RSS
sobota, 31 grudnia 2011

Mam takie zdjęcie z Sylwestra w górach, chyba raptem sprzed trzech lat, ale wydaje się jakby było robione w innej czastoprzestrzeni, w jakiejś odległej galaktyce far, far away. Na tym zdjęciu jestem razem z dwiema przyjaciółkami i wszystkie z dumą prezentujemy swoje pierścionki, te takie bling, bling, z kamieniem i obietnicą i żyli długo i szczęśliwie. Blondynka z lewej strony jest już po rozwodzie, blondynka z prawej wdała się w bezsensowny romans z kolegą z pracy, a ta brunetka w środku, czyli ja, nigdy nie pomaszerowała przed ołtarz w sukni w kolorze kości słoniowej. A nie tak przecież miało być.

Czuję ulgę, kiedy samolot wreszcie odrywa się od ziemi, zostawia z tyłu skąpaną w światłach panoramę Warszawy i jej śliniące się ulice. Czuję ulgę, kiedy przekraczam próg swojego londyńskiego mieszkanka. Zmywam makijaż i brud całego dnia, pozwalam żeby dopiero co przystrzyżone, ale nadal długie włosy rozsypały się na moich bladych plecach. Zagrzebuję się w czerwonej pościeli w swojej śnieżnobiałej, wręcz ascetycznej sypialni. Czuję się bezpiecznie, bo wiem, że tutaj nie jestem wystawiona na niespodziewany strzał. Opuszczam nieco tarczę, rozglądam się dookoła i autentycznie uwielbiam to uczucie pustki w głowie, napawam się tym stanem, że tutaj absolutnie nic nie przywołuje żadnych wspomnień.

Cholernie zdziwiło mnie to jak przez chwilę rozłożyły mnie na łopatki tegoroczne święta. Widok choinki, w naszym, tfu moim mieszkaniu, widok tych pieprzonych lampek, które trzymaliśmy w oknie przez cały rok, bo tak nam się podobało. Nie zdawałam sobie sprawy jakim toksycznym dla mnie miejscem jest moje własne mieszkanie. Nie jest to być może dom zły, ale przez te parę dni regularnie zaliczałam dość bolesne flashbacki. Tu piliśmy wino na podłodze, tu rzucaliśmy się ciastem, tu rzucaliśmy sobą o ścianę i tak dalej. 

Jednym z moich ulubionych filmów jest "Memento", w którym główny bohater cierpi na dość specyficzną amnezję. Pamięta wszystkie szczegóły sprzed śmierci swojej żony, ale nie jest w stanie zapamiętać wydarzeń, które miały miejsce kilkanaście minut wcześniej. Pokrywa swoje ciało tatuażami, które przypominają mu o najważniejszych szczegółach z przeszłości, a każdy dzień to walka o kolejne, mające znaczenie wspomnienie.

Nie jestem dobra w tych całych podsumowaniach, bilansach, ani postanowieniach noworocznych, które ulatują szybciej niż bąbelki z przesadnie drogiego szampana. Być może nie jestem teraz tam gdzie myślałam, że będę, jednak nadal nie mam master planu na resztę swojego życia, w stylu ślub, dziecko przed trzydziestką i takie tam, ale wiem jedno. Chciałabym, aby ten przyszły rok, był okresem, kiedy właśnie walczę o nowe wspomnienia, które niekoniecznie przyćmią to co było kiedyś, bo to nie o to chyba chodzi, ale sprawią, że patrząc wstecz, zamiast lekko wilgotnych powiek, pojawi się spokój. Po prostu. Oczywiście nic na siłę, ale chciałabym poczuć pod skórą dreszcze, przyspieszone tętno i gęstniejącą w żyłach krew. Może to być na widok błękitu wody kilka tysięcy kilometrów stąd, albo czyiś oczu oddalonych milimetry od mojej twarzy. Nie będę się jednak upierać przy kolorze.

Chociaż czasami o tym na moment zapominam, uważam że najlepsze jeszcze przede mną - czego i Wam życzę. 

05:36, siberry
Link Komentarze (7) »
środa, 21 grudnia 2011

Zauważyłam, że jesteście o wiele bardziej interaktywni jeżeli w notce jest coś o cyckach lub o tyłku.

To co? Mam już Waszą pełną, niepodzielną uwagę?!

A niech będzie jeszcze raz, tak dla pewności:
cycki, tyłek, cycki, duże, wielkie, fajne cycki!

No więc, drogie Bravo, potrzebuję Waszej subiektywnej opinii - czy mój blogasek jest bardziej z kategorii:

  1. "Ja i moje życie" - pamiętniki i blogi osobiste. Jeśli codzienne życie dostarcza Ci nieustającej inspiracji, piszesz o sobie, rodzinie, dzieciach – wybierz tę kategorię.
  2. "Podróże i szeroki świat" - Kategoria dla ludzi, którzy nie znają granic – ciągle w drodze, z pasją opisują na blogu intrygujące miejsca, zwyczaje i kultury. Jeśli podróże i wielki świat to Twój żywioł – dołącz do tej kategorii.

Niestety nie ma kategorii "Kniazini przed 30stką potrzebująca wibratora", bo wtedy wybór byłby nieco mniej skomplikowany.

Skupcie się! To co? Adin czy dwa?

21:03, siberry
Link Komentarze (26) »

W Polsce ostatnie dwa tygodnie przed świętami kojarzą mi się z jeżdżeniem na szmacie po mieszkaniu, szorowaniem kibla, kilometrowymi kolejkami do kas w supermarketach i walką o ostatnie opakowanie bakalii, tudzież cukru pudru. Nie ma radosnego nucenia pod nosem przybieżeli do Betlejem pa-ste-rze i robienia ciasteczek w kształcie choinek i małego Jezuska. W Wigilię człowiek jest już tak zmęczony od dźwigania siat, lepienia pierogów i buchających garów, że jedyne czego pragnie to położyć się pod choinką i zostać tam przynajmniej do Wielkanocy.

W Angli okres przed świętami będzie kojarzyć mi się z piciem. Okres przedświąteczny, zresztą jak każda inna pora roku, jest doskonałą okazją żeby spotkać się ze znajomymi i się napić. Zastanawiam się kiedy, Brytole mają czas na szorowanie umywalki szczoteczką do zębów skoro dzień w dzień po pracy siedzą przy pajntach w pubach lub restauracjach w tych swoich koronach? Dzisiaj zaliczyłam ostatnie krismes-coś-tam i autentycznie nie mogę się już doczekać, żeby polecieć do domu i w końcu poczuć trochę magię świąt, czyli pojeździć wózkiem po supermarkecie i zaliczyć spacer farmera z siatami. Poza tym jak co roku pojadę z Bratem wybrać choinkę i jak co roku okaże się, że przywieźliśmy do domu badyla i sumie to lepiej byłoby nie mieć choinki wcale niż postawić takiego drapaka na salonach. No coż, tradycji musi stać się zadość. 

Co do tych krismes parties, to są nieco inne niż u nas. Po pierwsze nie nazywają się parties, tylko ball. Obowiązujący dress code to black tie, czyli panowie zakładają smokingi. Są marynarki o atłasowych klapach, spodnie z lampasami, śnieżnobiałe koszule, czarne muszki i obowiązkowe lakierki. My name is Bond, Dżejms Bond i te sprawy. Skoro w Polsce, facet ma jeden dyżurny garnitur od matury do końca studiów, ewentualnie drugi kupuje jak dostanie pierwszą pracę, no i trzeci jak zamierza przemaszerować przed ołtarz, z góry założyłam, że większość facetów ma smokingi z wypożyczalni. Otóż niet. A i tak najbardziej podobali mi się Szkoci. Kilt jest strojem galowym, więc panowie odziani w szkocką kratkę zdecydowanie wyróżniali się w morzu czarnych spodni i było, ekhm, na czym zawiesić oko. Za to wśród Pań prawdziwa rewia mody. Od rasowych, długich sukni, które nadawałyby się na wiedeński bal, po takie, które wyglądały jakby ktoś je pożyczył od prostytutki z mrocznych podziemi Soho. Były też panie w przepięknych, kolorowych, ręcznie haftowanych sari. Problem z sari jest taki, że można w nim wyglądać jak rajski ptak, królowa Bollywood, ale najważniejsze jest to żeby pod żadnym pozorem nie stawać do nikogo bokiem. Zwłaszcza jeżeli nie ma się brzucha niczym J.Lo (nawet tego po urodzeniu bliźniąt), bo wtedy przez ten taki wywietrznik z boku widać oponę w pełnej okazałości.

Ball nie rozpoczyna się polonezem, ale szybkim browarem w pobliskim pubie. Najpierw trzeba się jednak przebrać w korporacyjnym kiblu (większość osób mieszka za daleko żeby po pracy wrócić do domu, zrobić się na bóstwo i wrócić z powrotem do centrum). Po browarze, udajemy się do sali, gdzie będzie odbywać się impreza. Tam serwowana jest lampka szampana, dwie, no może trzy. Później kolacja do której podawane jest wino. Po kolacji [czytaj: wymieszaniu trzech alkoholi], wszyscy udają się na densflor zahaczając o bar, w którym od 22 serwowane są już wszystkie trunki: wódka, rum, whiskey, hulaj dusza piekła nie ma. Dla tych co jeszcze stoja na własnych nogach gra zespół. Nie jest to żadna lokalna superstar, tylko naprawdę dobry band z mocnym żeńskim wokalem i saksofonem [love saksfon!]. Grają głównie brytyjskie hiciory od Oasis, przez Adele, aż po keep-bleeding-keep-keep-bleeding Leona Lewis, a cała sala śpiewa z nami. Kiedy impreza jest już rozkręcona, większość ludzi jest wreszcie wystarczająco pijana, żeby pokazać swoje kocie ruchy na parkiecie, punkt 24.00 zapalają się światła i czar pryska. Nie ma bisów, nie ma ostatniej-ostaniej-ale-już-naprawdę-ostatniej piosenki. Wszyscy grzecznie, bez szemrania ustawiają się w kolejce [a jak, Ordnung muss sein nawet po pijaku] do szatni i jadą do domu - swojego lub Lisy z drugiego piętra, która jest gotowa na zajęcia w podgrupach i popracowaniem nieco nad skill poolem, zwłaszcza jeżeli chodzi o stakeholder management. Jak zostałam poinformowana, impreza kończy się o północy, żeby większość osób miała jeszcze szansę wytoczyć się o własnych siłach i zachować resztki godności. W końcu w poniedziałek wszyscy znowuż spotkamy się przed trzema monitorami, a raczej trudno o szacunek, kiedy część osób widziała, jak wymiotujesz na środku parkietu.

00:15, siberry
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 19 grudnia 2011

Ej, skąd się Was tyle nagle tu zrobiło z fejsbuka?
Jakiś nagły fejm mnie spotkał, czy co?

Weźcie no, bo mam schizę, że sobie sama przez przypadek kliknęłam "lubię to", a ja w blogaskowym undergroundzie chcę pozostać.

No nic. To ja idę dalej pakować się na święta do domu.
Dzyń, dzyń, dzyń, hoł, hoł, hoł.

P.S. Wpisz do Googla "let it snow" i wciśnij enter.

22:22, siberry
Link Komentarze (8) »
sobota, 17 grudnia 2011

Uwielbiam sobotnie poranki. Takie leniwe, kiedy jeszcze długo po przebudzeniu nie wyściubiam nosa z pościeli i przeciągam się w łóżku, niczym kotka na gorącym, blaszanym dachu. Później wskakuję pod prysznic, kiedy w piekarniku rumienią się grzanki z kozim serem o ostrym, pieprznym smaku. Owijam się ciepłym od kaloryfera ręcznikiem i z jeszcze mokrymi włosami zagrzebuję się z powrotem w pościeli. Na podłodze, tuż na wyciągnięcie ręki, stoi legolasowy kubek wypełniony kawą. Z mlekiem, bez cukru. Z komputera dobiegają leniwe dźwięki, bo ktoś ostatnio mi powiedział, że ta piosenka kojarzy mu się ze mną. Rozpieszczam sama siebie, bo jakoś nie ustawia się kolejka chętnych żeby księżniczce podać ciepłe bułeczki do łóżka i pomasować stęsknione za słońcem plecy.

Na pytanie co robiłaś wczoraj wieczorem, odpowiadam zgodnie z prawdą, że siedziałam w złotej koronie w restauracji, zajadałam się wyśmienitymi ravioli i piłam wino z południa Włoch. Mam pewne obawy, czy dotrwam do świąt przy tej ilości krismes parties, krismes drinks i krismes dinners. Co do tej korony to ponoć taka lokalna tradycja, a tradycję trzeba przecież kultywować, więc wszyscy jak jeden mąż siedzieliśmy w papierowych, świecących koronach, nie przejmując się zbytnio skrzywionymi spojrzeniami współbiesiadników z sąsiednich stolików, bo to przecież jest elegancka restauracja, prosecco, białe obrusy, ąę-bułkę-przez-bibułkę, kelnerzy pod krawatem, a nie McDonald's. Muszę jednak przyznać, że widok tych napompowanych testosteronem alfa samców z koroną na głowie rozbawił mnie do łez. A kiedy później manager, tfu tak zwanego wyższego szczebla, założył czapkę Mikołaja i z czerwonego wora zaczął wyciągać dla każdego prezenty wszyscy pokładaliśmy się ze śmiechu. Lubię ludzi, którzy mają dystans do siebie, swojego ego i potrafią po godzinach wyluzować poślady, odpiąć guzik od śnieżnobiałej koszuli i zejść nieco na ziemię. To niezwykle rzadkie wśród pracowników szklanych wieżowców i tej branży, bo City jest wylęgarnią nadętych skurwieli, ale to już temat na zupełnie inną notkę.

Oczywiście żeby 'zachować twarz' i pełen profesjonalizm, rozmowy w czasie kolacji oscylowały głównie wokół job, a konkretniej blow jobs. Najmniejszy, ale za to najgłośniejszy z całej grupy Włoch, o imieniu Giuseppe skarżył się, że po pięciu latach małżeństwa jego żona zajmuje się el pepino tylko w jego urodziny i Sylwestra. Kiedy zapytałam kiedy ma urodziny lekko zmieszany i już nieco ściszonym głosem wyznał, że w sumie to urodziny obchodzi ostatniego dnia grudnia.

Uśmiecham się pod nosem, kiedy parę godzin później w barze, gdzieś na obrzeżach Soho słyszę:
- Sib, I had no idea you are so much fun!
- Right back at you, Chris... right back at ya.

21:01, siberry
Link Dodaj komentarz »
piątek, 16 grudnia 2011

Z dedykacją dla Zatroskanej:

1. Wejdź do knajpy i znajdź najbardziej wydzierającą ryło grupę dziewczyn. Mogą być lekko podstarzałe, wiek nie gra roli. 

2. Podejdź bliżej i sprawdź czy mają gołe nogi. Jeżeli dostrzeżesz rajstopy, skarpetki, tudzież antygwałtki - szukaj dalej. To pewnie były Latynoski.

3. Jeżeli nogi obute są w niebotyczne szpilki jesteś blisko, ale nie witaj się jeszcze z gąską. Obcas musi być wykoślawiony, a jeżeli dziewczyna potrafi z gracją pokonać dystans od baru do kibla nie tracąc równowagi i nieco z godności lądując w rozkroku na ziemi - szukaj dalej. To pewnie były padrugi z Rosiji.

4. Angielki uwielbiają świecidełka, zakładają na siebie kilogramy tandetnej biżuterii. Poza tym muszą być cekiny, dużo cekinów. Najlepiej jeżeli jest to skąpana w cekinach szmata aktualnie wisząca w witrynie TopShop. Coś w co był ubrany manekin dwa miesiące temu jest już passe i nadaje się jedynie do OxFam lub ewentualnie do leczenia kaca w sobotnie popołudnie na przedmieściach (nie w centrum).

5. Jedyną zasadą co do stroju, jest brak zasad. Leginsy w panterkę, strój na francuską pokojówkę, złote szorty - wszystkie chwyty dozwolone, nawet jeżeli wyglądało się w tym fajnie jakieś dziesięć kilogramów temu.

6. Polki mają szerokie kości policzkowe, Brytyjki wystające brzuchy. Mogą być szczuplutkie, ale i tak z przodu będzie typowy cyco-brzuch, czyli nie wiadomo gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. W związku z tym znalezienie bluzki podkreślającej talię graniczy z cudem, bo w sklepach króluje fason maskownicy, czyli topy odcięte pod biustem lub mające kształt namiotu w którym zmieściłby się zastęp skautów śpiewających do rana kumbaya my lord, kumbaya.

7. Typowa brytyjska fryzura to długie, cienkie, obcięte pod linijkę i zajechane prostownicą włosy za którą płacą bajońskie sumy. Już parę razy zostałam zapytana, gdzie obcinam swoje. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że ostatnio byłam u pierwszego lepszego fryzjera w centrum handlowym we Wrocławiu za jakieś 10 funtów. Get the Polish lOOk.

8. Angielska lejdi zaczyna wieczór od wina, ale szybko zapomina o swoich arystokratycznych korzeniach i przerzuca się na browara. One pint, two pints, three pints, do you want to see my boobs?, four pints, TEQUILA!!!!! A Jerzy IV Hanowerski przewraca się w grobie.

9. Brytyjki uwielbiają stać w kolejkach. Zwłaszcza do trendi klubów przed, którymi rozwijany jest czerwony dywan. To taki sport narodowy. Poza tym w takiej kolejce zawsze można się z kimś pokłócić, kogoś wyzywać, albo wytargać za doczepiane, acz wyprostowane włosy. 

10. Angielska róża kończy wieczór spacerując na boska po ulicy, z sukienką podciągniętą pod bladą brodę lub przy pomocy przyjaciółek, które jeszcze nie straciły kontaktu z bazą jest wrzucana do najbliższej, czarnej taksówki i odjeżdża w siną dal, żeby w poniedziałek z dumą opowiadać przy ekspresie do kawy jak to got hammered over the weekend. WICKED!!!

A tak naprawdę to zazdroszczę im tej postawy mam-na-wszystko-wyrąbane i możecie mnie pocałować w mój tłusty tyłek odziany w leginsy w panterkę. 

00:01, siberry
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 12 grudnia 2011

Znaki szczególne:

  • Okrągła twarz, duże kości policzkowe (z genami nie wygrasz, zwłaszcza tymi słowiańskimi).
  • Brak włosów [ogolna głowa na 3 mm to nie jest fryzura, no chyba, że już łysiejesz, to wtedy przejechanie czachy golarką współlokatora, jest lepsze niż kultowe uczesanie "na pożyczkę"].
  • Tatuaż. Najlepiej tribal na pół ramienia, dokładnie taki sam jaki miało pół osiedla.
  • Braki w uzębieniu (okaz rzadki) lub krzywe, żółte zęby (okaz pospolitus powszednius).

Atrybuty:

  • Biżu, czyli komunijna Matka Boska na złotym łańcuszku.
  • Plecaczek Alpinusa lub sportowa torba Nike, Addidas lub Reebok.

Garderoba:

  • Dżinsy z szerokimi, prostymi nogawkami. Koniecznie poszarpane i nieco zadeptane z tyłu. Mogą być przetarte w kroku. Czasami też dodatkowy wywietrznik pojawia się pod postacią dziury na wysokości kolana. Występują też osobniki w wersji Bear Grylls edycja miejska dżungla, czyli w bojówkach w kolorze koszarowej, zgniłej zieleni.
  • Białe, sportowe buty. Stopień zabrudzenia: od lekkiego, aż po nawet-cifem-i-ryżową-szczotką-tego-nie-domyjesz.
  • Wyciągnięta bluza z kapturem.
  • Kurtka ze ściągaczem na wysokości pasa. Doskonale podkreślająca wylewający się brzuch zza zbyt mocno zaciśniętego paska.

Stopień trafności: 95%.
W identyfikacji Rosjanek na londyńskich ulicach osiągam podobne rezultaty.

23:43, siberry
Link Komentarze (13) »
wtorek, 06 grudnia 2011

Z serii oczywiste oczywistości:

Niemcy: Dochodząc do pasów i widząc nadjeżdżający samochód nieco zwalniam. Kierowca robi to samo. Zatrzymuję się na przejściu. Kierowca robi to samo. Robię zdziwioną minę. Kierowca robi to samo.

Polska: Zawsze zatrzymywałam się przed przejściem dla pieszych widząc osobę w blokach startowych przed zebrą. Trochę z przypływu dobroci serca, ale bardziej bo rozkoszowałam się widokiem tego niedowierzania na twarzy osób, które później osiągały olimpijskie wyniki pokonując dystans od jedno krwężnika do drugiego, jednocześnie bijąc pokłony (niekoniecznie w kierunku Mekki) i mamrocząc pod nosem: dziękuję, dziękuję.

Holandia: Pieszych nie ma, są za to rowerzyści. Z przywilejami większymi niż święte krowy w Bombaju.

Londyn: Kierowcy jeżdzący po centrum są oazą spoku, kwiatami lotosu na tafli jeziora, albo na śniadanie wypijają wiadro melisy i zagryzają garścią kalmsa. Dosłownie każde miejsce jest dobre, żeby przejść na drugą stronę ulicy - zwłaszcza, że przecież nic nie jedzie. Lewa wolna to idę, to nic że samochody nadjeżdżają z prawej strony. Czerwone światło oznacza tylko tyle, że nadal można ładować się na jezdnię, ale trzeba podkręcić muzykę w ajfonie, bo będą trąbić.

Moskwa: Pieszy? Szto eta? Włączasz wycieraczki i jedziesz. Nas nje dogonjat!

13:16, siberry
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 05 grudnia 2011

Nie rozumiem. Nigdy nie potrafiłam tego zrozumieć. Jak to się dzieje, że osoba, która kiedyś była centrum Twojego wszechświata nagle staje się zwykłym ciągiem nic nie znaczących liczb. Ciągiem, którego nawet nie zapisujesz w liście kontaktów w swoim telefonie, bo boisz się, że na sam widok imienia możesz kiedyś poczuć trochę łez pod powiekami. Przecież to co nienazwane, nie istnieje, a szkoda tej starannej, czarnej kreski nad górną linią rzęs.

Chyba nie mam siły żeby przyjąć propozycję spotkania. Nie teraz, kiedy układam wszystko od nowa. W głowie i szerokich, drewnianych szufladach. Rozpinane sweterki na prawo, bluzeczki z niegrzecznym dekoltem na lewo. Niestety nie da się sformatować główki, wgrać nowego systemu operacyjnego, bez wirusów i plików niepotrzebnie zaśmiecających pamięć. Nie mam jeszcze wystarczająco siły żeby ze spokojem spojrzeć na jego dłoń. Dłoń, która kiedyś wędrowała po moich ustach, wygiętych w łuk plecach i  czuła rozgrzaną, pulsująca krew pod skórą, a na palcu której teraz mieni się kawałek chłodnego metalu.

00:23, siberry
Link Komentarze (6) »
piątek, 02 grudnia 2011

Idę do pracy. Jeżeli przechodząc przez park nie słyszę donośnego bong oznacza to, że jestem już spóźniona. Czasami Big Ben leci sobie ze mną w kulki i robi bong, bong, bong, bong, bong, bong, bong, bong, bong i wtedy to wcale nie oznacza, że jest 8.45, tylko 9.00 i wtedy jestem już zajebiście spóźniona. No cóż. Boss w czasie rozmowy oceniającej tylko delikatnie zasugerował, że być może mogłabym postarać się zjawiać w pracy nieco wcześniej. No staram się, staram, ale jakoś ciągle nie wychodzi. Oprócz tego powiedział, że jest niezwykle zadwolony, że przez 6 miesięcy szukał kandydata na to stanowisko i że spuścił na drzewo 30 osób, bo w końcu trafił na cholernie inteligentą i zdolną osobę [tak, tak, to o mnie!]. Poza tym coś tam wspomniał, że przy moim potencjale, widzi mnie za kilka lat, w kółku wzajemnej adoracji managerów zarządzającymi przerzuczacami korpogówna, tak na pół świata. Aim high! Niestety nic nie wspomniał na temat mojego uroku osobistego, albo apetycznego tyłka, a to zdecydowanie bardziej przydałoby mi się w poszukiwaniach – jak to ostatnio stwierdził mój przyjaciel - podnóżka, czyli męża. Ciekawe, czy ten punkt mogę dopisać sobie docelów na przyszło rok?

Wracam do domu. Włączam ogrzewanie, wyciągam z lodówki naturlany jogurt i nie mam już więcej siły żeby wspinać się wyżej po piramdzie Maslowa. Zresztą od tygodnia próbuję być na diecie jogurtowo-owocowej, gdzie alkohol występuje w roli owoców przetworzonych. Próbuję, bo na przykład dzisiaj idę na kolację do tapas baru  – z alkoholem nie przewiduję większych problemów, ale za to z jogurtem może być już ciężej. Czasami zaszaleję i do codziennej porcji białej mazi bez smaku dosypię garść muesli. W tym kraju znalezienie zwykłych płatków wieloziarnistych, bez suszonych owoców, ziarenek i innych orzechów [wiecie ile te małe gnojki mają kalorii?] jest tak samo skomplikowane jak znalezienie wina poniżej 10 GBP na korek, a nie na zakrętkę.

W przyszłym tygodniu mamy krismes party. Wszystkie rozmowy oscylują wokół sukienek, tapirów i piłowania szponów. Zamierzam nadać trochę szynku w tym całym Londynie i wystroić się na rasową Ruskę. Czerwone szpilki na niebotycznym obcasie czekają w blokach startowych na swoją premierę. Fakt, przyznaję się, są nieco kurewskie, ale zbilnasuję look, czarną, pokreślającą krągłości sukienką, ale za to kończącą się tuż przed kolankiem, czyli typowa długość na zakonnicę. Słowo podkreślająca (a nie obcisła) jest słowem kluczowym. Nie chcę wyglądać jakbym wystroiła się w kondom, ani wciągać brzucha dopóki wszyscy się nie urżną, stąd te jogurciki. Poza tym, przyznam trochę w sekrecie, że nieco cieknie mi ślinka na myśl o moich korporacyjnych alfa samców w smokingach. Mrau.

Stay tuned.

17:44, siberry
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u