RSS
środa, 27 kwietnia 2011

[Ogłoszenie parafialne: uwaga będę marudzić]

Za oknem ćwierkają ptaszki, drzewka zakwitły, słońce świeci, żółte tuplipany stoją w wazonie, na warszawskie ulice wyszły już klapki pod prysznic, niedługo zacznie śmierdzieć w środkach komunikacji miejskiej, więc wszystkie znaki na niebie i ziemi mówią mi, że mamy pieprzoną wiosnę.

Zamiast nucić sobie wesolutko pod nosem, że śpiewa skowronek nad nami, drzewa strzeliły pąkami, wszystko kwitnie w koło, i ja, i Ty, ja czuję, że nadal jestem w tej samej czarnej dziurze (takiej wielkości tej ozonowej) co kilka miesięcy temu. I jedyne co kwitnie to mój tyłek (cycki niestety bez zmian). Mam poczucie, że nic się nie zmienia, nic się nie dzieje, że powoli moje dni zlewają się w jedną, wielką beznamiętną masę zakrapianą białym winem. Dzień Świra over and over again.

Mam wrażenie, że potrzebuję jakieś eksplozji, wielkiego jebudu, albo chociaż pierdolnięcia meteoru, żeby otrząsnąć się z tego letargu, żeby nie wpaść w jakiś totalny marazm. Mam nastrój w stylu: mam-na-wszystko-wyrąbane i po-co-się-wysilać. Całkiem bezboleśnie udaje mi się prześlizgiwać przez kolejne dni idąc po najmniejszej linii oporu. Ostatnio naprawdę zmuszam się żeby wykazywać przynajmniej minimalne zainteresowanie swoją pracą, bo bardziej interesuje mnie to, kiedy będę mogła posłuchać nowej płyty Incubus, niż to czy Rosyjska sprzedaż da mi w prezencie kolejnego szampana, za to że po raz kolejny uratowałam ich ruski tyłek przed jesienią średniowiecza. W ramach żenujących prób poprawy humoru byłam nawet u fryzjera, ale rewolucji brak. Przez chwilę chciałam nawet zaszaleć i zafarbować włosy na platynowy blond, ale potem przypomniało mi się, że przecież platyna wygląda tylko ładnie przy porcelanowej karnacji i regularnych rysach twarzy. No to niet.

Na ten moment nie oczekuję fajerwerków, ani zastrzyku energii jak po wypiciu cysterny Red Bulla - wystarczy mi, że jeżeli znowuż zacznie mi na czymś naprawdę zależeć. Naiwnie wierzę, że spakowanie swojego życie w parę kartonowych pudełek i przeniesienie ich do innego kraju wszystko by odmieniło niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Wróżki Zębuszki. Pytanie co dalej jeżeli tak nie będzie? Wiem tylko jedno - nie chcę już wracać do tych czterech ścian, gdzie nic na mnie nie czeka oprócz wyblakłych wspomnień. Nie chcę ciągle chodzić w te same miejsce i oglądać tych samych twarzy. Moje życie stało się do wyrzygania nudne i przewidywalne.

"Lepiej skończyć w pięknym szaleństwie niż w szarej, nudnej banalności i marazmie."

No nie wiem. Skok na bungee? Skok w bok?

22:37, siberry
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Brakuje mi świąt, kiedy przy stole odzianym w biały obrus, uginającym się pod domowymi wypiekami siedział tuzin osób. Brakuje mi tego harmidru, przekomarzania się, tych samych historii opowiadanych po raz n-ty i klimatów w stylu 'przeżyjmy to jeszcze raz'. Niestety nie ma gotowych scenariuszy na życie - nawet na to, które ponoć powinno trwać dopóki śmierć ich nie rozlączy.

Jednak nie wyobrażam sobie, że święta można spędzić szusując na nartach, albo wylegując się pod palmą z kolorowym drinkiem w ręku. Święta po prostu muszą być spędzone wśród bliskich. Oczywiście czasami jestem gotowa wyskoczyć przez okno, albo trzasnąć drzwiami i udać się w okolice Trójkąta Bermudzkiego, bo nikt jak własna rodzina nie potrafi wyprowadzić mnie z równowagi, ale i tak poszłabym za nimi wszystkimi (i każdym z osobna) w ogień. Nie do końca akceptuję ten cały przedświąteczny amok w stylu szorowania kibla i polerowania podłogi na wysoki połysk oraz zajeżdżania się prawie na śmierć w kuchni wśród buchających garów, bo sałatka warzywna musi być cieniutko pokrojona. Myślę, że w pewnych kwestiach można pójść na kompromis. Zawsze marzył mi się taki otwarty dom do którego przez cały rok będą wpadać tłumy znajomych z winem, a w okresie świąt będzie brakować miejsc przy stole. Wszystko jeszcze do zrobienia.

W tym roku rozmowy oscylowały wokół rychłego ślubu brata. Sib, wpisałem cię na listę gości +1, więc masz jeszcze TYLKO cztery miesiące na znalezienie sobie chłopaka, który z tobą wytrzyma. Przez cztery miesiące można zrobić naprawdę dużo rzeczy - złożyć do kupy Statuę Wolności, zaliczyć podróż dookoła świata, a taka lwica może nawet 'dostarczyć' nowego lajon kinga, albo Elzę. Jednak coś czuję, że z tym +1 to chyba takie wyzwanie z kategorii mission impossible. Ktoś chętny? Ładnie się ubiorę, zakręcę hollywoodzkie loki, założę szpilki i obiecuję, że nie będę śpiewać, ani za żadne skarby nie złapię bukietu!

Muzycznie na moją aktualną miłość życia zostało mianowane TV on the Radio. Po cichu planuję małą zdradę - niecierpliwie czekam na przesyłkę z dyskografią The Mars Volta zakupioną w Merlinie za 18 peelenów za sztukę! Poza tym kocham się skrycie w głosie Piotra Lisieckiego i pierwsza ustawię się w kolejce, żeby kupić jego debiutancką płytę, ale nikomu o tym nie mówcie, bo to takie quilty pleasure. Jego głos działa na mnie bardziej niż johimbina, ostrygi i szampan razem wzięte. Dreszcze na całym ciele - od koniuszków palców u stóp, aż po same rzęsy. Rozważam rzucanie stanikiem i stringami jak kiedyś wybiorę się na koncert.

I raczej, że od jutra dieta.

20:28, siberry
Link Komentarze (3) »
sobota, 23 kwietnia 2011

Oficjalnie zostałam starą rurą. Oznacza to, że już definitywnie nie zostanę gwiazdą rocka, ani nie nagram seks taśmy, która wstrząśnie internetem. Jakby nie patrzeć moje Warholowskie piętnaście minut "sławy" zostało właśnie wykorzystane, a z tego co się orientuję to przysługuje tylko jeden kwadrans per capita. No cóż - easy come, easy go.

Z rzeczy bardziej przyziemnych to spędziłam trzy godziny rozbijając się wózkiem po Kerfurze. Byłam oaza spokoju, kwiatem na tafli jeziora. Nawet wtedy kiedy mój zad posłużył parę razy jako miejsce parkingowe dla innego wózka. Nawet wtedy kiedy musiałam zanurkować po ostatnie opakowanie cukru pudru głęboko schowane na półce, która wyglądała jak stół cocaine Kate w piątkowy wieczór. Wykazałam się anielską cierpliwością. Liczyłam sobie w głowie do dziesięciu i robiłam dużo głębokich wdechów. Musicie wiedzieć, że normy Unii Europejskiej przy wymaganiach mojej Mom co do na przykład odcienia różu piersi z kurczaka to jakieś marne popierdółki.

W tym roku podeszłam do przedświątecznych zakupów metodycznie. Powoli i bez litości niczym radziecki czołg przemierzyłam z Mom WSZYSTKIE alejki z jedzeniem. Nie znoszę kiedy po wniesieniu dwudziestu siat na górę nagle słyszę: o-o na śmierć zapomniałyśmy (liczba mnoga sugerująca odpowiedzialność zbiorową) o XYZ, bez XYZ świąt po prostu nie będzie! musisz natychmiast wrócić po XYZ!, bo to oznacza między innymi ponową walkę na śmierć i życie o miejsce parkingowe oraz opracowywanie strategii, w której kolejce do kasy najlepiej się ustawić (i tak zawsze ustawiam się w tej, w której kończy się papier do wydruku rachunku). Jakby znalazł się jakiś wujek-dobra-rada, że przecież w XXI wieku zakupy można robić przez internet, które miły pan wniesie Ci niemalże do samej lodówki, to spieszę informować, iż zakupy przez internet to samo zło, bo nie można samemu wybrać wielkości selera. Później czekało mnie już tylko jeżdżenie ze szmatą, wdychanie CIFa i walenie mięsa tłuczkiem.

Mam również parę propozycji na nowe pytania do Milionerów (tych za najwyższą stawkę ma się rozumieć): Jak to możliwe, że nie masz miksera w domu? Jak mogłaś nie umyć okien na święta? Mikser zawsze chciałam mieć, ale taki do skreczowania. I fakt okna mam jak stół Durczoka, więc jak macie namiary na Rurka to ja będę zobowiązana. Mogę nawet coś ugotować w ramach podziękowań. Specjalizuję się w brownie (rozpływającym się w ustach, a nie w dłoni), cukinii zapiekanej z kurczakiem oraz robię wypasioną sałatkę grecką, ale to wszystko niestety słabo komponuje się z białą kiełbasą i żurkiem.

To życzę Wam samych grande cohones!

00:50, siberry
Link Komentarze (4) »
czwartek, 21 kwietnia 2011

Jakiś czas temu przeszłam na tryb bitch, który obecnie osiągnął poziom red alert. Nigdy nie byłam spolegliwym kociakiem, ale ostatnio moja zołzowatość rozprzestrzenia się szybciej niz El Niño.

Pełnia jakaś? Saturn się cofa? PMS w opcji hardcore? Wiecie coś?

00:48, siberry
Link Komentarze (7) »
niedziela, 17 kwietnia 2011

W Warszawie oficjalnie mieszka 1.7 mln ludzi, a ja regularnie chociaż zupełnie przypadkowo wpadam na pewnego osobnika. Platon jest wysoki, pyskaty i nosi koszulki Star Wars, czym absolutnie rozkłada mnie na łopatki. Bardzo chętnie złożyłabym aplikację i umówiła się z nim na rozmowę jednak nie jestem pewna czy pomimo wolnego wakatu obecnie trwa jakakolwiek rekrutacja oraz czy moja kandydatura w ogóle zostałaby wzięta pod uwagę. Chociaż kiedyś poprosił o mój numer, ale ja tego samego dnia - w do tej pory niewyjaśnionych okolicznościach - zgubiłam swoją ukochaną, oldskulową Nokię ze zbitą szybką pamiętającą prekambr. Platon chyba nigdy w to do końca nie uwierzył  i pewnie nadal myśli, że podałam mu zmyślony numer (dżizas ktoś jeszcze bawi się w takie akcje? seriously?). A ja myślę, że wszechświat ma bardzo złośliwe poczucie humoru, bo nasze ścieżki zbyt często się krzyżują. Na przykład wczoraj na przystanku tramwajowym. W sumie czemu nie? Przecież w Warszawie jest raptem tysiąc pięćset sto dziewięćset przystanków. To chyba było najdłuższe oczekiwanie na zmianę światła dla pieszych ever. Po powitalnym cmoku w policzek, nastąpiły moje żenujące próby wyduszenia z siebie czegoś zabawnego, albo chociaż mniej kompromitującego niż zazwyczaj. Chyba nie muszę pisać, że wyszło jak zawsze? Przysięgam - wczoraj światła na przejściach zmieniały się raz na wieczność. Myślałam, że jestem już za stara na miłość platoniczną, ale jak widać high school musical ciągle gra i ma się całkiem dobrze.

Chciałam jeszcze napisać o tym jak dałam się wyciągnąć Antonio na Pragę, gdzie noc sponsorowało m jak mohijto. Jak na sam koniec powiedział mi: Siberry, my ego has never hit the floor so many times during one evening. You are trouble, girl - a ja byłam przekonana, że to oznacza koniec dalszych prób ocieplania stosunków polsko (rosyjsko) - hiszpańskich. Jednak nie napiszę tego wszystkiego, bo nierozważnie dałam się namówić koleżance na fitness i zaraz odpadną mi ręce. Jednak wymachiwanie ciężarkami przez godzinę w rytm technosieczki, której nie powstydziłby się żaden podrzędny klub na głębokich obrzeżach Berlina nie leży w mojej naturze. Wolę rower, a ostatnio bardzo kusi mnie żeby odpalić wrotki, albo trochę porzucać do kosza na moim Harlemie.

A jutro rozmowa rekrutacyjna. Tym razem taka prawdziwa. O pracę. Uprasza się o trzymanie kciuków, bo na podstawie wywiadu środowiskowego, który przeprowadziłam obawiam się, że rozmowa może dość szybko przerodzić się w rzeź niewiniątek, gdzie w roli niewiniątka wyjątkowo wystąpię ja.

21:47, siberry
Link Komentarze (20) »
sobota, 16 kwietnia 2011

Z pierwszymi randkami jest tak jest z rozmowami kwalifikacyjnymi. Im więcej masz w swoim portfolio, tym większe szanse na powodzenie wtedy kiedy naprawdę Ci zależy.

Przed zastanawiasz się w co się ubrać, żeby dobrze wyglądać, ale nie tak żeby wydawało się, że przed lustrem spędziło się pół dnia i przewaliło całą szafę. W trakcie starasz się zrobić jak najlepsze wrażenie, ale nie za bardzo żeby nie wyjść na desperata. Na obydwa spotkania przychodzisz punktualnie i czujesz lekką tremę, a czasami nawet motylki w brzuchu. Po krótkim tell me about yourself płynnie przechodzi się do dłuższej sesji Q&A, czyli mniej lub bardziej podchwytliwych pytań mających na celu wybadanie czy przed nami siedzi godny przeciwnik. Szukasz cech wspólnych, albo wręcz przeciwnie w zależności od tego jak rozwija się sytuacja na froncie. Bardziej przypomina to przeciąganie liny, ale czasami zamienia się w zabawę w kotka i myszkę. Ty zawsze chcesz być kotkiem. Miau.

Jest jednak parę różnic.

Przed rozmową kwalifikacyjną pijesz melisę, a przed randką kieliszek białego wina. Na interwju malujesz usta na kolor nude, a na wieczorne przesłuchanie stroisz się w barwy wojenne, czyli na ustach pojawia się czerwień bardziej w odcieniu fuck-me-red. Rozmowa ma ściśle ustalone ramy czasowe, a casting na brand new księcia/księżniczkę może na przykład zacząć się w piątek i skończyć w sobotę. Po rozmowie kwalifikacyjnej nigdy nie ma kaca (tego moralnego również), ale za to randce można do woli trzepotać rzęsami, nawijać kosmyki włosów na palec i na durne pytania odpowiadać z rozbrajającym uśmiechem i pewnością siebie: Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi. Wyobrażacie sobie minę lalki z ejcz arów, gdyby tak wypalić na sztandarowe pytanie Gdzie się Pani widzi za pięc lat? - nagła śmierć jak nic. Jednak kluczowa różnica polega na tym, że rozmowa kwalifikacyjna najczęściej kończy się słowami "Jeszcze się do Pani odezwiemy", a randka "Saj, czy mogę się jeszcze do Ciebie odezwać?".

To ja idę otworzyć sezon rowerowy.

***** apdejt @ 14:10 ****

Damn it, kto ma pożyczyć pompkę ?!

13:21, siberry
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Pomimo deszczu i braku parasolki postanawiam przejść się na rynek, bo nie byłam tutaj z jakieś trzy lata. Całe szczęście, że jestem z tego typu kobiet, którym rano "ułożenie" włosów zajmuje niecałe siedem minut, czyli tyle co ich niedbałe wyszusznie. Nawijanie włosów na szczotkę jedną ręką i misterne wymachiwanie suszarką drugą, zdecydowanie przerasta moje zdolności manualne - poza tym znacznie skróciłoby mój beauty sleep, a wiadomo że w życiu trzeba mieć priorytety. Owijam więc szaliczek w panterkę wokół głowy i ruszam późnym wieczorem w miasto.

Pamiętam, że w swoją pierwszą DELEGACJĘ przyjechałam właśnie do tego miasta. Teraz zatrzymałam się w tym samym hotelu, co wtedy i przypomniało mi się jaka wtedy byłam onieśmielona tym całym pięciogwiazdkowym przepychem, marmurami na recepcji i panem, który próbował mi wyrwać torbę i zanieść na górę. Kiedy weszłam do swojego pokoju, który objawił mi się niczym królewska komnata, stwierdziłam, że hotelowe łazienka jest tylko nieco mniejsza od mojej całej wynajmowanej kawalerki. I tak największy szok przeżyłam, kiedy zobaczyłam, że paczuszka orzeszków solnych z mini baru kosztuje osiem złotych. No jak to OSIEM ZŁOTYCH? Przecież to tyle co dwa browary w Czarnej Owcy! (tak na studiach obowiązywała waluta ilezatomożnakupićbrowarów). Tuż po zakończeniu swojej edukacji byłam bardziej przyzwyczajona do takiego simple life - wiecie: karimata, namiot, a szczytem luksusu wydawało mi się gnieżdżenie przez dwa dni żeby dobujać się w autokarze bez klimatyzacji do Grecji i z poczuciem niesamowitej ulgi wstawić walizkę do pokoju po którym biegały jaszczurki. Teraz po nieskończonej ilości nocy spędzonych w hotelach jestem może nie tyle co rozpuszczona (no dobra, może trochę), ale zdecydowanie bardziej wymagająca. Jednak nigdy nie mam w zwyczaju wykłócać się na pół lobby, że "w pokoju jest syf i kurwa brakuje ręcznika". Wszystkie tego typu sprawy załatwiam z uśmiechem na twarzy i jestem bardzo grzeczna, ale kiedy wymaga tego sytuacja potrafię też tupnąć nóżką. Zazwyczaj wychodzę na tym o wiele lepiej, niż wydzierający się na obsługę wielcy panowie dyrektorzy w źle skrojonych i na dodatek za małych garniturach, którym nie znany jest termin asertywność, bo to ten typ, którego nikt w domu również nie nauczył, że po sikaniu trzeba opuścić deskę od kibla.

Ale wracając do meritum...

W czasie tej pierwszej podróży służbowej miałam przedstawiać dziesięć slajdów o tym jak to fantastycznie jest zaprzedać dusze korpo i radośnie walić w laptopa przez (oficjalnie) osiem godzin dziennie (nieoficjalnie coś bliżej dziesięciu). Kiedy stanełam na wielkiej sali wypełnionej po brzegi studentami i zobaczyłam te wszystki zaciekawione (niektóre skacowane) spojrzenia wycelowane w moim kierunku poczułam się jakbym znowuż miała osiem lat i miała wyrecytować przed całą szkoła wierszyk ku chwale ojczyzny. Poczułam się jakbym znowuż stała na samym środku ogromnej sali gimnastycznej w granatowej, plisowanej spódniczce i białych podkolanówkach z wytrzeszczem oczu spowodowanym zbyt mocno związanymi kucykami po bokach głowy zwieńczonymi obowiazkową, czerwoną kokardką. Aksamitka przewiązana wokół mojej wątłej szyjki z każdym przełnięciem śliny stawała się coraz ciasniejsza i ciasniejsza...

Z przedstawieniem się i powiedzeniem czym się zajmuję jeszcze dałam sobie radę, ale kiedy na wielkim telebimie wyświetlił się slajd numer dwa nagle poczułam totalną pustę w głowie (w sensie większą niż zazwyczaj). Nie potrafiłam sobie przypomnieć, ani nawet wydedukować o co miało chodzić w tej pajęczynie strzałek i zawijasów. Zaczełam się plątać, mieszać w zeznaniach - jeszcze trochę i jestem przekonana, że zaczełaby mi spływać kropelki potu po starannie wypudrowanym czole. Po paru długich i donośnych yyy stwierdziłam, że trzeba jakoś przerwać tę żenadę i wypaliłam: No dobra. Ja bardzo przepraszam, ale jesteście świadkami mojego pierwszego razu i... nie zdążyłam dokończyć tej błyskotliwej myśli, bo na sali zdominowanej przez dorastających facetów rozległ się gromki aplauz i śmiech. Potem już poszło całkiem gładko, bo bardziej pogrążyć się nie mogłam. Jednak HR już jakoś nigdy więcej nie poprosiły mnie o dawanie publicznych wystąpień na uczelniach. Do tej pory nie rozumiem dlaczego, bo po feedbacku jaki dostałam mam pewne przypuszczenia, że mógł pęknąć rekord w ilości złożonych aplikacji w ramach rekrutacji na nowych korponiewolników. A ja od tamtej pory wyznaję zasadę, że prezentuję tylko i wyłącznie slajdy, które ja sama wysmażyłam.

Nie wiem czy wszyscy kelnerzy w tym urokliwym (choć kapryśnym) mieście proszą o wyraźne napisanie imienia i nazwiska na wydruku potwierdzającym zakup dokonany kartą po tym jak już wcześniej wstukałam PIN i na odchodne patrzą się głęboko w oczy i mówią: Mam nadzieję, że do szybkiego spotkania. Niezwykle miłe. Zwłaszcza jeżeli wygląda się jak zmokła kura.

22:27, siberry
Link Komentarze (8) »
niedziela, 10 kwietnia 2011

Colę piję tylko kiedy jest jedynym ze składników drinka, albo na kacu. W sobotę wydudniłam prawie dwu litrową butlę i nie byłam specjalnie mobilna. W okolicach południa udało mi się przenieść moje zwłoki na salony i koncentrowałam się na prostych czynnościach w stylu oddychanie, leżenie, oddychanie. Zderzenie rzeczywistości z blogową percepcją może okazać się niezwykle bolesne. I nie mam tu tylko na myśli potwornego bólu głowy dzień po i (niewysłuchanych) modlitw o rychłą śmierć. Można na przykład dowiedzieć się, że rozmiar mojego tyłka jest zdecydowanie przereklamowany - tak samo jako rozmiar klaty. Wszelkie dalsze zażalenia proszę składać do centrum dowodzenia polskim, pospolitym ruszeniem pod nazwą Zmierz cycki zwanym również jako bra-fittingi. Anyway, jedna z dam to szatan na parkiecie, a druga zakłada najkrótsze sukienki na świecie. Koniec i bomba kto liczył na więcej ten trąba ;)

Antonio z piętnastego piętra potrafi rozbawiać mnie jednym zdaniem i zaprasza na tête à tête kusząc obietnicami nauki salsy. Całe szczęście, że prognoza pogody na najbliższy tydzień oscyluje tylko wokół dziesięciu stopni:

22:41, siberry
Link Komentarze (4) »
piątek, 08 kwietnia 2011

Czarna kreska na powiekach. Paznokocie pomalowane na wyuzdaną czerwień. Podobny kolor tuż przed wyjściem wyląduje na ustach. Byłam w 100% przekonana, że odcień Russian Red powinien być stworzony wprost dla mnie, ale jednak niet. Po długich poszukiwaniach udało mi się w końcu kupić idealną, czerwoną szminkę, której skuteczność zamierzam wypróbować dziś wieczorem. Jeansy w wersji skinny, a w nich mój tyłek w wersji not-so-skinny, ale trudno. Już pogodziłam z faktem, że nie schudnę przez najbliższe dwie godziny. A poza tym liczy się wnętrze, prawda? Zostosuję strategię odwrócenia uwagi - czyli na pierwszy plan pójdą cycki. Założę obcasy i zapodam jakiś bling bling na szyję i jestem gotowa na blogową (prawie) premierę, albo raczej na princess night out :)

"Saj jawiła się w mej wyobraźni jako anorektyczna, wysoka efemeryczna blondynka w typie Cate Blanchett czy tam innej Gwenyth Paltrow".  Jak widać koleżanki mają wybujałą wyobraźnię także już teraz czuję, że sobotę będzie można spisać na straty. Buzi buzi.

18:42, siberry
Link Komentarze (5) »
czwartek, 07 kwietnia 2011

Zamiast być nieodpowiedzialną smarkulą chodzącą spać w środku nocy i zjawiającą się w biurze lekko przed dziesiątą – dzisiaj wyjątkowo już po ósmej pilnie siedziałam za biurkiem i waliłam w laptopa tak, że aż dym szedł spod klawiatury. Później  zajmowałam się sprawami niezwykle dorosłymi. Pojechałam wymienić opony. Totalnie ignorując ulewę za oknem wykąpałam samochód w wersji premium grand (raz na kwartał może być w opcji pa ruski – czyli na bogato). Wypełniłam PITa. Nawet zainwestowałam część bonusa w lokatę strukturyzowaną zamiast w kolejną parę szpilek. I tylko raz w czasie telekonfernecji wymsknęło mi się soczyste what the fuck jak usłyszałam kolejny, genialny pomysł z headoffice, ale to się jakby nie liczy, bo byłam przekonana, że mam wyciszony mikrofon. Dzisiaj też po raz pierwszy użyłam sformułowania: Hi it’s Siberry from Russia speaking – już mi się nie chce tłumaczyć, że to ze zajmuje sie wschodem, wcale nie oznacza, że jestem Rosjanka, mieszkam w Moskwie i maluję powieki niebieskiem cieniem i chodzę do pracy obwieszona złotem w mini w panterke ledwo zakrywającą mój wielki J.Lo tyłek. Kiedyś na spotkanie ze sprzedaża w Polsce przyjechała Rosjanka - taka rasowa. Była ubrana w standardowy moskiewski korpo-mundurek: 10 cm szpilki, krótka, obcisła sukienka ze wstawkami ze skóry, rozpuszczone dlugie, spalone od farby blond pukle i jakies pół kilograma błyszczyka na ustach pernamentnie wygiętych w le dziubek. Sib, co to za call girl na tym spotkaniu? Marcin, let me introduce you to Svetlana. Sveta is the boss of YOUR BOSS. Now Marcin would you be a gentleman and bring us two cups of coffee? Lots of milk and no sugar. Spasibo.

Ale nie o tym mialo byc.

Moim największym osiągnięciem tego fantastycznego dnia jest to, iż z twarza pokerzysty wysłuchałam najswieższej, biurowej ploty. Otoz mój X bierze w tym roku ślub. Ba! Nie tylko zachowałam kamienna twarz i przyjełam tą jakże slodka wiadomość na moją klate w rozmiarze D niczym rasowa „zimna suka”, ale nawet zabłysnełam kąśliwą uwagą i wszyscy troche sie pośmialiśmy w biurowym zaciszu pomiędzy drukarkami. Totalnie nic nie czuje. Chyba. Już od jakiegos czasu wyświetlałam w swojej ruskiej/naiwnej (dowolne skreslić) głowie dokladnie taki scenariusz. Leciały różne komentarze w stylu: desperacja, wpadka, jak się nie ma tego co się lubi, to się lubi co się ma - ale ja się totalnie od tego odcinam i nie wdaję się w tego typu dyskusje. Pierdoli mnie czy to miłość, czy wygoda -  ajm hepi for ju bołf. Mimo wszystko to jest osoba, z którą kiedys planowałam się zestarzeć. Bardziej interesuje mnie czy dostała pierścionek lepszy ode mnie. Bo wiecie, na ten mój to mi teraz nawet szkoda czasu żeby odstawić go tam gdzie jego miejsce - czyli do komisu. Chociaż przyznam się, że kiedy po raz pierwszy raz zakładałam go na palec wydawało mi się (z naciskiem na wydawało sie), że jestem najszczęśliwszą dziewczyną na ziemii. A long time ago in a galaxy far, far away.

Wracajac do domu przeskakujac przez stacje radiowe trafilam na „You ought to know” Alanis Morissette. To tak z dedykacją dla mnie było.

It was a slap in the face how quickly I was replaced
Are you thinking of me when you fuck her?

20:21, siberry
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u