RSS
środa, 30 maja 2012

Nie pamiętam już gdzie dokładnie, ale gdzieś w centrum Warszawy na jednej z opdrapanych ścian ktoś niechlujnie napisał tyję w doświadczenia. Niestety ostatnimi czasy ja tyję nie tylko w doświadczenia, ale głównie w tyłku.

Matczyne oko przeprowadziło obowiązkowy audyt w czasie mojego krótkiego pobytu na kwadracie w rodzinnych stronach. Następnego dnia rano zamiast świeżego, pachnącego chleba z pobliskiej piekarni, z którego zazwyczaj wyjadałam jedynie chrupiącą skórkę z zacną warstwą masełka, na śniadanie dostałam serek wiejski. Serek wiejski light dla ścisłości. Oprócz tego mam za krótkie włosy [obcięłaś sobie połowę urody], za krótkie paznokcie [czerwony lakier o wiele lepiej wygląda na dłuższych] i za krótką sukienkę [lepsza by było tak ze dwa centymetry dłuższa].

Padały również komendy w stylu wyprostuj się!, nie marszcz czoła, bo ci tak zostanie! i pytania retoryczne, których nie powstydziłby się sam Szekspir, a mianowicie: czy znalazłaś sobie w końcu chłopaka? oraz klasyka gatunku czy przed śmiercią będzie mi dane ujrzeć wnuczątko?

W związku z powyższym chwilowo mam depresję, będę żywić się liściem sałaty, albo lepiej - rzucę jedzenie na zawsze, będę chodzić na siłownię trzy razy w tygodni i wyrabiać dzienną ilość kroków > 10 000. Ponoć trzeba podzielić się swoimi celami z jak największą liczbą osób, co niniejszym uroczyście uczyniłam. A że nie wierzę w te motywacyjne brednie typu new age to możemy się tak umówić, że równo za trzy miesiące podam na blogasku swoją wagę, a Wy macie mnie pałować, tfu motywować [motywowanie przez pałowanieDeal?

Wasz Pasibrzuch.

00:27, siberry
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 21 maja 2012

Zanim sprzedałam swą grzeszną duszę Matce Boskiej Korporacyjnej networking kojarzył mi się z bandą rybaków w oparach rumu, siedzących koło kutra wypełnionego resztkami porannego połowu, którzy spalonymi od ostrego, morskiego słońca rozplątują sieci i przygotowują je na kolejny dzień wśród skrzeku mew, no wiecie taki net-working. Get it? Kilka kilogramów temu uważałam również, że splendor, chwała, awanse i podwyżki spływają na człowieka, który ciężko pracuje i jest zajebiście dobry w tym co robi. Otóż niet.

W korporacjach bardzo dużo zależy od tego kogo znasz, kto ciebie kojarzy, kto jest twoim sponsorem, kto uważa, że jesteś dobry, kto lubi z tobą pracować i komu kiedyś uratowałaś dupę przed jesienią średniowiecza.

Pomimo tego, iż nie byłam chowana w szafie, ani zamykana w ciemnej drewutni na trzy Zdrowaśki za wyrażenie swojego zdanie, zabieranie głosu w czasie tzw. spotkań biznesowych totalnie mnie paraliżowało. Po pierwsze wyznawałam asekutacyjna zasadę, że jeżeli nie mam nic mądrego do powiedzenia to lepiej się nie odzywać się w czasie meetingu niż zrobić z siebie debila. Duży błąd. Wiele osób zrobiło oszałamiające kariery w korporacji poprzez tzw. visibility, czyli zabieranie głosu w sprawach, w których niekoniecznie miały cokolwiek odkrywczego do powiedzenia, ale za to zawsze wtrącały swoje trzy grosze. Taki książkowy przykłady podgatunku człowieka pracującego w korporacji, czyli bullshiter pospolitus dupowlazus. Nie ma najmniejszego znaczenia, że to było po prostu sparafrazowanie słów osoby, która powiedziała coś mądrego parę minut wcześniej, liczy się czynny udział w dyskusji, pokazanie zaangażowania, zaznaczenie swojej obecności. Po drugie zauważyłam, że pytania które wydawały mi się zbyt banalne żeby zadawać je na forum, brzmią jak złote myśli delfickiej Apolliny w ustach managerów tfu, wyższego szczebla. Kiedy w klimatyzowanej sali konferencyjnej padały oczywiste oczywistości ku mojemu zdziwieniu, nikt nie robił sobie podśmiechujek pod nosem, tylko wszyscy zgodnie kiwali głową, walili w klawiaturę robiąc notatki, tak że pióra szły i wymyślali "akcje" (po warszawsku), czyli zadania (po polsku) [pozdro Mańka:*] żeby w końcu osiągnąć korporacyjną nirvanę, czyli wyrobić plan i dostać premię, którą będzie można w spokoju przepić (wersja dla singli) lub też spłacić kredyt na egzotyczny parkiet (wersja dla młodych małżeństw).

Kiedy już uświadomiłam sobie to wszystko, to wystarczyło zacisnąć poślady i zacząć używać swojej skądinąd całkiem pyskatej gęby. Problem w tym, iż już na samą myśl, że miałabym podważyć na forum zdanie osoby postawionej w korporacyjnym łańcuchu wyżej ode mnie, serce waliło mi jak oszalałe, twarz zmieniała się w kolor purpury, a pot spływał pomiędzy piersiami mocno ściśniętymi w koronkowym biustonoszu. Zabieranie głosu kosztowało mnie na początku sporo nerwów, ale z każdym kolejnym razem było po prostu łatwiej. Ku mojemu zdziwieniu nikt nie wybuchnął szyderczym śmiechem, nie powiedział, że mam siedzieć cicho, bo jestem gówniarą, która przecież nie ma prawa na niczym się znać. Wręcz przeciwnie, a to dodaje pewności siebie.

Dokładanie tak samo było z tym pieprzonym networkingiem, czyli budowaniem sieci kontaktów w czasie branżowym spotkań. Miałam maksymalne opory, żeby w czasie przerwy podejść do obcej osoby i tak po prostu zacząć pierdolić o dupie Maryni. Najbezpieczniej czułam się w damskim kiblu, albo po wypiciu trzech kieliszków wina musującego. Teraz wiem, że większość osób w czasie takich korporacyjnych spędów jest tak samo przerażona jak ty. Większość osób (zwłaszcza tych, które przyszły same) odczuje ulgę, kiedy po prostu do nich podejdziesz i zadasz nawet najbardziej banalne pytanie, bo to oznacza, że nie będą musiały już dłużej, samotnie lawirować wśród tłumu i udawać, że podziwiają wiszące na ścianach "dzieła sztuki" z Ikei, albo wpychać w siebie trzeciej porcji jagnięciny w sosie z prawdziwków, bo boją się do kogoś podejść i zagadać.

Jakiś czas temu byłam na szkoleniu skierowanym dla kobiet pracujących w mojej branży. Jako urodzona optymistka oczywiście wyobraziłam sobie to spotkanie jako sabat czarownic z nadwagą lub też stado wojujących feministek z zarośniętymi pachami walczącymi o kontyngent zatrudnienia dla reprezentatów ludzkości posiadająych cycki. Bardzo się myliłam, a nawet ku mojemu zdziwieniu nauczyłam się tam paru rzeczy, ale jakoś nigdy nie aspirowałam do zostania blogaskową ciocią-dobrą-radą :)

23:36, siberry
Link Komentarze (9) »
czwartek, 17 maja 2012

Gdybym chciała polansować się ze swoim blogaskiem to pewnie pisałabym go pod pełnym imieniem i nazwiskiem, wrzuciłabym jakieś lekko roznegliżowane zdjęcie, obowiązkowo założyła fenpejdża i napierdalała lajki. Otóż nie chcę.  

Nie dlatego, że wstydzę się swoich wypocin. Czasami nawet korci mnie, żeby podać komuś adres bloga. Nie robię tego, bo po prostu lubię to złudne uczucie anonimowości, które daje mi pisanie w internecie. Funkcjonując w sieci jako Sib, a nie imie.nazwisko.blox.pl czuję większy luz, nie muszę ważyć słów i mam swobodę w pisaniu tego, co ślina przyniesie mi na palce. Zwłaszcza, że raczej nie mam w zwyczaju obrabiania dupy innym, ani teatralnego wylewania flaków na klawiaturę w swoich wpisach. No dobra, czasami zdarzy się jakaś brazylijska telenowela. Jednak najczęściej jest tak, że siadam przed komputerem, palce same wędrują po czarnej klawiaturze, klikam publikuj i tadam, gotowe. Czasami o wiele łatwiej jest mi przelać gonitwę myśli na ekran komputera, niż je wybełkotać znajomej osobie nawet po butelce wina. Czy jest z nami psychiatra na sali?

Jednak doskonale zdaję sobie sprawę, że przy tej ilości szczegółów, które podaję na tacy, a czasami przemycam w notkach, średnio inteligetna osoba która zna mnie w oflajnie bardzo szybko zorientuje się, że ja to ja, nawet jeśli trafiła tu przez przypadek. Duuuuh.

Nie chcę nikogo rozczarować, ale pomimo, iż życzyłabym sobie pozostać w blogaskowym undergroundzie, nie budzę się w środku w nocy zlana potem: Na rany Jezusa! Ktoś na pewno odkrył mojego bloga! Nie mam już nocnych koszmarów, że ktoś wydrukuje moje notki i porozwiesza je w szkolnym korytarzu tuż przed długą przerwą, żeby wszyscy mogli zwijać się ze śmiechu i wytykać mnie palcem. 

Osobom, którym wydaje się, że dokonały rzeczy niemożliwych w stylu, odnalazły Bursztynową Komnatę, spotkały dziewicę w gimnazjum, polizały własny łokieć, czy też zostały współczesnym Sherlockiem i odkryły moją tożsamość, gratuluję i uprzejmię informuję, że im dłużej o tym myślę, tym bardziej mam to w dupie. To tylko blog.

22:29, siberry
Link Komentarze (14) »
wtorek, 15 maja 2012

W “Niezapomnianym Romansie” z 1957 roku para głównych bohaterów postanawia spotkać się za 6 miesięcy na szczycie The Empire State Building, bo is the closest thing to heaven in this city. Kiedy z lotniska udajesz się w kierunku Manhattanu i nagle dostrzegasz wyrastające spod ziemi wieżowce to mimowolnie uśmiechasz się do siebie, ale dopiero obraz miasta z tarasu widokowego dosłownie zapiera dech w piersiach. Tam u góry jest tak jakoś...filmowo!   

Wpatrując się w panoramę miasta momentalnie wyłapuje się szeroki pas intensywnej zieleni kontrastującej z gęstą pajęczyną drapaczy chmur.  Z kolei idąc wzdłuż 5th Avenue najpierw wyczuwasz lżejsze, mniej lepkie powietrze, słyszysz świergot ptaków nieśmiało przebijający się przez miejski jazgot żółtych taksówek i robót drogowych, a dopiero po chwili dostrzegasz soczystą zieleń Central Parku. Momentami czułam się jakbym znalazła się w bajkowym lesie po którym powinni przechadzać się mieszkańcy Narnii, a nie oazie ponad 8 mln miasta po którym wieczorową porą grasują ekshibicjoniści.

Kalifornia po cichu stała się dwujęzycznym stanem. Hiszpański powoli wkrada się też do NYC. W centrum miasta rozdawane są ulotki w dwóch językach, są też miejsca, gdzie można spędzić cały dzień i nie usłyszeć ani jednego słowa w rdzennym (o ile tego słowa można wogóle użyć w stosunku do czegokolwiek w USA), lekko „kluchowatym”, nowojorskim akcencie, który ubóstwiam. Wystarczy ucieć z wyspy, wsiąść do metra i dojechać do końcowej stacji. Wychodząc z podziemi na Queens przez moment wydawało mi się, że w jakiś magiczny sposób przetransportowałam się do Szanghaju. Szyldy sklepów po chińsku, billboardy z modelkami o azjatyckich rysach twarzy, zapach kung pao chicken unoszący się na każdym rogu. Inny świat, ale w końcu w tej dzielnicy nadal mieszka ponad 70% imigrantów pierwszego lub drugiego pokolenia. Miks narodowości, kultur i wpływów z najbardziej zapyziałego zakątka świata najlepiej widać w sklepie kosmetycznym. Skończył mi się podkład, więc wybrałam się do drogerii za rogiem celem uzupełnienia zapasów ryło-maskownicy, coby nadać trochę szyku w tym całym Nowym Jorku. Stojąc w alejce z podkładami zamarłam. Przede mną rozpościerały się półki uginające się od buteleczek w kolorach odpowiadających całej palecie barw RBG.

Pomachałam Statule Wolności, przeszłam przez Brooklyn Bridge, popłynęłam statkiem na Ellis Island. Odwiedziłam dinozaury w Natural History Museum i w końcu zobaczyłam na własne oczy te cholerne Lilie Wodne mojego pensjonarskiego guru [czytaj Moneta]. Kompulsywnie żywiłam się bagels with cream cheese. Zjadłam cup cake z kultowej Magnolia Bakery i wciągnełam sernik od Eileen. Zauroczył mnie Chelsea Market z aromatycznym jedzeniem, najlepszą kawą w mieście i świeżymi owocami morza serwowanymi niczym fast food.

Byłam też z wizytą u najsłynniejszej Nowojorczanki. Każde miasto ma tego na kogo zasługuje. Londyn ma Bridget Jones i jej barchanowe gacie [trudno o większego mordercę erekcji], za to NYC ma Carrie Bradshaw stukającą niebotycznymi obcasami. Niestety nie było tej anorektyczki na kwadracie. Pewnie piła bladoróżowego Cosmpolitana, albo wybierała kolejną parę szpilek z czerwoną podeszwą. Był za to gruby łańcuch [nie mylić z bling, bling ghetto-chain] rozciągnięty pomiędzy poręczami i kartka informująca, iż jest to prywatna posesja i wstęp na schody jest surowo wzbroniony. Nie dziwię się. Też miałabym dosyć pielgrzymek przygłupich lasek [w tym "londyńskich Rusek"] prężących cycki przed moim domem, żeby zrobić sobie słit focię.

 

Śmieszą mnie deklaracje osób, które zaklinają się, że ich noga nie stanie po drugiej stronie Atlantyku dopóki USA nie zniesienie obowiązku wizowego dla Polaków. Owszem kontrola imigracyjna nie jest niczym przyjemnym. Stresują mnie sytuacje, kiedy ktoś mnie przepytuje i może bez podania powodu odesłać w podskokach pierwszym samolotem do domu. Jestem z tego typu osób, którm zaczyna szybciej bić serce przy kontroli biletów w autobusie pomimo tego, iż nigdy nie jeżdzę na gapę. Odpowiadanie na durne pytania aroganckiego immigration officer, którego dziadek przypłynął z jednym kufrem i kurą w to samo miejsce 60 lat temu nie wpisałabym w rubrykę „hobby”, ale nie „uwłacza” to mojej godności bardziej niż przechodzenia na bosaka przez wykrywacz metali i obmacywanie na lotnisku.

Wieczorem zadzierasz głowę wysoko do góry i nie wiesz, gdzie kończą się światła miasta, a gdzie zaczyna rządzić blada Luna. W drodze powrotnej w środku nocy do dusznej stacji metra można puszczać na cały regulator Empire State of Mind, wydzierać się w niebogłosy śpiewając „concrete jungle where dreams are made of...let’s hear it for Nju Jork, Njuu Jooork”  i tańczyć na przejściu dla pieszych czekając na zielone światło. Nieliczni przechodnie będą tylko uśmiechać się pod nosem, bo przecież dla nich takie widoki to chleb powszedni [zarówno ludzi tańczących na światłach jak i miasta rozświetlonego ciepłą nocą]:

Niestety nie wygrałam w Lotto. Nie poznałam też obrzydliwe bogatego bankiera inwestycyjnego [największa rwanie miałam wśród Afro-Amerykanków, którzy jak już kiedyś ustaliliśmy, gustują w wielkich tyłkach, więc siłą rzeczy znajduję się w grupie docelowej], więc niestety musiałam spakować swój dobytek i wrócić do pracy na londyńskim zakładzie ze szklanymi, obrotowymi drzwiami zamiast zamieszkać na Upper East Side i wyprowadzać swoją chiuauę, czy innego szczura na spacer.

Korzystając z okazji chciałabym wyrazić swoje oburzenie limitem bagażowym ustalonym przez linie lotnicze na połączeniach interkontynentalnych. Dwadzieścia trzy kilogramy to jakiś śmiech na sali. 23 kg?! Seriously?!  Przy tym arbitrażu cenowym na ciuchy, kosmetyki, buty i elektronikę?!?! Rozbój w biały dzień! To powinno być karalne, przynajmniej natychmiastowym przypalaniem w piekle lub chociaż średniowiecznym podtapianiem w miejskim szalecie.

Proponuję nową metodę wyliczania limitu bagażowego:

A + B =< 150 kg, gdzie:

  • A - waga pasażera
  • B - waga bagażu

Lubisz to?

12:20, siberry
Link Komentarze (14) »
niedziela, 13 maja 2012

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u