RSS
czwartek, 29 marca 2012
  • Facet rozróżnia dwa „kolory” włosów u kobiet. Jasny i ciemny. Zmiana z ‘gorzkiej czekolady’, na ‘orzechowy brąz’ pozostanie niezauważona. Ciemne, to ciemne. Za to koleżanki skomentują nowy wygląd od razu, zwłaszcza jeżeli ten głęboki burgund okazał się być nie do końca „twarzowy”.

 

  • Facet się poci, dziewczyna się świeci.

 

  • Na trzy dniowy wyjazd facet zabierze ze sobą jedną parę spodni, trzy koszulki i jak dobrze pójdzie komplet gaci i skarpet na zmianę. Kobieta wypcha swoją torbę do granic możliwości [wielkość torby nie ma żadnego znaczenia, absolutnie żadna nie jest zbyt duża] i jeszcze znajdzie r parę rzeczy, która można załadować do bagażu swojego mężczyzny, bo przecież nie będziemy wozić powietrza. Jestem przekonana, że limit bagażowy został ustalony przez linie lotnicze głównie z powodu kobiecych umiejętności zapakowania połowy chałupy na 2-owy wyjazd.

A

  • Nieogolony facet uchodzi za hipstera, artystę, luźnego kojota, lub symbol seksu. Kobieta powinna być zawsze i wszędzie gładka jak pupcia niemowlęcia, inaczej jest zapuszczona i nie dba o siebie.

a

  • Pierwszego dnia w nowej pracy, facet przekracza próg biura z miną w stylu "to ja! ten zajebisty koleś! właśnie przyszedłem! to co tam dla mnie macie? dawajcie". Sam fakt, że to właśnie ON został wybrany spośród wszystkich kandydatów jest potwierdzeniem jego absolutnej wyjątkowości. Z kolei kobieta od samego początku zakasa rękawy, bo czuje, że musi udowonić wszystkim dookoła, ale przede wszystkim sama sobie, że nie jest rekrutacyjną pomyłką. 

aa

  • Facetów rozpiera duma, kiedy przejdą kolejny etap w Counter Strike, zrobią „kac kupę” (którą koniecznie trzeba się pochwalić) i pobiją swój życiowy rekord w piciu alkoholu bez rzygania. Kobieta dostanie orgazmu, kiedy usłyszy, że wygląda zjawiskowo, albo ktoś podsunie jej kanapkę i powie „zjedz coś, jesteś taka chudziudka”.

a

  • Wybuch bomby atomowej przeżyją karaluchy i kobiecy foch. Facet jest naburmoszony tylko do momentu odwrócenia jego uwagi. Pokaż mu cycki i będzie po temacie.

a

  • Rozwalony facet na kanapie z puszką piwa i chipsami, wrzeszczący do telewizora „leć Adaś, kurwaaaaa leć” ma hobby,  interesuje się sportem. Kobieta śledząca nową kolekcję wiosna-lato 2012 z wypiekami na twarzy jest pusta i powina się zająć czymś pożytecznym. Na przykład robieniem obiadu lub wstawieniem prania. Sortowanie ubrań według koloru jest zajęciem godnym specjalistów z NASA.

    a

  • Facet ma umysł analityczny. Kobiety uwielbiają rozkładać gówno na atomy.

a

  • Facet oczekuje od kobiety trzech rzeczy. Seksu, bezwarunkowej akceptacji i lojalności[kolejność nie jest przypadkowa]. Kobieta oczekuje od faceta...eee..o tym można by książkę napisać.
12:18, siberry
Link Komentarze (14) »
środa, 28 marca 2012

W jednej z mrocznych knajp na Camden Town, ktoś na drzwiach toalety napisał czarnym flamastrem: talk to a stranger today. I to jest kwintesencja Londynu. Wymieniasz parę zdań z zupełnie przypadkową osobą stojąc w kolejce po swoją dzienną dawkę kofeiny, albo odbierając rzeczy z pralni. Pogawędkę o dupie Maryni kończysz sakramentalnym have a nice day, bo absolutnie pod żadnym pozorem, ani groźbą powolnego przypalanie nie można być rude [how rude?!]. Jednak wymawiając te słowa trzeba obowiązkowo przejść na taki nienaturalnie wysoki, nieco piskliwy ton głosu (inaczej się nie liczy!). Takie baaaaj hew a najs dej! No dobra, trudno opisać dźwięk, ale wiecie ocokaman.

a

Zdarza się, że w knajpie kończy się zamówiona do kolacji butelka białego, półwytrwanego, ale kelner i tak co chwila uzupełnia powstałe braki w pękatym kieliszku. Widząc zdziwienie na mojej twarzy, pochyla się nad stolikiem, puszcza oczko i nieco ściszonym głosem mówi: it's on the house, ladies. W barze można spotkać gościa, który twierdzi, że wygrał w lotto, przeprowadził się z północy Anglii do Londynu i zupełnie nie wie co ma ze sobą teraz zrobić. Fakt, że samotnie pije szampana prosto z gwitna przy pstrokato podświetlonym barze, tylko potęguje moje uczucie współczucia. Biedny, biedniutki milioner. W drodze powrotnej do domu taksówkarz z długą brodą opowiada mi jak dwadzieścia lat temu z Iraku można było wyemigrować do UK przez Indie za 200 USD. Dwieście dolarów, na które składała się cała wioska, dawało nową tożsamość, paszport i obietnicę lepszego życia. Jak tylko będzie wystarczająco bezpiecznie on natychmiast zamierza wrócić do domu. I akurat jemu wierzę.

a

Lubię Londyn za dostępność. Dostępność knajp, barów, teatrów, koncertów, designu, smaków z każdego zakątka świata, pajęczyny połączeń lotniczych i wolnych facetów po trzydziestce. Ci ostatni w Warszawie to gatunek mocno zdziesiątkowany, wręcz wymierający. Tak jak oscypek, miód drahimski i fasola "Piękny Jaś" powinni znaleźć się pod unijną ochroną. Na takich trzeba chuchać i dmuchać. Za to tutaj jest stały dopływ świeżego towaru z całego świata. Prima sort.

v

Chadzam na randki, bo w Londynie to zupełnie normalne, że ktoś mówi mam świetnego kolegę, musisz go koniecznie poznać! Na początku podchodziłam do tego typu inicjatyw jak do jeża. W końcu jeden z panów siedzi w więzieniu, a drugi chyba jednak woli chłopców niż dziewczynki. Jednak później okazało się, że nie ma w tym niepotrzebnego nadęcia, stawania na rzęsach, prężenia bicepców, lub cycków [w zależności od powierzchowności]. Ot, niezobowiązujące wyjście na drinka po pracy. Stałam się maksymalną ekstrawertyczką. Czuję głód poznawania nowych osób.

a

W Londynie wyszło słońce. Za słońcem na ulice wyszły klapki, japonki, krótkie spodenki i koszulki na ramiączkach. Ludzie, lato w pełni! Wprawiam w zdziwienie kolegę z pracy, kiedy przed wyjściem zakładam trencz i cienki szalik. No jak to? PŁASZCZ? W marcu? But you're from Poland, mówi z wyrzutem, you're not supposed to be cold!v

v

23:38, siberry
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 26 marca 2012

Pytania w stylu jak ty to zrobiłaś działają na mnie jak płachta na byka. Przeleciałam pół biura i zrobiłam laskę życia prezesowi. Nie, Tatuś nie załatwił mi nigdy pracy, ani nie mam sponsora, który zza kuluarów wielkiej korporacji steruje moją pseudo-karierą przy pomocy swojej magicznej różdżki, a ja jestem nałożnicą [jego i tej różdżki].  

a

Ty to zawsze miałaś szczęście. Oczywiście. Codziennie rano sprawdzam swoją wibrację życia i jak jest negatywna, to zamieniam się w Lindę Evangelistę z głębokich lat dziewięćdziesiątych i ni chuja nie wychodzę z łóżka. Generalnie to siedziałam na dupie, żarliwie się modliłam (z przerwami na dłubanie w nosie), aż pewnego dnia słyszę puk, puk, otwieram drzwi, a tam praca zagranicą!

a

Coś za coś, Sib. Ty robisz karierę, wozisz się po wielkim świecie, ale wracasz do pustego mieszkania. Szkopuł w tym, że ja nigdy nie chciałam wspinać się po szczebelkach korporacyjnej drabiny. Tak po prosto wyszło. Zawsze myślałam, że przed trzydziestką urodzę małą drużynę piłkarską dzieci, żeby w okolicach 50tki wysłać te wszystkie bachory na studia (na drugi koniec kraju, albo najlepiej na inny kontynent) i mieć święty spokój. Niestety nie poznałam jeszcze nikogo z kim chciałabym współdzielić swoje zajebiste geny i nie ma to absolutnie żadnego związku z moją pracą.

a

Kiedyś czułam się maksymalnie skrępowana pytaniami ile płacę za wynajem mieszkania w Londynie. Osiągnęłam mistrzostwo w wymigiwaniu się od odpowiedzi. A po pierwsze to nie jest niczyj zasrany interes, a po drugie jestem tak zajebista, że firma postanowiła mi za nie płacić. Tak właśnie, jestem zajebista i dlatego jestem tu gdzie jestem. I od tej pory zamiast spuszczać wzrok i czuć zakłopotanie będę po prostu mówić prawdę.

a

Nikt mi niczego nie podał na złotej tacy, a tym bardziej nie załatwił po znajomości. Oczywiście odrobina szczęścia na pewno się przydaje, ale chcę wierzyć, że większe znaczenie mają jakieś tam kompetencje, doświadczenie i determinacja, niż cofający się Saturn, czy też szczurze odchody rozrzucane w odpowiedni sposób przy księżycu w nowiu.

a

Po prostu pewnego dnia, kiedy zostałam dużą dziewczynką i rozplątałam warkoczyki uświadomiłam sobie, że mając niezależność masz wybór. Jakiś wewnętrzny imperatyw, albo być może lekcja wyniesiona z rodzinnego domu, sprawia, że chcę być kowalem własnego losu. Nic więcej.

a

Fajnie gdyby, ktoś częściej bez zaciśniętych zębów potrafił powiedzieć:
Siberry, super. Cieszę się, że nieźle ci się układa.

22:28, siberry
Link Komentarze (29) »

Lubię takie późne, marcowe popołudnia, kiedy w słońcu czujesz już wiosnę, ale w cieniu jeszcze lekko kąsa zima. Ja jestem z typu tych ciepłolubnych. Buchający kaloryfer, miękki koc, kubek gorącej herbaty z miodem i cytryną, albo grzaniec. Jednak gdybym tylko raz w roku mogła pojechać na urlop bez chwili zawahania wybrałabym narty i góry, zamiast leżenia pod przysłowiową palmą.

Kocham jazdę na nartach. Kocham miłością trudną, bo pomimo tego, iż dawałam radę dotrzymywać tempa w jeździe dwóm facetom, to ciągle chcę być lepsza. Chcę jeździć tak jak ten chłopak w czerwono-czarnym kombinezonie, od którego nie mogłam oderwać wzroku. To nic, że on pewnie debiutował na oślej łączce mając jeszcze pieluchę w gaciach. Pewne, płynne ruchy, nogi maksymalnie blisko siebie i to zacięcie na twarzy. Ja też tak chcę! Ja też! Poza tym to był cholernie seksowny widok. Zapewne czar prysłby równie szybko jak w przypadku motocyklistów, czyli tuż po zdjęciu kasku, ale co tam. Jednak taki niedościgniony narciarz i moje wyobrażenie na temat jego mocnych i zdecydowanych ud, działa na mnie bardziej niż głęboki, alkoholowo-papierosowy tembr głosu. Mam taki dziwny fetysz, że lubię przy facecie czuć się jak półgłówek, albo potrzebuję, żeby on był w czymś maksymalnie lepszy ode mnie. Jazda na nartach, języki obce, design lat 50-tych, street art, lepienie pierogów. Cokolwiek. You name it.

Mało co daje mi takiego kopa energetycznego jak robienie tych 40-50 km dziennie i padanie na twarz w okolicach dobranocki. Ciągle się dziwię, że można pokonać takie odległości z dwoma deskami przypiętymi do stóp, nadal żyć, oddychać i cały czas mieć dwie ręce i nogi. Uwielbiam takie zmęczenie, kiedy ledwo trzymasz się na nogach, czujesz każdy mięsień, a poranne dopinanie butów wydaje się być średniowieczną torturą. Tak naprawdę to lubię nawet oglądać swoje siniaki pod prysznicem, trofea po zaliczonych glebach, ale do tego przecież nigdy przenigdy nikomu się nie przyznam.

Jestem z tego typu szaleńców, którzy potrafią dokonać takich heroicznych czynów jak pobudka o szóstej rano (na urlopie, NA URLOPIE - ja do pracy tak wcześnie nie wstaję!), żeby po siódmej już niecierpliwie siedzieć w jednej z pierwszych gondolek. Na dole widać już trawę i pierwsze pąki, a u góry rozpościera się widok ciężkich czap śniegu i szczytów skąpanych we mgle. Lubię to! Na palcach jednej ręki mogę policzyć rzeczy, które dają mi tyle przyjemności, co przypięcie boazerii, nałożenie gogli, odgarnięcie dwóch kitków wystających spod kasku i zjazd po pustym stoku, kiedy pod nartami czuję jeszcze świeży "sztruksik".  

Zimne piwo wypite na leżaku. Twarz łapczywie wystawiana do słońca, kiedy krzesełko leniwie transportuje twoje zwłoki zurück na górę. A schnitzel wielkości talerza, czy też inne mięsiwo z frytkami obficie podlane tłuszczem, smakuje jak najbardziej wykwintna potrawa, kiedy spożywa się ją 2500 metrów nad poziomem morza. Łapię się na tym, że na wyciągu czasami nucę sobie zasłyszane hity germańskiego disco-polo, w stylu Schatzi schenk mir ein Foto, schenk mir ein Foto von Dir. Klasyka.

Zamiast oglądać zwiewne, kwieciste sukienki, do domu przynoszę nowe spodnie narciarskie z wyprzedaży. Te stare, wysłużone, podarły się po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z ostrą krawędzią narty. Autentycznie nie mogę się już doczekać kolejnego sezonu, kiedy będę mogła je na siebie włożyć Zwłaszcza, że przy wyborze niespecjalnie kierowałam się parametrami tkaniny (spodnie to spodnie, rajt?), tylko tym czy mój tyłek prezentuje się w nich wystarczająco apetycznie.

00:39, siberry
Link Komentarze (5) »
niedziela, 18 marca 2012

Teraz już wiem, że pary łapczywie migdalące się na słabo oświetlonych, londyńskich ulicach, to wcale nie jedno nocne przeznaczenie poznane godzinę temu w barze, podrasowane pięcioma szotami tequili i przypieczętowane dwoma pajntami piwa, tylko para przyjaciół spotykająca się po dłuższym okresie rozłąki. 

Ta nagła chemia między nami zaatakowała mnie zupełnie niespodziewanie i zmiotła z nóg. W odpowiednich warunkach substrat przemienia się w produkt, przyjaciel w obiekt pożądania.

I to ja, zawsze rozważna, nigdy romantyczna, broniłam się przez sekundę, może nawet dwie. Skapitulowałam szybciej niż Francuzi w 1940 roku. Mój racjonalizm rozpłynął się pod koniuszkami jego palców nieśmiało błądzących po dygoczących udach.

Upajam się jego bliskością, odurzającym zapachem niczym nastolatka. Krew gęstnieje w żyłach pod dotykiem niecierpliwych dłoni, dreszcze przeszywają całe ciało od stóp, aż po końce starannie wytuszowanych rzęsy. Chłodny wiatr kąsa rozgrzane do czerwoności wargi, które szepczą na ucho słowa od których miękną mi kolana.

Chyba oboje wiedzieliśmy, że coś od dawna wisiało między nami w powietrzu. Przez tyle czasu dzielnie trzymaliśmy się w ryzach, rączki grzecznie przy sobie, a koszule zawsze zapięte na ostatni guzik. Nie wiem czy to Londyn, alkohol, małże, czy chwilowe zamroczenie umysłu, bo to przecież takie nie w moim stylu, takie niemieszczące się w moim systemie starannie budowanym kamyczek po kamyczku. Nie pamiętam już kto to powiedział, ale przyjaźń pomiędzy kobietą, a mężczyzną zaczyna lub kończy się w łóżku. Im jestem starsza, tym mniej wierzę w bajki o dziewicach w gimnazjum, potworze z Loch Ness i przyjaźni damsko-męskiej.  

Ta nagła eksplozja, niespodziewana sensualność, nadal wydaje mi się surrealistyczna. Usilnie próbuję wymazać ją z pamięci, bo to przecież zakazany owoc, droga donikąd, ale ja wbrew zdrowemu rozsądkowi czuję nienasycenie.

Pierwszy raz od dawna chcę więcej i więcej.

22:02, siberry
Link Komentarze (17) »
środa, 07 marca 2012

Cześć! Na imię mam Siberry.
Chociaż jak się z kimś spoufalę, czytaj napiję wódki i zagryzę cytryną, to wołają na mnie Saj, tudzież Sib.

Lubię malować paznokcie na głęboką czerwień w odcieniu półwytrwanego wina, obsesyjnie palę świeczki w domu, mam duży tyłek i piszę nudnego blogaska. 

Tak, wiem. Przyznaję się bez bicia. Ostatnio Was nie rozpieszczałam, może nawet trochę zaniedbałam. Oraz nie bójmy się tego słowa - było słabo. Moja wina, moja bardzo wielka wina. Obiecuję solenną poprawę jak tylko wrócę z urlopu. Cross my heart.

A w tak zwanym między czasie, bardzo chciałabym się dowiedzieć kim Ty jesteś.
Tak właśnie, do Ciebie mówię!

Blog z założenia jest interaktywny (jakbym chciała pisać pamiętniczek zamykany na kłódkę, to bym takowy nabyła), a ja po prostu czasami chciałabym wiedzieć, kto siedzi po drugiej stronie ekranu. Ot, tyle. Proszę się ładnie mi tutaj ujawnić, napisać coś o sobie i takie tam.

Mua, mua. 

From London with love,
Miss S

01:11, siberry
Link Komentarze (59) »
poniedziałek, 05 marca 2012

Porywisty wiatr hula za oknem. Samolot, a raczej ta puszka po szprotkach ze śmigiełkami po bokach, unosi się i opada jak jakaś marna popierdółka w stylu latawca nad brzegiem morza, albo Rosyjskiej flagi smutnie trzepoczącej dzisiaj na wietrze. Turbulencje takie, że mocniej zaciskasz pas bezpieczeństwa i upewniasz się, że w oparciu fotela jest papierowa torebka na rzyganie, bo zjedzona wcześniej belgijska czekoladka podchodzi ci do ściśniętego gardła.

Nienawidzę tych małych, pierdolonych samolotów lądujących na tych małych, pierdolonych lotniskach.

Za oknem Londyn skąpany w nocnych światłach. Z daleka dostrzegam podświetlone na niebiesko London Eye. Not bad. Mogło być przecież gorzej. Przypomina mi się obejrzany wczoraj wieczorem dokument, o tym jak w 1976 roku do Amazonki wpadł autobus, a pasażerów zeżarły piranie. Do tej pory nie wiadomo czy żywcem.

Tak, zdecydowanie mogło być gorzej.

Ponoć we wrakach samolotów ofiary bardzo często mają podrapane do krwi boki. Ludzie w panice próbują odpiąć pas zapominając, że w samolocie zapięcie jest na środku, a nie tak jak w samochodzie, z boku. Na szkoleniach z bezpieczeństwa mówią, żeby parę razy zapiąć i odpiąć pas tuż przed startem, żeby mózg zarejstrował tę z pozoru nieistotną aberację. Pamiętam jak na tym samym szkoleniu, roześmiałam się, kiedy sugerowano, żeby za każdym razem sprawdzić, czy pod siedzeniem faktycznie znajduje się kamizelka ratunkowa, o czym przecież zawsze informuje odpicowana stewardessa w rozmiarze trzydzieści sześć. Ponoć wiele osób wynosi je z pokładu samolotu jako souvenir. Tamiza wygląda bajecznie nocą, ale dzisiaj pierwszy raz sprawdzam, czy pod siedzeniem jest kapok, czy też leży u kogoś w stęchłej piwnicy.

Dopiero przy drugim podejściu samolot z hukiem dotyka ziemi, a ja żałuję, że nikt nie nagradza pilotów brawami. Być może jest to kołtuński zwyczaj, ale dzisiejszy lot sponsorowały literki Z i B, czyli zbroja obsrana.

22:10, siberry
Link Komentarze (5) »

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u