RSS
poniedziałek, 27 czerwca 2011

W niedzielę obudziłam się sama z siebie przed piątą. Chyba pierwszy raz w życiu. W moim wydaniu pobudka bez budzika to aberracja niczym łzy w publicznym miejscu. Za oknem panorama Warszawy skąpanej w słońcu, więc piję kawę siedząc na balkonie w kusej koszulce i czuję jakby przechodziło przez mnie mnóstwo, małych, zimnych jaszczurek. Powoli upijam nozdrza zapachem lata. Później cały dzień spędzony w okolicach Wisły w męskim towarzystwie, z uśmiechem na twarzy i zimnym piwem w ręku. Jednak będzie mi brakować tego miasta, tych miejsc, które zdążyły ponownie stać się moimi miejscami. "Happiness only real when shared" - nie mogę uwolnić się od tego zdania, ciągle mam je przed oczami. Widzę wyraźny kadr z filmu, z którego pochodzi ten cytat, tak jakby ktoś ciągle przyciskał guzik replay w mojej głowie. Ciągle dziwią mnie reakcje na moje tupnięcie nóżką i mocno spontaniczną decyzję, że zostawiam wszystko w cholerę i wyjeżdżam. "Jej Sib jaka Ty jesteś odważna!". Gówno prawda. Odważna to bym była gdybym pojechała wypasać owce w Irlandii, albo chociaż liczyć motyle w Amazonii. Przecież tak naprawdę jesteśmy chyba tylko zwykłym zlepkiem doświadczeń zbieranych gdzieś po drodze.

Dżizas! Poraziła mnie głębia grafomaństwa powyżej. W liceum regularnie zgarniałam dwóje za swoje wypociny, więc teraz mam uraz i powinnam koniecznie zapisać się do jakiegoś psychoterapeuty żeby o tym porozmawiać. Ostatnio nawet znalazłam swój esej porównawczy z klasy maturalnej pod wiele mówiącym tytule: "Obraz miłości na podstawie 'Mistrza i Małgorzaty' i 'Imienia Róży'". Nie dałam rady doczytać do końca. Żeby nie było zbyt (pseudo)filozoficznie to na koniec napiszę o bohaterze drugiego planu tego blogaska. Napiszę o moim tyłku. 

Otóż nabyłam drogą kupna krótką, obcisłą, skórzaną spódniczkę. Tak, skó-rza-ną. Z zamkami błyskawicznymi po obydwu stronach - tak w okolicach tych strategicznych kości. Mój tyłek nie tylko się w nią mieści, ale niebezpiecznie ją wypełnia. To nie mógł być zwykły impuls (nawet cena obniżona o 70% tego nie tłumaczy). To musiało być zdecydowanie chwilowe zamroczenie umysłu, albo przynajmniej totalne zaburzenie aparatu wzrokowego spowodowane silnymi środkami przeciwbólowymi (na receptę), którymi przez ostatnie parę dni raczyłam się na śniadanie, obiad i kolację. Spódniczka leży sobie teraz na sofie i patrzymy się na siebie dosyć podejrzliwie. Bo niby gdzie ja ją założę? Są dwa miejsc, które przychodzą mi do głowy: głębokie podziemia Soho albo Gay & Lesbian Pride Parade. Jakby nie patrzeć stylizacja na dominę to dosyć duży dysonans z moim obecnym wizerunkiem "na zakonnicę".

20:32, siberry
Link Komentarze (3) »
czwartek, 23 czerwca 2011

Nie ma jak wpaść na genialny pomysł wyrwania nie jednej, ale dwóch ósemek przy pierwszej wizycie tuż przed długim weekendem. W sumie po co się rozdrabniać? Teraz zamiast śmigać na rowerze wzdłuż Wisły, zdycham w domu, a jedyne co mogę przełknąć to jogurt naturalny podawany na malutkiej łyżeczce. Od czasu do czasu łyczek wody, ale bez żadnych szaleństw typu gorąca kawa, albo zimny browar.

- Boli coś panią?

- Nie, nic nie czuję. [zaciśnięte oczy, żeby nic nie widzieć - ani jednej kropelki krwi, ani dłuta, czy tam innych narzędzi mogących pochodzić tylko z Monster Garage i absolutnie nie nadających się do majstrowania przy mojej nie takiej znowuż brzydkiej, acz bardzo pyskatej buźce, wszystkie mięśnie napięte jak przed upadkiem z ostatniego piętra]

- Jak nic nie boli to czemu pani płacze?!

- Bo ja się pana boję!

Oraz w jednej z największych dzielnic Warszawy mieszka ponad 140 tys. osób, więc dlaczego spośród tysięcy możliwych budynków, polecony chirurg musiał mieć swój gabinet akurat w bloku, w którym obecnie mieszka X ze swoją nową damą serca? Seriously. Czekałam tylko na moment, kiedy wyjdę z zapuchniętą twarzą, rozmazanym tuszem, rozwaloną wargą i wpadnę na zakochaną parkę pod kwadratem tortur. Los tym razem się zlitował i nie doszło do bliskiego spotkania trzeciego stopnia.

Cierpienie uszlachetnia. Cierpienie uszlachetnia. Cierpienie uszlachetnia.

20:19, siberry
Link Komentarze (4) »
wtorek, 21 czerwca 2011

Zostały jeszcze 48 z 72 ustawowych godzin (ale kto by tam liczył?).

Z doświadczenia jednak wiem, że jeżeli facet jest zainteresowany to odzywa się od razu, bo podchody to były fajne, ale jako gra na obozie w środku nocy w ciemnym lesie w podstawówce. Rajt? Z drugiej strony jak odzywa się od razu to też niedobrze, bo ja zbyt łatwo przechodzę na tryb zołzy. Nie lubię jak facet jest na każde skinięcie paluszka - wtedy wchodzę mu na głowę, po kolei wciskam wszystkie guziczki i sprawdzam jak daleko mogę się posunąć. Kręcą mnie faceci, którzy jednym zdaniem potrafią ustawić mnie z powrotem do szeregu. Na miejsce, marsz! Mimo wszystko w jakiś masochistyczny sposób podoba mi się ta niepewność i zaklinanie telefonu wzrokiem. Kręci, ale góra przez trzy dni.

Zatem poczekam sobie jeszcze troszkę i jak nie, to nie. Neeeeext! Wymienią Platona na Sokratesa, albo jakiegoś innego Franciszka (niekoniecznie z Asyżu).

23:34, siberry
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 20 czerwca 2011

Nadal nie mogę dojść do siebie. Dżizas czemu, oj czemu nie zostałam gwiazdą rocka tylko niewolnicą laptopa? Nawet nie potrafię opisać co tam się działo. Wszystko było idealne. Idealne miejsce, gdzie do sceny trzeba było przespacerować się od stacji metra idąc przez pachnący las. Lało dwie godziny przed koncertem, ale kiedy tylko na scenę wyszli Foo Fighters nie spadła, ani jedna kropla deszczu (nie, taplania w błotku niestety nie było). Nie da się opisać uczucia, kiedy 20.000 osób zamienia się w jednolitą masę, która nie przyszła na festwial, gdzie gra tysiąc zespołów (z czego połowy nie znasz/nigdy nie słyszałeś) i wszystkie mają setlistę tak jakby miały nagrać swoją płytę "The Greatest Hits", tylko na jeden konkretny zespół, żeby na świeżym powietrzu śpiewać najgłośniej jak się da każdą linijkę tekstu. "This is the best fucking feeling to have 20 thousand backup singers!". Ponad dwie godziny szaleństwa tuż pod sceną. Myślę, że jedyne co może przebić to uczucie to wyśpiewane na ucho słowa niektórych piosenek przez osobę na której naprawdę ci zależy, a nie kogoś kogo traktujesz (tylko/aż - ?) jak przyjaciela. Podniecam się niczym rasowa groupie, ale kiedy nagle słyszysz pierwsze riffy swojego ulubionego utworu to jest jak orgazm. Zresztą co ja będę pisać - ogarnijcie sami:

Poszła niezliczona ilość piw, później spanie w ubraniu w cztery osoby w jakimś szemranym hostelu za 50 EUR (w sumie, nie za osobę). W nocy zrozumiałam, że ta zawrotna cena wcale nie była spowodowana brakiem pościeli (stąd spanie w ubraniu), ale tym, że co chwila przejeżdżały pociągi, a o drugiej ktoś postanowił pobawić się młotem pneumatycznym pod oknami. Rano poczułam studencki klimat jeszcze bardziej, kiedy doszło do mnie, że przecież w tym przybytku nie ma ręczników. Nie pozostało nic innego jak wytarcie się we wczorajszą koszulkę. Luz. Sex, drugs and rock'n'roll. Tuż po przebudzeniu potworny ból głowy i kac roku, rozmazany makijaż (look na pandę), ale za to śniadanie przyniesione do łóżka. Niestety pierwszy pokram byłam w stanie przyjąć coś w okolicach czternastej. Zamiast pójść na spacer pod Bramę Branderburską spałam (czytaj: umierałam) na tylnym siedzeniu samochodu zbytnio nie przejmując się przechodniami zaglądającymi do środka. Bilet na ten koncert to był najlepszy prezent urodzinowy w życiu.

A teraz to już zwijam na kolejny koncert. Do tej pory nie ogarniam jak to się stało, ale idziemy (niby) razem z Platonem. Boże, nie proszę o wiele. Daj mi tylko sex appeal Monici Belluci, poczucie humoru Jay Leno, pewności siebie Ariego Golda i jakby Ci się nudziło to możesz odchudzić mój tyłek tak o pięć kilo. Masz czas to 20.30. Dzięki. Bedę zobowiązana! 

19:45, siberry
Link Komentarze (2) »
czwartek, 16 czerwca 2011

Ostatnio zamieniłam się w rasowego planistę tak, że najlepszy wedding planner wysiada. Zrobiłam listę rzeczy do zrobienia przed D-Day [czytaj, emigracją] i powoli odhaczam kolejne punkty. Bardziej niż "wyrwanie ósemki, której miałaś się już pozbyć w zeszłym roku", przeraża mnie punkt "maderfakin SZAFA!". Co tam się dzieje! Mogłabym zrobić zdjęcie i wrzucić je na Wikipedię pod hasłem "Sodoma i Gomora". Nie potrafię, nie umiem utrzymać porządku w szafie. Otwieram ją i zaraz szybko zasuwam drzwi, bo przeraża mnie, że pomimo takiej ilości ciuchów ja nadal, regularnie [czytaj, każdego poranka] uważam, że nie mam się w co ubrać. Nic w niej nie mogę znaleźć, obok bikni przewala się wełniany sweterek, obok uszów królika, biała koszula zapinana pod samą szyję i tak dalej. 

Jednak mam taką teorię, że każdy raz na pięć lat powinien się przeprowadzić. Zawsze jestem w szoku, ile niepotrzebnych bubli udało mi się nazbierać, a ja naprawdę nie jestem z typu kolekcjonera [kolekcjonuję tylko kolczyki i wyrzuty sumienia]. Dlatego zawsze przy przeprowadzkach bezlitośnie pozbywam się części dorobku życia, dążę do Jin i Jang, swobodnego przepływu energii w szufladach i zen na półkach przeznaczonych na pierdyliard bluzeczek. Nie kupuję teorii, że rozstawienie durnostójek po kątach, albo trzymanie sterty gazet za kanapą, to genetyczny spadek po ziomalach z paleolitu. Golisz nogi? Golisz, więc nie opowiadaj mi, że "taka jest ludzka natura". 

A propos gazet, mój były, niedoszły mąż zawsze wypominał mi, że kupuję "odmóżdżające gazetki". Co ja na to poradzę, że lubię sobie poczytać, tfu pooglądać Elle i dowiedzieć się, że na plaże to się teraz wychodzi w szpilkach, że Anja Rubik ma kompleks zbyt szerokich bioder [WTF?] i że mężczyźni tak naprawdę nie zdradzają dla seksu [WTF 2?]. Poza tym muszę wiedzieć w czym wypada pokazać się w centrum, bo u mnie na dzielni mogę czerpać modowe inspiracje jedynie od działkowiczów. Żeby była jasność - nie prenumeruję Świata Seriali, Gali, Party i innych tego typu opiniotwórczych tygodników. Codzienną porcję najświeższych informacji ze świata celebrities skrupulatnie czerpię z Pudelka i Kozaczka [to się nazywa dywersyfikacja źródła]. 

Poza tym w ramach przygotowań do sobotniego koncertu katuję moich sąsiadów całą dyskografią Foo Fighters. "The best, the best, THE BEST OF YOOOOOOOU!". Ostrzegam - będę śpiewać.

17:47, siberry
Link Komentarze (9) »
środa, 15 czerwca 2011

Jestem złą, bardzo złą osobą.

Nie używam ekologicznych orzechów do prania, tylko wlewam zbyt dużo płynu do prania i płukania, bo lubię pachnieć jak ciepły letni deszcz. Kiedyś segregowałam śmieci - Gazeta na tę kupkę, a butelka po winie na inną, ale potem zobaczyłam jak wszystko ląduje w jednej śmieciarce i mi się odechciało. Zakręcam wodę jak myję zęby, ale za to zbyt długo siedzę pod prysznicem. Wannę mam, ale nie korzystam i to nie dlatego, że chcę zaoszczędzić około 30% wody per kąpanie, tylko dlatego, że po pierwsze primo potwornie mi się w niej nudzi, a po drugie primo to po wyjściu mam ręce pomarszczone bardziej niż szczeniaki Shar pei (to te psy z nadwyżką skóry jak po odsysaniu tłuszczu). Nie sikam pod prysznicem, korzystam z windy, nie chodzę do pracy na piechotę. W samochodzie zawsze wożę lnianą torbę na zakupy żeby nie znosić do domu piętnastu plastikowych toreb z żarciem, ale zazwyczaj przypominam sobie o niej dopiero przy kasie. Kupuję jajka od szczęśliwych kur, ale kiedy widzę ile one kosztują to ja robię się trochę mniej szczęśliwa. Staram się oszczędzać prąd. Odkurzam dopiero wtedy, kiedy po ciemnej podłodze (wolałabym mieć betonową wylewkę niż ten ciemny, pieprzony parkiet) walają się już koty kurzu, wieczorami zamiast przy zapalonym świetle lubię sobie posiedzieć w morzu świeczek i zawsze jak wyjeżdzam wyłączam wszystkie pożeracze prądu: modem, telewizor, komputer wiecznie podłączony do prądu. O, ale za to nigdy nie trzymam ładowarki w kontakcie jeżeli akurat nie ma pory karmienia telefonu komórkowego.

Nie robię niczego dla innych. Wszystko jest dla mnie, wszystko kręci się wokół mnie i mojego dobrego samopoczucia. Wpłacenie kasy gdziekolwiek się nie liczy, bo to pójście na łatwiznę, uśpienie sumienia. Siedzisz sobie na kanapie, walisz w zbyt drogiego laptopa i postanawiasz dzisiaj będę dobra, dzisiaj chociaż trochę zbawię świat. Zamiast nowej bluzeczki, zaadoptuję konia i wtedy nie będę już taka zła, nie będę taką cholerną egoistką jaką jestem na co dzień. Nie mogę jednak pozbyć się uczucia, że najlepsze co można zrobić to poświęcić swój czas. Na cokolowiek co nie jest związane z własnym, rozbuchanym ego. Do tej pory pamiętam to uczucie, kiedy jako dziewczę z czwartej klasy podstawówki zrobiłam z kartonu puszkę i przez bity miesiąc chodziłam w białych podkolanówkach po sąsiadach i zbierałam pieniądze na schronisko dla zwierząt [jestem z tego typu co to wszystkie-zwierzątka-moje-są]. Potem za wyżebrane srebrniki kupiłam wannę karmy dla psów i zmusiłam Mamę, żeby zawiozła mnie do biednych piesków, bo ja je muszę nakarmić.

Najprościej jest powiedzieć - ciężko pracuję przez x h dziennie, wracam do domu, padam na pysk i nie mam już siły żeby z korpobiczy zamienić się w Matkę Teresę. Najprościej jest rozłożyć się na kanapie i  do wieczora pierdzieć przed telewizorem. Nie mam ambicji żeby zostać polską Angeliną i zaadoptować połowę głodujących dzieci z Afryki, nie zostanę też drugim Bono, ale autentycznie inspirują mnie ludzie chociażby tacy jak Zana Briski (i skutecznie wywołują poczucie winy). Mam nadzieję, że zżerające mnie po cichu wyrzuty sumienia to jeszcze oznaka, że gdzieś tam w środku nadal toczy się walka. 

13:26, siberry
Link Komentarze (6) »
wtorek, 14 czerwca 2011

Wczoraj wylądowałam w kulinarnym niebie na ostatnim piętrze w niewielkim, zielonym bloku.

Świeży szpinak, podany z truskawkami, przepysznym kurczakiem, mozzarellą i malutkimi grzankami, a to wszystko w mistrzowskim sosie z odrobiną wódki [w sensie sos był z wódką - a nie, że na drewnianym stole wylądowała zmrożona butelka. Jak na księżniczki przystało do wytwornej kolacji sączyłyśmy wino. Wódkę piję tylko w weekend, bo wtedy wyjątkowo ściagam koronę i zostawiam ją w domu]. Na deser truskawki z biszkoptem, odrobiną miodu i serkiem mascarpone. Ja nie mogłam się powstrzymać i wylizałam talerz [princess-mode był już wtedy bardzo na stend baju].

Dziwne, że w tym popierzonym świecie jeszcze można spotkać osoby, z którymi buduje się relacje, a nie papierowe znajomość. Chyba nikt już sobie nie mówi na co dzień takich słow jak podziwiam cię, albo inspirujesz mnie.

16:35, siberry
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 13 czerwca 2011

Weekend intensywnie. Życie pełnią życia i tego typu klimaty.

W piątek rewelacyjny koncert w Trójce. Ubóstwiam muzykę na żywo, kiedy wibracje ze sceny przeszywają całe ciało - od czubków palców, aż po same rzęsy. Zwłaszcze jeżeli wszystko odbywa się w maleńkim studio ze skrzypiącymi krzesłami. Dodatkową przyjemnością była możliwość oglądania Pana Piotra na żywo w swoim naturalnym habitacie. To jest człowiek z pasją. Jednak dla mnie odkryciem wieczoru było Lao Che, bo Tworzywo Sztuczne wraz z Panem Fiszem zawróciło mi w głowie jeszcze w liceum. Lubię chłopców z gitarami. Mogą być dziary, potargane włosy i do tego szorstki, papierosowo-alkoholowy głos. Mam zadatki na groupie.

Sobota upłynęła pod znakiem krojenia sera, papryki, ogórka kiszonego, szynki na milion malutkich kosteczek i nadziewania na wykałaczki. Żadna domówka absolutnie nie może odbyć bez kultowych koreczków. Nawet podjęłam próbę upieczenia ciasta. Niestety włącznie przez przypadek opcji turbo w mikserze w zbyt płytkiej misce skończyło się małym tornado z rozrzutem, aż do pokoju. Ja zawsze twierdziłam, że w kuchni najlepiej wychodzi mi robienie bałaganu. Poza tym, kiedy już udało mi się wsadzić to co ocalało z ciasta do piekarnika postanowiłam kontynuwać bycie perfekcyjną panią domu, włączyłam zmywarkę, pralkę i chciałam pojeździć trochę na odkurzaczu. Siadły korki, a ja zapomniałam, że piekarnik jest na prąd, a nie na węgiel tudzież chomika biegającego w kołowrotku. Ciasto było jakieś takie płaskie, ale mimo wszystko nikt do tej pory nie zgłosił ofiar śmiertelnych. 1:0 dla mnie. Poza tym zawsze mogę zwalić na E-colę. 

Ostatnio sobotni wieczór w Warszawie oznaczał dla mnie zatłoczony parkiet i wracanie do domu, kiedy za oknem jest już jasno. Wczoraj o drugiej w nocy kusiło Powiśle, jednak moje ciało odmówiło współpracy. Własne łóżko, z chłodną, pachnącą pościelą wydawało mi się najlepszym miejscem na Ziemi. A w tym klimacie dostałam w prezencie książkę "501 must-visit destinations". Z Polski wymienionych jest, aż dziesięć miejsc. Nie wiedzieć czemu, na liście nie ma Jezusa z Świebodzina.

A dzisiaj totalna rozpusta kulinarna od rana do wieczora, zakamarki starego Żoliborza i na koniec kino. Widziałam "Drzewo Życia" i niestety nie skumałam. Trochę jak Discovery Channel, ogarnianie wszechświata, grzechu, cyklu życia i klimaty w stylu 'nie lękajcie się'. Brakowało mi głosu Krystny Czubówny, kiedy pojawiły się dinozaury. 

00:43, siberry
Link Komentarze (3) »
piątek, 10 czerwca 2011

Po jakim czasie bez seksu zostaje się ponownie dziewicą?

20:31, siberry
Link Komentarze (8) »
wtorek, 07 czerwca 2011

Dzisiaj miałam niezwykle dużo czasu na rozmyślania, których nie powstydziłaby się rasowa gimnazjalistka prenumerująca Bravo. Kiedy w moim samochodzie wymieniali olej i sprawdzali czemu wydobywają się dziwne odgłosy przy hamowaniu ["no wie Pan, takie stuk-stuk-tuk-tuk"], ja siedziałam sobie na krzesełku i rozmyślałam przez ponad dwie godziny.

Zastanawiałam się co się stało z chłopakiem, którego dawno temu spotkałam w autobusie. A było to tak. Wychodzę spóźniona z domu, z mokrymi włosami, otwartą torbą i Maślanką Mrągowską (naturalna) w ręku. Biegnę na przystanek, bo widzę, że jedzie autobus. Grawitacja działa. Maślanka wylewa się na moje ciemne spodnie. Biegnę dalej, a tu okazuje się, że to jednak nie był mój autobus. [Napiszę Wam w sekrecie, że mam wadę wzroku, więc autobus z daleka jeszcze wypatrzę, ale jaki numer to już może niekoniecznie, więc na wszelki wypadek zawsze biegłam, gdyby akurat okazało się, że to mój transport. U okulisty nie byłam, bo już NIE WIDZĘ potrzeby - teraz mam samochód i rozpoznaję go po kolorze, nie po tablicy rejstracyjnej]. Anyway, za chwilę podjeżdża mój autobus, wsiadam z połową maślanki w butelce, drugą połową na spodniach, przeciskam się przez tłum, ledwo żyję, dyszę, twarz mam w kolorze flagi ZSRR i z ręki wypada mi książka. Podnosi ją chłopak. Blondyn, niebieskie oczy, powyżej metra osiemdziesiąt i uśmiecha się tak, że niemożliwe staje się możliwe i moja twarz robi się jeszcze bardziej czerwona [odcień burgundu]. Okazuje się, że on czyta dokładnie tę samą książkę! Niby nic wielkiego, ale to było "A year in the merde". Yn inglisz, you know. To na pewno znak, zrządzenie losu, wszechświat pragnie żebyśmy byli razem! Całą drogę rozmawiamy, flirtujemy, ptaszki śpiewają, nie czuć smrodu spalin, ja nieświadomie oblizuję usta i świadomie nawijam kosmyki włosów na palce. Cud, miód i orzeszki. Nagle w ostatniej chwili orientuje się, że jesteśmy już na moim docelowym przystanku i jak oparzona wyskakuję z autobusu, drzwi zatrzaskują się z hukiem i moje niedoszłe metr osiemdziesiąt odjeżdża w siną dal. Nigdy później go nie spotkałam.

Mam też uroczą historyjkę z PKP. Również z cyklu z-życia-wzięte. Jechałam pociągiem z Warszawy do Gdańska. Wchodzę do przedziału, zajmuję swoje miejsce, a na przeciwko mnie siedzi chłopak na widok, którego miękną mi kolana. Całą drogę spoglądam na niego ukradkiem spod wachlarza rzęs, wzdycham sobie w myślach, wyobrażam sobie jak wygląda bez koszulki [coś musiałam robić przez te pięć godzin!], ale nie zamieniam z nim ani słowa [ja to nieśmiała jestem, taka pensjonarka]. Tego samego dnia wracam zurueck nach Warschau, zajmuję swoje miejsce przy oknie i po chwili do przedziału wchodzi ten sam chłopak. Zgodnie z informacją na bilecie siada naprzeciwko mnie. Tadam! Obydwoje wybuchamy śmiechem. I historia się powtarza...

I tak się zastanawiam - czy wszystkie osoby w życiu spotyka się w jakimś celu? Czy to, że w pewnym momencie krzyżują się czyjeś drogi to coś oznacza, czy też wręcz przeciwnie? Czy o wszystkim decyduje zbieg okoliczności, banalny przypadek? Nie ma kosmicznego planu, w gwiazdach nic nie jest zapisane, są tylko atomy i próżnia? 

A może po prostu dzisiaj pierdolę głupoty i powinnam zastanawiać się nad tym jak zwiększyć PKB dla ojczyzny, albo chociaż popracować nad dodaniem wartości dla akcjonariuszy?

To ja już sobie pójdę. Walą pioruny. Idzie burza. Uwiebliam stać na balkonie i patrzeć jak ślinią się ulice.

23:17, siberry
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u