RSS
wtorek, 24 kwietnia 2012

Dużo czasu spędzam przesiadując na podłodze w lokalnych księgarniach. Uwielbiam zapach nowych książek, kiedy przy dziewiczym rozchyleniu stron można się jeszcze sztachnąć zapachem drukarskiej farby. Przechodziłam dzisiaj wśród długich, drewnianych półek i mój wzrok przyciągnęła książka o tytule: Why be happy when you can be normal? Książka zapewne jest niezłym gniotem, ale tytuł spowodował, że w mózgu styknęły się kulki. 

Osobiście uważam, że dla większości ludzkości stany maniakalno-depresyjne są normą, zwłaszcza w rzadkich chwilach trzeźwości. Ludzie wiecznie szczęśliwi, z nieschodzącym uśmiechem z twarzy wzbudzają moją podejrzliwość. Staram się od takich trzymać z daleka. Traktuję ich w kategorii niegroźnych idiotów, którym nadprodukcja serotoniny wypacza, niczym w krzywym zwierciadle, obraz rzeczywistości i nie pozwala na uświadomienie sobie benadziejność sytuacji w jakiej się znajdują.

Trawa jest zawsze, ale to zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu. Możesz ją pielęgnować, karmić najlepszym nawozem i czułymi słówkami, możesz puszczać jej Pavarottiego o zmierzchu i podlewać automatycznym zraszaczem symulującym tropikalny deszcz o świcie, a ta niewdzięczna suka i tak nigdy nie będzie wystarczająco zielona.

Doskonale zdajesz sobie z tego sprawę, więc próbujesz w racjonalny sposób przekonać samą siebie, dlaczego powinnaś być zajebiście szczęśliwa. Zaczynasz delikatnie, od z pozoru banalnie prostego zadania, w stylu wymień pięć rzeczy, które sprawiają, że jesteś na emocjonalnym haju i szybciej bije ci serce. Bez namysłu wymieniasz pierwsze dwie, przy trzeciej zaczynasz się nieco zastanawiać, już przy czwartej pojawiają się lepkie krople potu na czole, a przy piątej mówisz, a pierdolę przecież inni mają gorzej! Ta egoistyczna myśl daje chwilowe ukojenie, bo i tak zaraz znajdzie się ktoś z lepszą pracą, fajniejszym widokiem z okna, większą zawartością bokserek, czy też umiejętnością osiągania orgazmów podczas ćwiczeń na siłowni.

Być może przewróciło mi się w dupie już jakiś czas temu. Przynajmniej zdaję sobie z tego sprawę. Uparcie, acz bez większych rezultatów, powtarzam sobie, że powinnam doceniać to co mam, bić dziękczynne pokłony w stronę Mekki, albo przynajmniej raz do roku udać się na kolanach do Częstochowy.

Niestety nie ma równoległego świata, w którym można by przetestować w kontrolowanych warunkach alternatywne scenariusze na życie. Sprawdzić empirycznie, czy biegania na bosaka, w zwiewnej, białej sukieneczce do połowy uda, po trawie wilgotnej od porannej rosy, skończyłoby się osiągnięciem wewnętrznego zen, upragnionym zjednoczeniem z jin i jang, czy też bardziej wdepnięciem w ciepłe krowie gówno.

23:28, siberry
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Jestem na domówce. Z drinkiem w ręku słucham Amerykanki, która próbuje mnie przekonać do spróbowania lekcji tańca na rurze. Eee, maybe later.

Nagle do mieszkania wchodzi wysoki brunet z rozczochraną fryzurą i uśmiecha się tak, że świat zatrzymuje się na jedną sekundę, może nawet dwie.

Nie pamietam, kiedy ostatnio, ktoś zrobił na mnie tak pioronujące wrażenie. Tym bardziej, że brunet nie zdążył zrobić niczego nadzwyczajnego. Nie dokonał rzeczy z kategorii tych niemożliwych, czyli na przykład nie wrzucił brudnych skarpet do kosza zamiast na podłogę, nie opuścił deski od kibla i nawet nie zapuścił żurawia w głęboki dekolt eterycznej blondynki (od którego ja nie mogłam oderwać wzroku). Po prostu wszedł do mieszkania, a ja zamarłam.

W związku z tym co robi nasza bohaterka?
Ignore mode on, a jak! Przez cały wieczór skrupulatnie unikam go jak ognia.

Nie mam problemu z wdawaniem się w konwersacje z nieznajomymi w nocnym autobusie sunącym przez pijany Londyn, ale momentalnie zapominam języka w gębie, a twarz przyjmuje kolor radzieckiej łodzi podwodnej (wiecie tej październikowej, tej na którą polowali), kiedy ktoś po prostu mi się podoba. Cała moja (pseudo)pewności siebie wylatuje przez okno, a ja zamieniam się w małą, nieśmiałą dziewczynkę, którą po prostu chce się stopić ze ścianą.

Przez cały wieczór wpatruje się w niego maślanymi oczami, ale natychmiast odwracam wzrok niczym rasowa pensjonarka, kiedy nasze spojrzenia krzyżują się nad stołem uginającym się od alkoholu i pustych kalorii.

W okolicach drugiej, brunet ubrany już w kurtkę, podchodzi do mnie i mówi:
- It was really nice to meet you. 

- I am sure it could have been, but technically speaking we haven’t really met – odpowiadam.

On wybucha śmiechem, lekko się nade mną nachyla i mówi na ucho I’ve saved the best for last, daje mi cmoka w policzek i znika w ciemnym korytarzu.

Oczywiście teraz jestem przekonana, że to była miłość mojego życia, bo to na pewno nadprzyrodzone siły kosmosu sprawiły, że obydwoje znaleźliśmy się na tej imprezie w tej milionowej metropolii, a ja nie wykorzystałam swojej szansy, więc teraz już do końca życia będę pokutować za swoje nieudacznictwo w relacjach damsko-męskich.

17:42, siberry
Link Komentarze (19) »
niedziela, 22 kwietnia 2012

W niedzielne poranki czasami męczy mnie niepokój egzystencjonalny, ale częściej kac. Dwudziestego drugiego kwietnia anno domini mamy Dzień Ziemi, więc w ramach hucznych obchodów owego święta przyjaźnię się dzisiaj z podłogą, zwłaszcza tą zimną wyłożoną przyjemnie chłodnymi kafelkami w mojej mikroskopijnej łazience.

W ramach zacieśniania więzów i dalszego poprawiania stosunków międzynarodowych zapoznałam moje koleżanki z niezawodnym źródłem lepszego samopoczucia, większych cycków, mniejszego tyłka, ale przede wszystkim fruktozy, czyli wódką, którą trzeba obowiązkowo zagryźć ćwiartką kwaśnej cytryny. A dzisiaj psalmy błagalne, gdzie dominuje wołacz, siódmy przypadek polskiej deklinacji, czyli: Wódko! Pozwól żyć!

Londyn wiadomo, melting pot, tygiel narodów, świeże dostawy mikrorobów z każdego zakątka na świecie i takie tam. Jednak spojrzenie na pewne sprawy z innej perspektywy, zdecydowanie poszerza horyzonty. Ot na przykład, w piątek nad butelką białego, półwytrawnego przedystkutowałam z moimi lejdis palący problem wagi państwowej na linii Wiejska-Downing Street. Tematem dysputy na najwyższym szczeblu, było coż takiego powinnam odpisać na krótką wiadomość tekstową, która informowała mnie, że w środę to jednak nie spotkam się z całkiem apetycznym blondynem, bo ma wyścig, więc woli jeździć na swoim rowerze bez hamulców po okrągłym torze w towarzystwie mężczyzn w obcisłych, acz aerodynamicznych gaciach. Niemka zasugerowała odpowiedź w stylu: "Oh now! I'd have loved to see you. Let's plan something soon!", Hiszpanka powiedziała "leave it, znajdziemy nowego torro", a Dunka bez chwili zawahania wypaliła - I would write something like: "Oh what a pity! I was planning to fuck your brains out!". Przyznaję, ta cała Dania intryguje mnie coraz bardziej. No i oczywiście zgodnie z prastarą zasadą głoszącą im bardziej Puchatek zaglądał do środka, tym bardziej Prosiaczka tam nie było, im bardziej on wybiera swój rower, tym bardziej zaczyna mi się podobać.

Co zrobić, żeby wszyscy cię zapamiętali, kiedy idziesz na domówkę na której znasz jedynie gospodarza? Dla dodania kurażu należy założyć malinowe szpilki, pomalować usta na kolor wściekłej fuksji i pomimo strug deszczu przytachać blachę jeszcze ciepłego czekoladowego ciasta rozpływającego się w ustach, a nie w dłoni. Seriously, you did it yourself?! You don't look like the baking type!".

To ja idę przetransportować swoje zwłoki na salony.

12:06, siberry
Link Komentarze (5) »
środa, 18 kwietnia 2012

Mega pozytywny artykuł w dzisiejszym Financial Times o polskiej firmie. Latałam po biurze i kazałam wszystkim czytać. Ja! ja! ja!- to o firmie z mojego kraju! Widzisz, nie tylko potrafimi zajebiście zmywać naczynia, pić wódkę, eksportować długonogie blondynki i wyławiać karpie do ostatniej sztuki z pobliskiego stawu. Niesamowity sukces przy zerowym budżecie na marketing, a przy tym Pan Wojciech wydaje się być równym facetem, który po prostu wierzy w to co robi.

I jeszcze ten Pan nieźle namieszał. 

P.S. Skoro link do artykułu nie działa to można wyszukać po tytule "Inglot is more than a cosmetic model" . W internecie nigdy nic nie ginie:)

19:48, siberry
Link Komentarze (8) »
niedziela, 15 kwietnia 2012

Całkiem regularnie wyciskam siódme poty w duszej sali treningowej, podkręcam obciążenie, zaciskam zęby i pedałuję do utraty tchu. Uwielbiam niemalże osuwać się na ziemię ze zmęczenia, a w nogach czuć palący ogień. Jednak wystarczy jeden ceilidh wieczór, pełen innych ruchów, podskoków, młynków, wirowania wśród kolorowych kiltów i po trzech godzinach mam mokrą koszulkę, a przez dwa następne dni chodzę niczym paralityk.

Po zbyt długiej i zbyt gorącej kąpieli starannie wklepuję pod oczy krem przeciwzmarszczkowy. Delikatne linie wydrążone na pergaminowej skórze trzeba zwalczać, a najlepiej całkowicie zlikwidować, a przecież one nie są niczym innym niż świadectwem perlistego śmiechu, momentów uniesienia i minionego szczęścia.

Po dwudziestej trzeciej dzwoni telefon. Zapłakana przyjaciółka mówi, że mam natychmiast wracać z tego cholernego Londynu, bo przecież ona za mną tęskni i pierwszy raz w życiu mówi, że jestem dla niej najbliższą osobą. Przeprasza, że potrafi wydusić to z siebie dopiero po butelce wina, kiedy ja jestem kilometry od niej i tak naprawdę nie wiadomo, kiedy znowuż się zobaczymy.

Jest na wyciągnięcie ręki. Cholernie się stara, wręcz staje na rzęsach. To ten typ, który gdyby tylko mógł rozpieszczałby na każdym kroku, przynosił codziennie śniadanie do łóżka łącznie ze świeżo wyciśniętym sokiem z marchwi i wstawał o trzeciej w nocy, żeby mieć pewność, że dostanie bilety na koncert twojego ulubionego zespołu. A ja lgnę jak ćma do światła, do czegoś co może jedynie skończyć się płaczem, zgrzytaniem zębami i przynajmniej poparzeniem trzeciego stopnia.

Jestem w stanie przeprowadzić chłodną analizę, w racjonalny sposób wytłumaczyć sobie dlaczego igranie z ogniem w tym przypadku to zły, bardzo zły pomysł. Jednak rozum mówi jedno, ciało mówi drugie. Do pewnego stopnia mogę kontrolować swoje myśli, karcić samą siebie za to co siedzi w mojej głowie, ale nieważne jak bardzo się staram, nie jestem w stanie zahamować fali gorąca, kiedy podnoszę słuchawkę i słyszę jego głos. Dzieląca nas odległość 1750 km nagle wcale nie wydaje się być wystarczająco bezpieczna. 

Isn't it ironic, don't you think?

23:01, siberry
Link Komentarze (7) »
środa, 11 kwietnia 2012

Mam pewne obawy, że mój (nieodparty) urok osobisty będzie jak Bill Murray przy boku Scarlett Johansson, czyli trochę lost in translation. Flirtowanie bardziej kojarzy mi się z łapaniem za słówka, językowym przeciąganiem liny, niż nawijaniem kosmyków włosów na palec i trzepotaniem rzęsami. A ustalmy,  że w obcym języku  bycie zabawnym, a raczej w moim przypadku złośliwie-sarkastycznym, jest nieco bardziej skomplikowane. Zwłaszcza jeżeli w przeciwnym narożniku ma się native speakera, który na domiar złego kończył Oxford. Ą, Ę.

Chociaż przyznaję się bez bicia, od jakiegoś czasu lubię, a może raczej w końcu, nauczyłam się korzystać z atrybutów, w które całkiem niegłupio wyposażyła kobiety Matka Natura. Nie znoszę jednak dosłowności. Wbrew pozorom jest cienka granica pomiędzy wygladem jak dziwka, a korpo-kicia. Zresztą na wszystko jest czas i miejsce - w zależności od okoliczności przyrody i stopnia zażyłości ze sparingpartnerem.

Paznokcie pomalowane na kolor czerwonego wina śmigają po czarnej klawiaturze, a pod dopasowaną marynarką jest bluzka, która po odpięciu o jednego guziczka za dużo (oczywiście przez przypadek), powinna skutecznie odwrócić uwagę od mojego lekkiego zdenerowowania przed dzisiejszym tête-à-tête.

Moja przyjaciółka pisze: Sib, błagam Cię bądź miła! I ugryź się w język jak będziesz chciała wytrzeć podłogę jego ego.

Postaram się. Cross my heart.

14:19, siberry
Link Komentarze (11) »
wtorek, 10 kwietnia 2012

Pierwszy raz dostrzegam, że Ona się starzeje. Zauważam zmieniający się owal twarzy, siwe włosy przebłyskujące przez kasztanowe, farbowane włosy i pajęczynę zmarszczek wokół oczu, kiedy się uśmiecha.

Kiedyś wydawała mi się niezniszczalna. Prawdziwa siłaczka codziennego życia. Teraz widzę lekko przygarbioną sylwetkę i zmęczone dłonie. Apodyktyczna, nie znosząca sprzeciwu i cholernie wymagająca. Ja ciągle miałam poczucie, że muszę lepiej się uczyć, szybciej biegać i równiej układać lalki na półce, żeby była ze mnie dumna. To było moim przekleństwem i błogosławieństwem. Dwa w jednym, takie wash'n'go.

Byłyśmy jak ogień i woda. Dwa silne charaktery ścierające się pod jednym dachem. Zazdrościłam koleżankom, które mówiły, że Mama jest ich najlepszą przyjaciółką. Takim które zagrzebywały się z Nią pod miękkim kocem i opowiadały sobie o pierwszych zauroczeniach i tym, że jeżeli Jacek z III B nie ciągnie ciebie za kucyki na długiej przerwie to wcale nie oznacza końca świata. Ja nie potrafiłam z Nią rozmawiać. Traktowałam jak intruza, który próbuje wejść w mój świat.

Być może w końcu wydoroślałam, być może teraz mam o wiele więcej cierpliwości. Spokojnym głosem tłumaczę, dlaczego ja widzę coś w innym świetle, momentami gryzę się w język, odpuszczam, już nie pyskuję i nie trzaskam drzwiami.

Teraz zaczynamy poznawać się od nowa. Przy kubku gorącej herbaty zadaję pytania i lubię słuchać jej opowieści. Nigdy wcześniej mi nie mówiła jak z wypiekami na twarzy jeździła całonocnym pociągiem na drugi koniec Polski do swojego chłopaka i o tym jak nosiła najkrótsze spódniczki na roku. Serio?

Ja swoim dzieciom będę codziennie mówić kocham cię. Będzie jak w amerykańskim serialu: "Siberjuszka Dżunior, kup proszę mleko jak będziesz wracać do domu. Kocham cię, pa!". Ona bezdyskusyjnie jest dla mnie najważniejszą osobą, a pod halą odlotów jedynie mocno się do Niej przytulam, dają buziaka, obiecuję zadzwonić i zatrzaskuję drzwi. Nie mieliśmy w domu zwyczaju informować siebie nawzajem o takich oczywistych oczywistościach i używać tych słów na ka i ce.

Do tej pory te dwa słowa z wielkim trudem przechodzą mi przez gardło. Średnio zdarza się to rzadziej niż wybór nowego prezydenta w Rosji. Wyznanie komuś miłości traktuję jako świętość, zaklęcie, którego nie rzuca się na lewo i prawo. To jest dla mnie maksymalnie paraliżujący moment, ten kiedy już wiem, jestem tego na 100% pewna, ale przecież jeszcze trzeba to powiedzieć na głos. Wydusić z siebie. Złożyć te dziewięć niewinnie wyglądających literek w dwa wyrazy, wziąć oddech i zmierzyć się z tym jak brzmią w moich ustach.

00:32, siberry
Link Komentarze (6) »
piątek, 06 kwietnia 2012

Gardzę (i używam tego słowa świadomie) ludźmi, którzy tak po prostu poddają się, oddają walkowera, nie rzucają rękawicy. Fascynuje mnie to, że są osoby, którym o wiele łatwiej jest zaakceptować porażkę, niż pogodzić się z przegraną, ale wiedząc, że próbowało się zawalczyć.

Nie uznaję wywieszania białej flagi, rozkładania rąk i biadolenia na wytartej kanapie. 

Pamiętam jak ciężkie były dla mnie pierwsze tygodnie w nowej pracy. Na początku wydawało mi się, że jestem za słaba, że nie dam rady, że to mnie po prostu przerasta. Jednak mam taki przekorny charakter, że lubię udowodnić sama sobie, że się mylę. Ponadto, niezwykle wkurwiało mnie to, że ludzie myśleli, że jestem asystentką swojego szefa, bo jestem gówniarą stukającą obcasami, która pochodzi z trzeciego świata, czyli z Polski.

Pamiętam jak jeszcze na trzecim roku studiów doszłam do ostatniego etapu rekrutacji do jednego z większych banków inwestycyjnych. Jednak moje ego zostało sprowadzone do parteru i ostatecznie nie dostałam oferty pracy. Na piątym roku ten sam bank przeprowadzał rekrutację w Warszawie. Poszłam na assessment center dla sportu, mając już podpisaną umowę o pracę z inną firmą. Dostałam się, wynegocjowałam wyższą pensję, przeprowadzkę do Londynu, po czym pokazałam im środkowy palce. Wiem, strasznie głupie i szczeniackie podejście, ale wtedy chciałam sobie udowodnić, że potrafię. Teraz szkoda by mi było na to czasu.

A praca w londyńskim city wcale nie jest taka glamour jak się wszystkim wydaje. Owszem, są obrotowe szklane drzwi, faceci w koszulach szytych na miarę z wyszytymi inicjałami, szampan na imprezach firmowych, kolacje w najlepszych knajpach w mieście, ale z takim poziomem stężeniem skurwysyństwa na metr kwadratowy nie spotkałam się jeszcze nigdy wcześniej. Nadal czuję się trochę nieswoja wśród city boys, czyli aroganckich gnojków, którzy bez mrugnięcia okiem sprzedaliby własną matkę i wbili nóż "koledze" siedzącemu biurko obok. Ja rozumiem, że można pozjadać wszystkie rozumy jeżeli pokona się pierdyliard kandydatów na jedno miejsce, ale błagam, wciskanie klawiszy i przewalanie liczb na trzech monitorach to nie operacja na otwartym sercu.

Jestem zwierzęciem stadnym. Na poprzednim stanowisku, kiedy miałam swój zespół pielęgnowałam klimat zawsze razem, nigdy przeciw sobie. Bezlitośnie tępiłam wszelki próby kozaczenia, albo prania działowych brudów wśród osób trzecich. Oni doskonale wiedzieli, że na zewnątrz będę o nich walczyć jak lwica, ale też mieli świadomość, że jak dadzą ciała to zjebiki będą konkretne, ale nigdy na forum, zawsze w cztery oczy. W city trzeba szybko zagłębiać tajniki azjatyckich sztuk walki, czyli zacząć stosować permanentną strategię w stylu przyczajony tygrys, ukryty smok, bo nie wiadomo z której strony nadejdzie cios. Nic dziwnego, że niektórzy odreagowują stres codziennie obalając butelkę wina przed snem, bo adrenalina kotłująca się we krwi nie pozwala zasnąć. Kilkutygodniowe zwolnienia chorobowe spowodowane stresem są poniekąd wpisane w zawód.

Dlatego myślę, że nie do końca pasuję osobowościowo do nowego miejsca pracy. Bycie korporacyjną suką po prostu nie leży w mojej naturze. Oczywiście jak trzeba potrafię tupnąć nóżką, pokazać rogi i porozstawiać alfa samców po kątach. Inaczej pewnie regularnie siedziałabym w kiblu i wycierała gile spod nosa, co mi osobiście jeszcze się nie zdarzyło, ale krążą legendy o mężczyznach płaczących jak dzieci przed swoimi trzema monitorami.

O wiele bardziej cenię sobie budowanie relacji. Polecę banałem, ale zdecydowanie wolę budować niż niszczyć. A ciężko jest robić coś na co dzień, co w jakimś tam stopniu kłóci się z moim porządkiem świata. Nie lubię też tego uczucia zaciskania pośladów w biurze, bo nie wiadomo, kiedy ktoś będzie próbował cię wydymać. Chociaż część osób chyba już się przekonała, że nie warto.

Bitch, I am from Poland! 

00:05, siberry
Link Komentarze (6) »
wtorek, 03 kwietnia 2012

Wpadam w lekkim niedoczasie na lotnisko.

Rzutem na taśmę mogę jeszcze odprawić bagaż i tym samym uratować sztandarowy upominek z Polszy [czytaj: Żubrówkę], a na dystansie bramka-kontrola bezpieczeństwa osiągam olimpijskie wyniki.

- Do you have any liquids in your hand luggage?
- No, I don't.
- Are you wearing boots or high heels?
- No, I'm not.

Już witam się z gaską, już przechodzę przez bramkę, kiedy zatrzymuje mnie donośny i zdecydowany, męski głos:

- Miss, I'm going to have to ask you to take off your high heels!

Lekko zdziwiona cofam się. Posłusznie ściągam buty. Kładę na taśmę swoje trzewiki na marnym, 4-centymetrowym obcasiku i mówię:

- You really call these high heels? Seriously?eak line

Można wyciągnąć dziewczynę z Rosji, ale Ruski z dziewczyny już nigdy nie wyciągniesz. 

--------------

off-topic: ktoś się zna na html-owych robakach? jak zrobić żeby nowy szablon zachowywał linię podziału w notkach? teraz zapodaję rasową manuelę, czyli wstawiam jakąś literę i zmieniam kolor na biały [taka sprytna jestem!], ale przyznaję to nie jest idealne rozwiązanie. Hilfe. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie?

00:35, siberry
Link Komentarze (7) »

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u