RSS
niedziela, 30 grudnia 2012

Nigdy nie robiłam rocznych podsumowań, rachunku zysków i strat za ostatnie dwanaście miesięcy, bo staram się koncentrować na tym co jest przede mną, a nie za plecami [no dobra, może z wykluczeniem gabarytów mojego tyłka]. Jednak w tym roku postanowiłam je popełnić. Ot, taki kaprys, to był najlepszy rok ever.

Udało mi się spełnić moje marzenie i w końcu zobaczyć Incubus i The Black Keys w wersji live. Widziałam też Lady Gagę na 60 tyś stadionie wypełnionym po brzegi, ale oczywiście nigdy w życiu się do tego nie przyznam. Moje muzyczne odkrycie roku to bezdyskusyjnie Jack White. Na DVD mam może w sumie dziesięć filmów, ale są to filmy, które wryły mi się w pamięć - czasami jest to jedna scena, czasami cały scenariusz. W tym roku do mojej jakże pękatej kolekcji dołączył 50/50. Za największe swoje osiągnięcie uważam umiejętność wyciśnięcia trzydziestu pompek nie tracąc przy tym kontaktu z bazą, kiedy na początku roku w wielkich bólach potrafiłam zrobić pół. Impossible is nothing. Bez kitu.

Pierwszy raz odkąd przeszłam na ciemną stronę mocy i podpisałam krwią umowę na czas nieokreślony z korporacją, udało mi się wykorzystać cały urlop i to z nawiązką. Bezdyskusyjnie, to był rok przepełniony podróżami [pleasure, not business], przygodami i pierwszymi razami [chociaż wianka już jakby od dawna niet].

Pamiętam wizytę w sztokholmskiej galerii Fotografiska [BTW, dla tych co będą in town to od 30.11-03.03 jest tam wystawa Davida LaChapelle!]. Pamiętam wręcz orgazmiczną przyjemność z szusowania po ośnieżonych stokach pomimo siarczystego mrozu. Pamiętam pierwszą w życiu jazdę motocyklem, balansowanie całym ciałem, kiedy jechaliśmy pomiędzy szczytami gór, a na dole, odbijała się w tafli jeziora panorama miasta. Pamiętam długą, czarną suknię z rozcięciem do połowy uda i czerwień na ustach. Pamiętam radość ze śpiewania na całe gardło njuuu jork, njuuuu jork, kiedy w tle świecił się Empire State Building, a po ulicy sunęły filmowe, żółte taksówki. Był też Mur berliński, kalamary jedzone nad brzegiem morza, łowienie piranii i jazda motocyklem na sam szczyt flaveli. Pamiętam chłód wieczoru kąsający po gołych łydkach i gęsią skórkę rozsianą po całym ciele, która ani trochę nie była spowodowana zimnem, kiedy za plecami leniwie obracało się London Eye. Pamiętam bukiet róż od nieznajomego w metrze i darmowe szoty od barmana. Pamiętam te wszystkie, późnoniedzielne śniadania jedzone w pidżamach u mnie na kwadracie i niezliczoną ilość butelek wina wypitych na niebieskiej sofie w towarzystwie przyjaciół.

Dżizas, strasznie dużo się tego nazbierało...
[Gupia, gupia Sib... codziennie bić pokłony i na kolanach do Częstochowy i nawet nie waż się na cokolwiek, kiedykolwiek narzekać!!!]

Noworocznych postanowień standardowo brak. Nie mam w zwyczaju czekać na jakąś magiczną zmianę daty w kalendarzu, odpowiednie ułożenie fusów na dnie kubka po herbacie, czy tam korzystną konfigurację planet. Powoli zaczynają mi się krystalizować w głowie plany na przyszły rok. Te podróżnicze (Kazachstan, Nigeria), ale też te zawodowe (chęć awansu i zmiana linii biznesu). Jak wszyscy, lubię kiedy los podtyka mi pod nos opcje, zaskakuje dając możliwość wyboru, ale na koniec to ja sama muszę z grubsza wiedzieć czego chcę.

I już nie mogę się doczekać tych sezonowych tłumów na siłowni z początkiem stycznia. Jeżeli przez ostatnie dwanaście miesięcy nie chciało ci się ruszyć tyłka z kanapy, to nie łudź się, że trójka, zamiast dwójki na końcu roku cokolwiek zmieni, bo nie zmieni.

To co? Standardowo: NAJLEPSZE PRZED NAMI.
I tego będziemy się trzymać. 

21:39, siberry
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 24 grudnia 2012

Tak, wiem trochę mnie nie było. Przeprowadzałam się z jednego kwadratu na drugi, a w tym cudownym kraju przeniesienie internetów zajmuje "ap tu ten łorking dejs", ale w końcu jest - Houston, we have contact! 

 

Jak tam? Pierogi ulepione? Wali kapustą w całym domu? Choinka checked?

 

Ja właśnie wyjęłam z piekarnika kruche ciasteczka w różne fikuśna kształty i zrobiłam własnoręcznie makaron. Kuchnia cała uwalona w mące, więc wygląda tak jakby przed chwilą melanż poniósł w niej Kate Moss. Dla ścisłości - to by była ta ciemna strona melanżu. W każdym razie, jak co roku, za rok kategorycznie odmawiam bycia odpowiedzialną za domowej roboty makaron, ale i tak wiem jak to się skończy. Zresztą taki mocno jajeczny makaron, niespełniający żadnych norm ISO, bo jedna kluska dłuższa, druga grubsza, bo tak się akurat ukroiło ciasto, nieodłącznie kojarzy mi się z moją babcią, jej łagodnymi dłoniami, pieprzykiem nad ustami poprawianym wypaloną zapałką [później Babcię zapoznałam z kredką do oczu] i zawsze nienagannie pomalowanymi na czerwono ustami. Ile ona miała w sobie klasy i wdzięku. Ideał niedościgniony w każdym calu. 

 

Mój szef o mały włos nie zszedł na zawał, kiedy mu oznajmiłam, że jak byłam mała to w wannie, przed świętami zawsze pływał u mnie w domu karp. To było w czasach, kiedy nie było jeszcze Greenpeace, a przed Wiadomościami leciał Reksio. Zdziwiony zapytał się gdzie się wtedy kąpaliśmy. Trochę zbił mnie tym pytaniem z pantałyku, no bo w sumie nigdy się nad tym nie zastanawiałam, a tak głupio powiedzieć, że chyba w misce, albo może nawet wcale.  

 

Na zewnątrz ponad 10 stopni, śniegu obviously brak, więc po ostatnie prezenty biegałam po mieście w conversach, w rozpiętej kurtce, a czapkę miałam bardziej dla stajlu niż z potrzeby. Dziwnie trochę. 

 

Pierwszy raz odkąd pracuję nie biorę wolnego między świętami, a Sylwestrem. Trochę jakby nie mam już urlopu na ten rok, a trochę chcę sprawdzić, czy faktycznie można się w tym czasie koncertowo obijać. W planach mam również godzinne obiady i szczegółowe zapoznawanie się asortymentem pobliskich sklepów. Zwłaszcza, że ruszają wyprzedaże. Ponoć w zeszłym roku na Oxford Street dźgnęli kogoś nożem. Nadal się dziwię, że ten cały świat jednak się nie wziął i się nie skończył tego dwudziestego pierwszego anno domini.

 

Przytulaśnych świąt. Niech kalorie pójdą w cycki, w biceps, ale jakoś inne strategiczne miejsca.

09:21, siberry
Link Komentarze (5) »
czwartek, 13 grudnia 2012

Podróże w głąb duszy i rozkładanie gówna na atomy niespecjalnie leży w mojej naturze pomimo tego, iż jestem kobietą [well, przynajmniej jak ostatnio sprawdzałam to nadal miałam całkiem zacne cycki, których nie kąsneła jeszcze grawitacja]. Ostatnio jednak przeżywam wewnętrzne rozterki , których nie powstydziłoby się nawet „Drogie Bravo”. Nie do końca wiem skąd się wzięły, więc logiczne, że nie wiem jak się ich pozbyć, co mnie strasznie irytuje, bo zazwyczaj na wszystko mam zawsze gotową odpowiedź [również niepytana]. Siedzę sobie grzecznie na kwadracie, skubię marchewki i nagle, tak zupełnie bez powodu, wilgotnieją mi oczy, usta wyginają się w podkówkę i zalewa mnie jakaś taka fala czegoś, z czym zupełnie nie wiem co zrobić. To się chyba nazywa uczucia, czy coś?

Przez parę dni myślałam, że to może znowuż Saturn się cofa, albo zbliża się PMS, więc lepiej żeby ludzkość spierdziała zakosami z mojej drogi, ale niet. Ów weltschmerz trzyma się mnie od jakiegoś czasu, a apogeum zostało osiągnięte, kiedy prawie poryczałam się przed swoimi trzema monitorami w pracy, ale pomyślałam sobie, że szkoda by było tych zielonych smoky eyes, które celem poprawy humoru pierdzielnełam sobie z rana, więc przygryzłam wargę, zacisnęłam poślady i zaczęłam ze zdwojną siłą walić w laptopa tak, że wióry zaczęły roznosić się po ołpenspejsie.

W domowym zaciszu, w jedną minutę z „queen of ice” jak to uroczo nazwał mnie kolega z zakładu, zamieniam się w małą dziewczynkę, która wygląda jak książkowy przykład osoby cierpiącej na chorobę sierocą – podkurczam nogi, mocno ściskam je pod kolanami i gdyby nie moje wrodzone lenistwo to pewnie zaczełabym się gibać z jednej strony na drugą robiąc sobie tylko przerwy na wytracie gilów w rękaw zaciągnięty do połowy dłoni.

Mieszkam sobie w tym całym Londynie. Wożę swój niewdzięczny tyłek po świecie. Uczę się hiszpańskiego, chodzę na koncerty i upadlam się jedynie w weekend. Mam pełną lodówkę i pełną szafę butów. Zaraz będą święta, karp, śnieg, prezenty i Kevin na Polsacie też będzie. Same fajne rzeczy.

I co? I wszystko chuj.

16:59, siberry
Link Komentarze (13) »
środa, 12 grudnia 2012
Ostatnio nie mogę się doczekać tego całego końca świata.
Końcu świata, napierdalaj!
01:45, siberry
Link Komentarze (7) »
środa, 05 grudnia 2012

Do miasta przyjechały już ciężarówki Coca-Coli, na Oxford Street migoczą lampki, a w metrze można zobaczyć osoby ubrane w garnitur, ale za to z mikołajkową czapką na głowie. To wszystko wraz z nieśmiertelnymi dżwiękami last krismes aj gejw ju maj hart w radio, to są niezaprzeczalne znaki, że jak co roku zbliżają się korporacyjne spędy typu „Wigilia firmowa” lub „Impreza Gwiazdkowa”, które tak naprawdę powinny nazywać się „Jak stracić resztki godności w jeden wieczór”.

Na długo przed terminem imprezy, w damskim kiblu będą odbywać się ogniste debaty i próby odpowiedzi na ważne, zajebiście ważne pytania, czyli takie przy których znalezienie rozwiązania  dla konfliktu izrealesko-palestyńskiego wydaje się być łatwiejsze niż spotkanie wolnego mężczyzny po trzydziestce. Na tygodnie przed imprezą należy znać odpowiedzi na pytania zadawane z prędkością pocisków opuszczających lufę kalashnikova: w co się ubierzesz? jak wygląda sukienka? czy jest krótka czy długa? czy idziesz do fryzjera? jak się umalujesz? W dobrym tonie jest również trochę ponarzekać na tłuszcz zgromadzony przez jesień w okolicach bioder i ud oraz mówić, że całą imprezę trzeba będzie przetrwać na wdechu.

A tak naprawdę jedyne co trzeba zrobić, żeby połowie biura stwardniała zawartość bokserek na twój widok, to ubrać najwyższe szpilki jakie posiada się na stanie i w których można z gracją pokonać dystans densflor-kibel [po dwudziestej drugiej, kiedy to już u większości zgromadzonych gości wódka zaburzy percepcje można spokojnie wbić się w baleriny, albo zmienić obów na ten mniej moskiewski], założyć sukienkę, która eksponuje cycki [skutecznie odwracają uwagę od ewentualnych niedoskonałości w innych częściach ciała], ale przede wszystkim pod żadnym pozorem nie ubierać się czarno! 99% dziewczyn na imprezę wybierze małą czarną, bo niby jest klasyczna, bezpieczna, ale przede wszystkim do bólu nudna i przewidywalna. Sorry, ale czarna sukienka to czarna sukienka - nie ważne że jedna będzie mieć baskinkę [fuj, ble, oblech i stanowcze niet], inna falbankę przy ramionach, a jeszcze inna będzie wykończona koronką. Zginiesz w tłumie i nawet najbardziej bling-bling biżu tutaj nie pomoże. W końcu czarne jest czarne jak mawiał Mr.President. Słyszeliście, kiedyś żeby ktoś napisał piosenkę o kobiecie w czarnej sukience? No właśnie, ja też nie.

Stawiamy na kolor. Czerwona, fioletowa, zielona, niech będzie nawet i różowa [tylko nie majtkowy róż, ani róż w odcieniu kwadratu dla tej wychudzonej suki, Barbie, bo taki róż to ostatni raz powinnaś mieć na sobie będąc w starszakach, czyli wtedy, kiedy ciągle myslałaś, że zostaniesz księżniczką z rycerzem przy boku]. Rozpuszczone włosy. Pomalowane pazury. Mocniejszy makijaż [nie mylić z tapetą], ale taki w którym  nadal wyglądasz jak ty, a nie jak prostytutka z Europy Wschodniej. Dla dodania animuszu założ najseksowniejszą bieliznę jaka przewala ci się w szufladzie [tę na te „specjalne” okazje, które jakoś nigdy nie nadchodzą], posyp pewnością siebie i gotowe!

Powyższe sprawdzone empirycznie. Działa.
Być może powinam zróżnicować swoje portfolio i zostać szafiarką.

13:02, siberry
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 03 grudnia 2012

Tadam! O to odpicowany blogasek!

Fajny? FAJNY!

Chciałabym podziękować tej Pani za wysmażenie baneru i rewelacyjny pomysł z ukreskowieniem dwóch jotpegów. Lubię to! Bardzo!

Biję również dziękczynne pokłony w stronę Agnieszki, która sama ogarnęła tajniki html'owych robaków i zrobiła nowy layout. Agnieszka, kiedyś zostanie wymiatającym web masterem, a ja będę mogła się pochwalić, że to ja byłam jej pierwszym króliczkiem [doświadczalnym, nie tym od Playboya].

Dzięki girlz!

17:54, siberry
Link Komentarze (7) »

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u