RSS
wtorek, 29 marca 2011

Od 7.30 (słownie: siódmej trzydzieści) siedzę sobie na całodziennym callu (aka telekonferencja) z moimi padrugami z Rosji. Niestety nie udało mi się wstać wystarczająco wcześnie żeby wyskoczyć ze swojej niezwykle seksownej pidżamki w krówki, ogarnać się i w środku nocy wybrać się do biura.

Jest fantastycznie. Słyszę co drugie słowo, ale to nie ma znaczenia, bo bardzo często przechodzą sobie na rosyjski. Oprócz tego co chwila tracę zasięg i potem tylko słyszę: Saaajbery, what would you do with this probleeeejm?

Przewidziane są dwie przerwy na siku. A lunch zostanie podany w czasie spotkania (kawior i placuszki). Nie przewiduję, ze ktoś zamówił catering również dla mnie z dostawą do łóżka.

12:27, siberry
Link Komentarze (8) »
niedziela, 27 marca 2011

Załadowanie magazynku. Przeładowanie. Postawa. Pełna koncentracja. Zero myśli w głowie. Szczerbinka, cel. Powolne, ale płynne pociągnięcie za spust i łuska ląduje na ziemi. Pierwszy oddany strzał i szok jaki diabeł drzemie w tym raptem półtora kilogramowym żelastwie. Nie zdawałam sobie sprawy jaka w tym jest moc. Potulnie i bez mrugnięcia okiem wykonywałam wszystkie polecenie pana Marcina, bo na strzelnicy czuje się respekt.  

Na początku nieco mocowałam się z przeładowaniem - to wcale nie jest taka prosta sprawa (drogie Dzieci, telewizja kłamie!) zwłaszcza jeżeli tuż przed inteligentnie wysmarowało się dłonie mocno nawilżającym kremem. Ładowanie magazynku 9 mm nabojami dopiero za drugim podejściem wykonałam w miarę sprawnie. Za to samo oddawanie strzałów do celu oddalonego o 15 metrów poszło mi już całkiem nieźle jak na strzelecką dziewice. Glock dobrze leżał mi w dłoniach, a większość strzałów oddałam w okolice serce. Nie oszukujmy się - na tym etapie to nie były świadome strzały skierowane właśnie tam. Tak po prostu wyszło. Podobało mi się - i huk i zapach prochu i pan Marcin też.

Na pamiątkę mam tarczę (tak, tak zabrałam ją do domu) i krwiaka na dłoni (po nieudolnym pierwszym przeładowaniu). Wkręciłam się!

18:37, siberry
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 marca 2011

Jedną z pierwszych (z wielu) 'mądrości' życiowych zasłyszanych w czasie długich, hotelowych nocy spędzonych w Moskwie to:

Кто не рискует, тот не пьет шампанское.

Ja po nieprzespanej nocy, kilku godzinach poświęconych na chaotycznym wyszukiwaniu informacji na temat jednego z miast plasującego się wśród dwudziestu największych molochów pod względem liczby mieszkańców na świecie podjełam decyzję, ze wyjazd na drugi koniec globu nie jest może takim fantastycznym pomysłem jak mi się na początku wydawało. Tym bardziej, że ofertę pracy otrzymałam wczoraj wieczorem, a dzisiaj rano musiałam dać wiążącą odpowiedź. FAJNIE, ŻE NOC MA OSIEM GODZIN - TO NAPRAWDĘ DUŻO CZASU NA PRZEORAGNIZOWANIE SOBIE ŻYCIA.

Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.

Być może. Ja narazie zadowolę się swojskim smakiem polskiej wódki z sokiem z antonówek.

22:09, siberry
Link Komentarze (5) »
wtorek, 22 marca 2011

Tak sobie siedzę w tym domu, urządzam regularne pielgrzymki do lodówki, a tu ponoć wiosna przyszła, można schować czapkę, szalik i nawet powoli zabrać się za renament szafy. Golfy, swetry i gacie a la Bridget Jones na górną półkę, a spódniczki, bluzki na ramiączkach i te z niegrzecznym dekoltem na dolną (pozostałe kwestie bieliźniraskie przemilczę). Jeszcze jakaś wymiana opon by się przydała, nie wspominając o przeglądzie samochodu. Nie jestem typem księżniczki jęczybuły, która siada na krawężniku, załamuje ręce i nie wie jak się za pewne sprawy zabrać, ale nie oszukujmy się - pewne tematy chętnie zdelegowałabym na faceta. Co "zdelegować"?!  To chyba jednak nie jest zbyt fortunne słowo. Stop. Rewind. W pewnych tematch bardzo chętnie pozwoliłabym facetowi zostać moim RYCERZEM. On wybawiłby mnie z opresji, zaopiekował się mną (i tymi zimowymi oponami), a ja bym go chwaliła i mówiła, że jest najlepszy na świecie i nikt tak jak on nie potrafi zrobić przeglądu (samochodu - żeby była jasność). To jedna z tych niewielu sytuacji w życiu kiedy faktycznie można zjeść i mieć ciastko. 

Chyba nikt nie ma wątpliwości, że w podstawówce byłam rasowym kujonem, a nawet gospodarzem klasy (zawsze chciałam być skarbnikiem i liczyć kasę, ale nigdy się nie udało), więc teraz bardzo pilnie przykładam się do zaleceń Pana Doktora. Mam na karteczce wyraźnie (tak właśnie wyraźnie, bo jest wydrukowana) napisane: proszę przyjmować min 2500 ml płynów na dobę. Nie było dodatkowej specyfikacji jakie dokładnie to moją być płyny to piję sobie białe, lekko schłodzone, gruzińskie wino. Żeby nie było, że kwalifikuję się do AA (i nie mam tu na myśli wyimaginowanej, podwójnej klasy tanecznej) to na swoją obronę napiszę tylko tyle, że stosuję się do innych otrzymanych zaleceń: Spróbuj utopić te zarazki w tym gruzińskim winie. Jak zadziała, to podziękujesz, jak nie zadziała, to i tak Ci będzie lepiej (to już nie od Pana Doktora).

Dzisiaj koleżanka zapytała się mnie jak się kończy związek za jednym ciosem. Ciągle dziwią mnie tego typu pytania. Ja po prostu jestem do bólu konsekwetna w swoich decyzjach. Jestem strasznym uparciuchem, ale uparciuchem z zasadami. Postępuję tak jak mówię, a nie że mówię jedno, a za pięć minut miękkną mi kolana, bo dostaję słodkiego, aż do wyrzygania esesmesa. Nie ma trzecich drugich szans. Seks po rozstaniu nie wchodzi w grę. Tak samo jak żadne błagalne liściki, łzy, kwiatki, sratki, ani zapewnienia, że już teraz będzie inaczej nie zmienią mojej decyzji. Jestem cholernie lojalna - nie tylko wobec osób na których mi zależy (i naiwnie oczekuję tego samego), ale przede wszystkim wobec swoich jakiś tam fundamentalnych zasad, którymi kieruję się w życiu. You only get one shot, do not miss your chance to blow, this opportunity comes once in a lifetime.

Doszło do tego, że ostatnio częściej sprawdzam blogową skrzynkę od prywatnej (Halo Mr. Doogie Howser, czy to już oznacza, że nie mam życia w realu?). Ale (wiem zdania nie zaczyna się od ale) jest takie strasznie fajne uczucie, kiedy dostaje się wiadomość od kogoś kto czyta, ale nigdy się nie ujawnia w komentarzach i pisze tylko dlatego żeby powiedziec, że dostarczam masę pozytywnej energii. A oprócz tego (wydaje się, że) jestem pełną uroku i wdzięku kobietą - no miód na moje zasmarkane serce!

P.S. Jakby ktoś miał wątpliwości to tam po lewej jest link do obrazka, który już jakiś czas temu został nadwornym motywem przewodnim mojego blogaska. Nomen omen podesłanym na Sib-Inboxa. Buzi buzi :)

20:24, siberry
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 21 marca 2011

Ciężko się pisze, kiedy jedną ręką trzeba non-stop trzymać chusteczkę (tak, tak od paru dni jestem niezwykle pociągająca), a drugą ociężałą głowę żeby nie przywalić czółkiem o klawiaturę. Chorowanie ogólnie sux, ale chorowanie kiedy nie ma komu marudzić i nikt cię nie głaszcze po główce i nie mówi biedna, biedniutka Sib jest jeszcze bardziej słabe. Z głodu nie umieram - mam przyjaciół na których mogę liczyć w takich sytuacjach, ale niestety jakoś nikt nie zgłosił się na ochotnika, żeby wziąć urlop na żądanie i siedzieć razem ze mną na kwadracie, gotować rosołek, robić herbatkę, grać w kalambury, albo w makao. Ustalmy, że leżenie w lóżku i patrzenie w sufit nudzi się po jednym, no góra dwóch dniach. Na książce ciężko mi się skupić, bo zaraz bolą mnie oczy (Pan Doktor: pani ma normalnie takie przekrwione i podkrążone oczy czy to wynik osłabienia?), telewizji nawet nie próbuję włączyć, bo nie chcę słuchać o "wyprawie krzyżowej do Libii", a poza tym jeżeli jednym z niusów dnia na gazeta.pl jest "Uczestnik Big Brothera będzie posłem?" to boję się jakie będą pozostałe. Wolę dalej spokojnie i beztrosko życ w swoim ciemnogrodzie otoczona małą apteką lekarstw i Mount Everest'em chusteczek jednorazowych.

W zeszłym tygodniu na kolacji firmowej, a raczej na drinach po oficjalnej części wybraliśmy się w mniejszym gronie do pubu, gdzie grał na żywo kubański zespół. To wystarczyło żeby w Hiszpanach po pięciu minutach zagotowła się krew i zaczeli wywijać na parkiecie. W parach! Heeeelllo - kto tańczy na wyjściach firmowych W PARACH? Dodam, że w całym przybytku nikt nie tańczył, więc Brytole patrzyli się nas jak na niezłe dziwolągi chociaż mohijto lało się strumieniami. Ja po dwóch minutach nieudolnego próbowania kręcenia piruetów z Antonio (o głowę niższy, ale to żaden problem przecież) ogólnie znanym stylem a la polskie wesele, czyli raz-dwa-trzy, wyrwij rączkę, obrocik, raz-dwa-trzy... zostałam szybko sprowadzona do pionu. Po pierwsze to prowadzi facet, a po drugie to jest salsa, a nie jakiś tam walczyk. Antonio nauczył mnie podstawowego kroku, cały czas chwalił, więc starałam się podwójnie (no wiecie jestem z tego typu co to rozkwita nie na wiosnę, ale bardziej pod wpływem komplementów z męskich ust). Pod koniec nawet dodaliśmy obroty (w prawo i w lewo - szacun!) także okazałam się całkiem pojętną uczennica. I always knew that Poles had this flow, but for some reason your country is located in CEE and not by the Mediterranean Sea. Tak mi się to spodobało, że dzisiaj sprawdziłam kursy tańca i teraz już sama nie wiem czy zapisać się na: salsa solo, hip hop high heels czy tez może dancehall. To jedno z tych retorycznych, ale zajebiście ważnych pytań, na która każda dziewczyna musi sobie odpowiedzieć: czy chcesz być jak Shakira, Beyonce czy może umbrella-ella-ella Rhianna? I tak zdaję sobie sprawę, że pewnie będę zawyżać średnią wieku grupy (do YCD chyba już i tak by mnie nie przygarneli), ale sorry na naukę kręcenia tyłkiem i zmysłowego wywijania biodrami nigdy nie jest za późno. 

I jakby ktoś miał jeszcze wątpliwości - to tak nadal mam stan podgorączkowy.

16:13, siberry
Link Komentarze (11) »
sobota, 19 marca 2011

...

10:00, siberry
Link Komentarze (11) »
środa, 16 marca 2011

Najtrwalsze przyjaźnie jednak zawiązuje się w liceum. Wspólne wypicie pierwszego w życiu browara, kręcenie tyłkiem na parkiecie do czarnuchów, przeżywanie pierwszych miłości,  zakuwanie do matury, przygotowywanie najbardziej żenującego apelu w historii szkoły, wypady na długiej przerwie na fajkenplatz, wpatrywanie się w Pana od geografii maślanymi oczami i oglądanie Klanu jednak zobowiązuje. Można nie widzieć się ponad 10 lat, ale to jest totalnie bez znaczenia. Wpadamy sobie w ramiona na stacji metra i jedna gada przez drugą. To, że ich życie teraz toczy się nad Tamizą, a moje nad Wisłą jest zupełnie nieistotne. Saj nic się nie zmieniłaś, no może włosy trochę ci urosły. Pijemy kolorowe drinki i co chwila wybuchamy śmiechem. Lubię taki totaly luz, zero nadęcia i poczucie, że to już na zawsze będą moje dziewczyny - nawet jak już będziemy mieć 20 kilogramów nadwagi, sflaczałe uda i piersi na wysokości kolan.

Jak juz jesteśmy w klimatach edukacji to nie cierpię pytań w stylu jakie masz wykształcenie (ja mam zawsze podstawowe), albo gdzie pracujesz (najczęściej pracuję 'na kasie', ale czasami myję też szyby na stacji benzynowej). No offense, żadna praca nie hańbi, ale błagam to kto przelewa mi pensje na konto to ostatnia rzecz o której chciałabym rozmawiać.

00:28, siberry
Link Komentarze (27) »
niedziela, 13 marca 2011

Późne (bardzo późne) śniadanie pod postacią chrupiącej bagietki z kozim serem, aromatyczną kawą jedzone w pełnym słońcu i do tego w wyśmienitym towarzystwie to mój idealny, niedzielny poranek. Na nosie okulary przeciwsłoneczne, płaszcz niedbale wiszący na krześle po raz pierwszy w tym roku, a ja przeciągam się leniwie w rytm dochodzących z oddali dźwięków easy like Sunday morning. Uwielbiam jeść w towarzystwie. W moim domu wspólne biesiadowanie to była świętość. Posiłki zawsze jadło się wspólnie, panował absolutny zakaz oglądania telewizji, czytania gazet i trzymania łokci na stole. Teraz momentami strasznie mi tego brakuje, dlatego uwielbiam spotkania w stylu wspólne gotowanie ze znajomymi przy dobrym winie na które mało kto ma już teraz czas. A dla mnie samej nie chce mi się wymyślać dań przy których wymiękałaby Nigella, ani zmysłowo oblizywać palców. Z lenistwa zadowalam się mrożonymi warzywami na patelnie, których mam zapas na najbliższe pół roku. Myślę, że mój tyłek też mi za to podziękuje, kiedy trzeba będzie zrzucić z siebie warstwy zimowych ubrań. Waga pokazuje coraz mniej i zaczyna mi się to strasznie podobać. Tak samo jak lekko wystające kości w strategicznych miejscach. 

Ostatnie dwie noce kończyły się dla mnie kiedy za oknem było już widno. O nocy z piątku na sobotę raczej nie chcę pamiętać (co nie będzie zbytnio skomplikowane, bo zaliczyłam blackout niczym rasowa licealistka). Za to wczoraj zamknęłam powieki przed szóstą z zupełnie innych, nieco bardziej smakowitych powodów niż cuba libre w nieprzyzwoitych ilościach.

Widziałam "Salę Samobójców". Już dawno nie byłam na filmie po projekcji którego na sali panowałaby absolutna cisza i przez dłuższą chwilę nawet nikt nie drgnął w totalnej ciemności. Ostatnią scenę mam ciągle przed oczami. Wryła mi się niesamowicie w pamięć. Ciarki na plecach. Jest jeszcze jednak nadzieja dla polskiego kina - mniej weekendów, cellulitów, ale za to więcej Komasa i Borcucha poproszę.

A w ramach guilty pleasure to powiem Wam w sekrecie, że strasznie rozczula mnie nowa reklama Calzedonia. Lepsze to niż oglądanie gadającego gluta Delmy.

Powinnam już dawno wyciągnąć walizkę i zaczać się pakować. Jutro popołudniu ponownie taksówka, lotnisko, a ja najchętniej schowałabym się pod kołdrę i udawała, że mnie ma. Gdyby jeszcze tylko ktoś schował się pod tą kołdrą razem ze mną to na pewno nie wystawiłabym spod niej nawet opuszka najmniejszego palca. Tak tylko przez parę dni. Potem mogę założyć szpilki i z gracją i wdziękiem udawać, że moim życiowym celem jest dodawanie wartości dla akcjonariuszy.

22:03, siberry
Link Komentarze (6) »
piątek, 11 marca 2011

Jedyną zasada w moim biurze dotyczącą dress code to brak zasad. Można przyjść zarówno w  koszuli szytej na miarę, ale koszulka z kaczorem Donaldem też jest spoko. Latem nikogo nie dziwią japonki (nie, w biurowcu nie mamy basenu), a są też luzacy, którzy w wyjątkowo upalny dzień potrafią przyjść w krótkich spodenkach. Jednak największą atrakcją sezonu wiosna/lato 2010 była studentka, która zapominała zakładać stanika. Codziennie. Pół biura wstrzymywało oddech kiedy przechadzała się korytarzem w stronę kuchni żeby zrobić sobie kawę. Mój drugi szef, który przyszedł do nas w ramach korpo migracji i zadał mi pytanie: "kiedy macie "jeansday?" [WTF?]. Yyyy...jeansday jest everyday! 

Pamiętam jak pierwszego dnia wystroiłam się w nienagannie wyprasowną koszulkę, eleganckie spodnie, marynarka, włosy gładko zaczesane do tyłu, delikatna biżuteria. Ponoć mówi się, że lepiej być overdressed niż underdressed, ale ja wyglądałam jakbym przyszła na rozpoczęcie roku szkolnego (mój szef odebrał mnie z recepcji z bluzie z kapturem i koszulce CKOD). To był pierwszy i ostatni raz kiedy założyłam taki zestaw do pracy. A tak baj dy łej to nie znoszę prasowania koszul. Nie umiem prasować koszul. Nie ważne ile czasu spędzę nad deską do prasowania to koszula i tak wygląda jakbym ją wyjeła dopiero z pralki. Może nie zostanę perfekcyjną panią domu, ale za to mam wiele innych zalet i zdolności manualnych.

Jednak od jakiegoś czasu już nie przychodzę do biura w conversach. Odkryłam sukienki (genialne - nie trzeba się zastanawiać jaką górę dobrać do dołu), ołówkowe spódniczki, szpilki i dopasowane topy. Chyba już nie mogę śpiewać hitu Britney-hit-me "I'm not a girl, not yet a woman". Zajęło mi to prawie trzydzieści lat, ale za to czuję się naprawdę dobrze w takim ultra kobiecym wydaniu z paznokciami w kolorze czerwonego wina i czarnym eyelinerem na powiece.

Jeżeli przyjedziesz do biura w garsonce lub garniturze to nawet nikomu nie przyjdzie do głowy, że możesz mieć spotkanie z klientem, tylko od razu pojawia się pytanie: do kogo idziesz na rozmowę kwalifikacyjną? Mamy całą armię wysoko opłacanych ludzi, którzy głównie zamują się przerzucaniem korpo gówna z jednej kupki na drugą i wydają się być niezwykle szczęśliwymi szambonurkami. Klient tylko przeszkadza - dzwoni, wysyła e-maile, zadaje pytania i ogólnie ciągle czegoś chce (zwłaszcza w porze lanczu). Nie można w spokoju napieprzać w laptopa i zmieniać kolorków w tabelach przestawnych, ani raportować KPIs na które nawet nikt nie patrzy.

- Ale czemu Ty mi wysłasz ten raport? Ja go nawet nie otwieram.

- Nie wiem, zawsze go wysyłałem.

P.S. I zapomniałam jeszcze dodać, że krawaty generalnie niet, ale z moich dzisiejszych obserwacji wynika, że faceci w białej koszuli i czarnym, gładkim krawacie wyglądają wyjątkowo apetycznie. Do schrupania! 

18:08, siberry
Link Komentarze (5) »
wtorek, 08 marca 2011

Jakie było moje zdziwienie kiedy Ania Dąbrowska rozpoczeła koncert piosenką Time of my life i zaczeła zmysłowo kręcić swoimi zaokrąglonymi biodrami w rytm muzyki. Byłam przygotowana na totalną depresję i klimat w stylu podcinania żył, bo w końcu w jej piosenkach smutek nie tylko jest we krwi, ale wręcz wypływa uszami. Bardzo lubię jej dwie pierwsze płyty, ale słucham ich sporadycznie, bo jest tylko pewien poziom melancholii, który jestem w stanie strawić na trzeźwo. Dlatego zamiast kolejnej komedii romantycznej idę do kina "Prawdziwe Męstwo" (very so-so), a następna w kolejce jest "Sala samobójców" (very virtual).

Nigdy nie chodzę do kina sama. Nie cierpię chodzić do kina sama. W sumie nie powinno mi to robić absolutnie żadnej różnicy przecież koniec końców, kiedy zgasną światła siedzi się na ciemnej sali wśród zupełnie obcych osób. Mimo wszystko kino to dla mnie zawsze opcja +1. I szerokim łukiem omijam multipleksy z fotelami zaprojektowanymi przez NASA, gdzie na salę wypuszczają tylko z wiadrem popcornu i przenośną wanną coca-coli. Za to doskonale pamiętam swoje pierwsze randki w kinie. Chociaż bardziej niż fabułę poszczególnych filmów kojarzę emocje, które temu towarzyszyły. Pamiętam jak chciałam umrzeć ze szczęścia wśród smrodu przypalonego popcornu, kiedy mój pierwszy chłopak złapał mnie za rękę i objął ramieniem właśnie w kinie. Pierwszy raz całowałam się również po randce w kinie. Zabrał mnie na "Demony Wojny" - film totalna masakra, ale on był starszy, napisał dla mnie wiersz i przyniósł malutką, czerwoną różę. Odprowadził mnie do domu i całowaliśmy się pod klatką, a ja musiałam stać na palcach. Pamiętam, że nie mogłam uwierzyć, że takie smyranie językami to jest to całe całowanie na które tak bardzo czekałam! Teraz wiem jakie to może być wciągające i jak konkretnie może namieszać w głowie, a momentami nawet zwalić z nóg.

Kiedyś żeby dostać wizę do Rosji trzeba było do podania dołączyć test na obecność HIV, teraz wystarczy jedynie zdjęcie na recydywistę. Moskwa za mną zatęskniła.

23:46, siberry
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u