Klikam na najbardziej popularne warzywa - jest ogórek, jest nawet maderfakin bakłażan, ale cukini niet. Podchodzi do mnie pan z obsługi i uprzejmym głosem mówi, że jeżeli na produkcie nie ma kodu kreskowego to należy wyszukać nazwę w systemie i odchodzi. Spoko, tylko jak się nazywa ta zielona, podłużna suka?! Myślę, myślę, paruje mi z uszu i nagle nastaje jasność. Zucchini! Klikam na "z", nie ma zucchini. Po chwili podchodzi do mnie ten sam pan, patrzy jak na debila i mówi dużymi, drukowanymi literami z lekkim politowaniem w głosie:

- It's under "c".
- Huh, under "c"...?
- YES, "C" LIKE COURGETTE!

Kor...co?!?!?

22:05, siberry
Link Komentarze (6) »
niedziela, 17 czerwca 2012
Jestem w żałobie. Przemek, nie przejmuj się - sam nie byłeś w stanie wygrać tego meczu. Nie leż już na murawie. Chodź do Sib! Zrobię Ci okład. No dobra, może być z młodych piersi.
02:02, siberry
Link Komentarze (6) »
czwartek, 14 czerwca 2012

Zdjęcie, które obiegło całą Anglię ukazuje jak trzech kolesi kopie, a przepraszam, napierdala leżącego na ulicy chłopaka. Trzech na jednego - prawdziwa gangsterka made in Poland. Po osławionym już dokumencie BBC na temat rasizmu na stadionach, do kompletu doszły teraz uliczne walki debili w kominiarkach, ale za to z orzełkiem na klacie. Wstyd, żenada i przede wszystkim pogłębianie stereotypów na temat Europy Wschodniej.

Nie twierdzę, że gdzie indziej jest inaczej, że nie ma walk pomiędzy kibolami, ani swojskiego lania po mordzie przed meczem, ale tym razem mogliśmy sobie naprawdę odpuścić. Niesamowicie irytuje mnie fakt, że był to pierwszy news na wszystkich zagranicznych portalach w zakładce sport. Nikt nie pisał o niesamowitej bramce Kubusia B., ani o tym jaka atmosfera panuje w strefie kibica, jak ludzie ubrani w barwy narodowe we wszystkich kolorach tęczy wspólnie imprezują do białego rana, tylko o tym jak Polacy lali się z Rosjanami w samym centrum miasta, a policja wyciągnęła armatki wodne, gumowe kule i kajdanki. W pracy dowiedziałam się, że to wyglądało jak "sceny z filmów science fiction". Bitch, please. Przynajmniej u nas, bądź co bądź, stróże prawa nie stoją z założonymi rękoma i nie przyglądają się bezczynnie jak parę nieletnich gnojków wybija szybę w sklepie, wynosi 40 calowy telewizor, a po drodze podpala parę samochodów. I to trzy dni pod rząd w kilku dzielnicach miasta. 

Wieczorem byłam umówiona z kolegą. Kolega tubylec, rasowy Szkot z krwi i kości, który jak tylko może przyodziewa kilt, zakłada torebeczkę z foczej skóry i do białej skarpety wsuwa sgian dubh, czyli sztylet. W ciągu dnia dostaję od niego krótką wiadomość tekstową:

Sib, what's the plan for tonight? Find some Russians and beat them up?

Pffff. Odezwał się, WOJOWNIK w spódnicy.

00:25, siberry
Link Komentarze (14) »
wtorek, 12 czerwca 2012

Są dni, kiedy uwielbiam Londyn pomimo niekończących się zapasów deszczu i pustych półek w supermarketach po godzinie osiemnastej. Na przykład dzisiaj, pomimo wczesnej pory, maderfakin' poniedziałku i ociekającego parasola w ręku, uśmiechałam się szeroko czekając na metro, bo komunikaty na peronie były nadawane przez przeuroczego, lekko otyłego rastamana, który z silnym jamajskim akcentem mówił:

Everyone have a good day. All you beautiful people have a nice week and keep it real!
Now watch out for dem doors cos dis train is departin'!   

Uwielbiam Londyn za to, że nie wiadomo czym zaskoczy cię za rogiem. W niedzielne popołudnie, leniwe bardziej od pierogów, wsiadłam w czerwony autobus i pojechałam do wschodniej części miasta, tej do której rzadziej zapuszczają się aparaty fotograficzne zrośnięte z ręką japońskich turystów i tabuny osób w bluzach z napisem I love London. Należy jednak ustalić jedną, kluczową rzecz: wolne miejsce w pierwszym rzędzie na drugim piętrze czerwonego autobusu przedzierającego się przez miasto, cieszy wszystkich tak samo - bez względu na wiek, napis na koszulce i londyński staż.

No więc, będąc w tej wschodniej części miasta, spacerowałam sobie w lekkim deszczu bez celu i zdziwiło mnie, że co parę minut spotykam osoby z naręczem kwiatów, albo dźwigające donice z których wysypuje się bujna roślinność. I tak idąc w przeciwnym kierunku do osób obwieszonych kwiatami przez przypadek trafiłam na Flower Market. Wąska, niepozorna uliczka, Columbia Road, zamienia się na jeden dzień w tygodniu w prawdziwy ogród botaniczny. Ogród w którym można kupić dosłownie wszystko - począwszy od tulipanów, słoneczników, przez drzewa bananowe, drzewka chilli, a skończywszy na swojskich bratkach i mięcie. Po godzinie piętnastej zaczyna się prawdziwy harmider, bo sprzedawcy próbują sprzedać pozostałość towaru i przekrzykują się w ofertach, a stylu dwa kwiaty za jeden, albo “everthin a fiver”. Ja do domu przytachałam wielką donicę kalii w odcieniu czerwonego wina za które zapłaciłam pięć funtów [cena wyjściowa 15 GBP], bo po prostu tylko tyle miałam w portfelu. Na ulicy parę osób odwróciło się ze mną, a raczej za kaliami. Są przepiękne. Yts bjutiful szwagier.

Przez przypadek trafiłam też do niezwykle klimatycznego sklepu z perfumami. Takiego po przekroczeniu, którego wydaje ci się, że cofnąłeś się co najmniej o kilka epok. Panuje lekki półmrok, drewniana podłoga skrzypi pod stopami, a każdy zapach zamknięty w niewielkich szklanych buteleczkach wydaje się być eliksirem. Ja jestem z tego typu, który od lat stosuje jeden i ten sam zapach. Podjęłam parę nieudolnych prób zdrady, ale zawsze wracałam z podkurczonym ogonem do mojego nieśmiertelnego, pierwszego zapachu, który kojarzy mi się z lasem, ciepłym słońcem na rozgrzanej skórze i coraz odważniejszymi pieszczotami na pomoście.

Zatem weszłam do tego malutkiego sklepiku bardziej z ciekawości niż z potrzeby. Miałam to szczęście, że trafiłam na Nos. Miała w sobie coś z czarodziejki. Ubrana w długą czarną suknię, odsłaniającą obfity, blady biust, z szeleszczącymi bransoletkami na ramieniu, powodowała, że nie mogłam oderwać od niej wzroku, ale przede wszystkim nie mogłam przestać jej słuchać. Opowiadała o własnoręcznie skomponowanych zapachach, w taki sposób, że od samego tembru jej głosu ciarki przechodziły mi po plecach. Nie wąchając jeszcze próbki byłam w stanie wyobrazić sobie wszystkimi zmysłami jak będzie pachnieć kolejny flakonik, który poda mi do przetestowania. Uważnie obserwowała moje reakcje, grymasy pojawiające się na twarzy, kiedy pierwsza nuta świdrowała w nosie, aż w końcu z pewnością w głosie powiedziała: Oh, I know which one will be yours, darling!

Podała mi do rąk niewielki flakonik. Wzięłam głęboki wdech i zakręciło mi się w głowie. Perfumy pachniały dla mnie jak mocny, ale niezwykle sensualny seks.
- I'll take the largest bottle you have.

01:10, siberry
Link Komentarze (2) »
niedziela, 10 czerwca 2012

Są stadiony, nowe terminale, dworce? Są! Jest parę kilometrów nowych dróg? Jest! Już nie ważne, że głównym motorem napędowym był zwyczajny strach przed narobieniem sobie siary przed resztą Europy, niż wewnętrzna potrzeba odgrzybienia i posprzątania wreszcie Dworca Centralnego. Liczy się efekt. 

W piątek z nieukrywaną dumą odziałam biało-czerwone barwy do pracy. Nawet przeciągnęłam usta szminką w intensywnie krwistym kolorze. Przymocowałam flagę w wiadomych barwach do swoich trzech monitorów. Przełączyłam telewizję na ołpenspejsie z serwisu informacyjnego na kanał sportowy. A wysyłając poranny raport na samym końcu dodałam Go Poland!. Nikt nie skomentował. Nie wiem, czy to dlatego, że z jakiś zupełnie nie zrozumiałych dla mnie powodów, świat jednak nie kręci się wokół Euro 2012. Być może w USA, albo takim Singapurze ojro kojarzy się jedynie z zapomogą dla hiszpańskich toreadorów, albo jałmużną dla tych od tzatzików i musaki. Obawiam się jednak, że brak reakcji na mój patriotyczny komentarz to raczej niepodważalny dowód na to, że oprócz mnie nikt tego raportu po prostu nie czyta.

Nie poznawałam siebie, kiedy siedząc z wypiekami na twarzy w pubie pełnym ludzi zakrywałam oczy szalikiem nie mogąc patrzeć jak el Greco próbuje strzelić nam karnego. Chwilę później podjęłam życiową decyzję i postanowiłam oświadczyć się Tytoniowi, znanym również jako "Titooooń" w brytyjskiej telewizji, która nadaje Live from Auschwitz. Seriously. 

Druga połowa podobała mi się zdecydowanie bardziej. Chłopcy już nieco zmęczeni tym całym bieganiem w tą i z powrotem, ku mojej uciesze, częściej ocierali pot z czoła za pomocą koszulek ukazując swoje sześciopaki. Mrrr... lubię to! Gdybym tylko miała blond pukle, silikonowe cycki, rozmiar zero, umiejętność siadania na trybunach w mini szerokości paska bez pokazywania gaci, to zapewne postanowiłabym zostać żoną piłkarza. Z zazdrością oglądam filmiki ze strefy kibica. Tam dopiero muszą być emocje!

A że nie wygraliśmy z Grecją... No cóż, leżącego się nie kopie.  

12:01, siberry
Link Komentarze (20) »
wtorek, 05 czerwca 2012

Deszcz nie daje za wygraną.

Kiedy szłam bez celu wzdłuż rzeki, a brudno-szary kolor Tamizy zlewał się z zachmurzonym, londyńskim niebem stwierdziłam, że kotłujący się w słuchawkach głos Jacka White'a z ostrymi, gitarowymi riffami nie do końca współgra z moim dzisiejszym, egzystencjalnym spleenem. Szybki ruch ręką i po chwili do uszu zaczęły dobiegać dźwięki Lovers Rock, płyty której słucham, tylko wtedy kiedy uważam, że ten cały koniec świata, tak szumnie zapowiadany przez Nostradamusa, mógłby się wreszcie ogarnąć, spiąć poślady i w końcu przypierdolić w Matkę Ziemię jakimś meteorytem, albo chociaż supernovą.

Minęłam pięć mostów. Patrzyłam na łódki płynące w stronę przystani. Przez przypadek wystraszyłam kaczki chowające się przed deszczem w gęstej pajęczynie gałęzi. Przystanęłam w tunelu, który trząsł się pod ciężarem przejeżdżających pociągów. Przeszłam przez pusty park z rzeźbą mężczyzny, o którym nigdy wcześniej nie słyszałam, a od którego przez dłuższą chwilę nie mogłam oderwać wzroku. 

Szłam tak przed siebie opustoszałym deptakiem, nie czując, że zaczyna przemakać mi kurtka, że po wilgotnych włosach zaczynają spływać krople wzdłuż rozgrzanych policzków, a ich chłód powoli przedziera się do samych kości. 

Dopiero przechodząc na drugą stronę rzeki, na samym środku biało-czerwonego mostu miałam moment Forresta Gumpa. Nie, nie ujrzałam nagle jaskrawokolorowej tęczy i nie pomyślałam sobie, że: Życie jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiesz, co ci się trafi. Stanęłam w połowie drogi, ogarnęłam wzrokiem przydymioną panoramę miasta i stwiedziłam: Jestem zmęczona. Chyba pójdę do domu. 

21:05, siberry
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 04 czerwca 2012

Zimne krople deszczu obijają się głucho o zaparowane szyby. Na zewnątrz ślinią się ulice i tylko czasami ciszę nocną przerwie trzask drzwi taksówki lub stukot powracających do domu obcasów. Na kuchence pyka sobie dziewiczny so called krem z brokułów. Dziewiczy, bo pierwszy raz użyłam blendera nie do kruszenia lodu celem alkoholizowania się rumem, świeżą miętą, brązowym cukrem i kwaśnym sokiem z limonki, tylko do zmiksowania warzyw uczących się pływać w srebrnym garnku. So called bo miał wyjść krem, ale wyszła z tego zielonkawa ciecz o bliżej nieokreślonej konsystencji. W smaku wyśmienita, tylko przy spożywaniu lepiej zamknąć oczy, bo walory estetyczno-wizualne są hm, mocno dyskusyjne.  

Kiedyś założyłam nawet zeszyt w którym miałam własnoręcznie notować sprawdzone przepisy. Z tego co pamiętam znajdują się w nim całe dwa. Nie jestem z tego typu co to lawiruje z gracją czarnego łabędzia wśród buchających garów, dosypuje garść tego, szczyptę tamtego, doprawia na oko, zmysłowo oblizuje palce i na koniec wyciąga z piekarnika kulinarne dzieło sztuki, którego nazwy nikt z gości nie jest w stanie poprawnie wymówić bez połamania sobie języka lub przypadkowego oplucia osoby siedzącej naprzeciwko. Lubię gotować, ale nie lubię gotować tylko dla siebie. Poza tym gotowanie intuicyjne to kompletnie nie moja domena. Wychodzi mi to tak samo sprawnie jak wybieranie odpowiednich mężczyzn. Problem w tym, że w kuchni kurczowo trzymając się przepisu, cierpliwie odmierzając 150 g mąki, 250 ml mleka, wbijając dwa jajka, dodając szczyptę soli i wodę mineralną w końcu na talerzu pojawią się naleśniki. Być może nie idealnie okrągłe, tylko lekko pękate, czasami nawet z małą dziurą w samym środku, ale to nadal będą naleśniki. Jeżeli chodzi o mężczyzn to w moim otoczeniu pojawiają się zakalce, towary mocno przeterminowane, albo takie za których posiadanie będą kłopoty. Klęska urodzaju.

Przypomniałam sobie, dlaczego nie lubię komedii romantycznych. Po pierwsze nie są romantyczne, a po drugie nie są śmieszne. Zwłaszcza w niedzielny, deszczowy wieczór rozświetlony jedynie bladym blaskiem świec. Mogłam obejrzeć Piłę VII, albo chociaż zwiastun laleczki Chucky na widok której do tej pory zakrywam oczy, a wewnętrzny imperatyw każe mi natychmiast schować się do najbliższej szafy. Przynajmniej miałabym konkretną przyczynę dzisiejszej insomii, a nie strumień świadomości, a raczej bełkotu na poziomie rasowej gimnazjalistki. 

Chciałabym wściubić zimny nos w ciepły kark i zasnąć. 

01:06, siberry
Link Komentarze (5) »
sobota, 02 czerwca 2012

Dzisiaj stał się cud. Zamiast przewalać się z jednego boku na bok do południa, przechadzać się po kwadracie z maseczką rewitalizującą na ryju, tu kawka, tam książka, zwlekłam się z łóżka skoro świt, zjadłam jogurcik naturalny o obniżonej zawartości tłuszczu, wciągnęłam na swój kardashianowy tyłek dresy, założyłam czerwoną czapkę z daszkiem [very Limp Bizkit], cichobiegi i pomaszerowałam dziarsko w stronę siłowni. Zaprawdę powiadam Wam - cuda, cuda się zdarzają!  

Oprócz tego, że nabiłam w jedną stroną 3600 kroków [acha, liczenie kroków to teraz moje nowe zboczenie, wszystko przeliczam na kroki - dojście do korporacyjnego wodopoju: 200 kroków, wycieczka krajoznawcza do kibla w czasie godzin pracy: 350 kroków, powrót z Soho do domu na piechotę zamiast podwózka metrem: 4500 kroków itp. Zalecana dzienna średnia dla osoby aktywnej to 10000, ja wykręcam ponad 14000 i odnotowuję tendencję wzrostową]. No więc oprócz tego, że nabiłam sporo kroków, to na dodatek po drodze zobaczyłam przemarsz królewskiej kawalerii oraz próbę generalną orkiestry marszowej ubranej w szkarłatne mundury i czarne, puchate czapki. Lubię takie niespodzianki.  

Dla niezorientowanych - jutro Elżunia Zwei obchodzi swoje diamentowe gody, tfu, wrrrróć, obchodzi swoją diamentową rocznicę jaśniepanowania nad Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. Szykuje się niezła biba, ale głównie całkowity paraliż miasta, gigantyczne korki, opóźnienia w komunikacji miejskiej i nalot turystów z całego świata. Taki biforek przed totalnym chaosem, mordorem i mrokiem pod postacią Olimpiady Igrzysk Olimpijskich [ale o tym w kolejnych odcinkach, stay tuned]. Wszyscy o zdrowych zmysłach ewakuowali się w Londynu, ja zostałam. Nie to, że jakoś specjalnie mam ochotę wymachiwać junjon dżakiem i krzyczeć God save the queen. Zainteresowanie rodziną królewską straciłam całkowicie, kiedy to Książę William postanowił poślubić Kaśkę, albo raczej wtedy, kiedy zaczął coraz bardziej przypominać swojego - co tu dużo mówić - mało urodziwego ojca. Jednak zamierzam obejrzeć paradę. Ponad tysiąc statków będzie leniwie sunąć przez Tamizę, będą weneckie gondole, łodzie Maorysów, chińskie dżonki i kutry rybackie też będą. Nawet podniosą Tower Bridge! Dudla no weź, no chodź ze mną!

Tylko kompletnie nie wiem w co się jutro ubrać. Po pierwsze nie wiem co jest godne królowej, po drugie patrząc co już dzisiaj dzieje się na ulicach, obowiązujące standardy co do dress code będą mocno zawyżone. Nie dajcie się zmylić modowym blogaskom byłych menadżerek gwiazd rodzimego szołbiznesu - TO jest prawdziwy, uliczny London lOOk:

18:27, siberry
Link Komentarze (6) »

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u