RSS
poniedziałek, 20 maja 2013

Pisząc pierwszą notkę zakładałam, że blogaska będzie czytać jedna osoba, czyli głównie ja. Po czasie okazało się, że czytelników jest nieco więcej, co owszem - przyznaję się bez bicia - pompuje mojego ego, ale też sprawa, że im więcej osób tu zagląda, tym paradoksalnie rzadziej piszę i mocniej się kontroluję. 

Prowadzanie bloga nadal sprawia mi ogromną frajdę i mam zamiar dalej publikować kompromitujące bzdury w internecie, ale pod adresem gdzie nie będzie się za mną ciągnąć archiwum.

Jeżeli ktoś chciałby dostać namiary na nowego bloga [oczywiście jak już się ogarnę, wymyślę nazwę i go gdzieś założę] to proszę się meldować w komentarzach podając maila, albo pisząc na siberry(maupa)gazeta.pl

Yours truly,
Londyńska Ruska

P.S. Jeżeli jesteś wolnym mężczyzną po trzydziestce to możesz przy okazji podać swój wzrost i pomysł na pierwsze tete-a-tete (o przedłożenie zeszłorocznego PIT-37 nie poproszę jedynie z wrodzonej grzeczności i wyssanego z mlekiem matki taktu).

środa, 15 maja 2013

Pierwszy raz od marca widzę się z moim najlepszym przyjecielem:

- Sib, ile razy w tygodniu ćwiczysz?

- No tak ze trzy, cztery razy. A co?

- Widać po Tobie!

- Rozumiem, że chcesz mi przez to powiedzieć, że mój tyłek zrobił się jeszcze bardziej apetyczny, tak?

- To też, ale głównie chodziło mi o to, że Ci cycki zmalały.

17:33, siberry
Link Komentarze (3) »
wtorek, 14 maja 2013

Cały życie na coś czekasz. Czekasz na autobus, dziecko, weekend, wiosnę i pierdolnięcie pioruna. Czekasz na wyniki matury, zdaną sesję i awas. Czekasz, aż ktoś przyciśnie cię ciężarem swojego ciała do ściany i mocno złapie za tyłek. Czekasz, aż w końcu zaleje cię tsunami szczęścia, a szklanka będzie wreszcie pełna.

Tworzymy w głowie scenariusze na szczęście. Patrząc na swoich znajomych widzę, że kredyt we frankach, srebrna lodówka, podziemny parking, praca w korporacji i wesele na sto gości to Mount Everest marzeń. Kiedy wydaje ci się, że jesteś już na samym szczycie, że lepiej być nie możne, nagle okazuje się, że tu i teraz jednak nie jest wystarczająco intensywne, mocne i soczyste. Mrużysz oczy i chcesz więcej, mocniej, szybciej.

Praca nie jest już sposobem na zdobycie środków do życia, a  sposobem na życie. Charówa 80 godzin tygodniowo w świetle monitora, status frequent traveller wylatany w parę miesięcy, wyjazdy integracyjne, wyjścia na kolacje służbowe, telekonferencje późnym wieczorem z USA, a rano z Singapurem mogą wypełnić ci dobę do ostatniej minuty. Dorzuć do tego wyjścia na siłownię i treningi przygotowujące do maratonu (bo przecież teraz każdy biega) i zaczyna brakować czasu na sen.

Świat stał się cholernie skomplikowany, bo masz nieograniczony wybór. Możesz otworzyć szkołę kite-surfingu w Egipcie, uczyć dzieci tabliczki mnożenia w Afryce, albo zostać korposuką w dopasowanej garsonce i jeść to swoje sushi na lunch. Możesz wyjechać w każde miejsce na Ziemi i zacząć wszystko od nowa. Granice są na mapie, a nie w głowie, wystarczy ją tylko otworzyć.

Świadomość tego, że impossible is nothing tak naprawdę nie jest wolnością, a wredną pułapką. Brak ograniczeń, pościg za ruchomym celem, determinacja, żeby broń boże nie stać w miejscu, powoduje że bierzesz udział w wyścigu bez mety.

Ja tak nie chcę. Ja chcę tu i teraz.

01:11, siberry
Link Komentarze (6) »

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u