RSS
piątek, 31 grudnia 2010

Jak Wy nie czytacie, to ja nie piszę.

01:27, siberry
Link Komentarze (8) »
środa, 29 grudnia 2010

Tak naprawdę jazdę samochodem polubiłam dopiero wtedy kiedy przestałam przymierzać się do zmiany pasa pięć kilometrów przed skrętem.

Prawo jazdy niby mam od 18-stego roku życia, ale jakoś wcześniej nie widziałam konieczności posiadania samochodu. Dopiero rok temu moja firma postanowiła uszczęśliwić mnie samochodem służbowym. Byłam totalnie przerażona i nawet przez chwilę rozważałam opcje porzucenia nowiutkiego i błyszczącego Siberryportera na parkingu firmowym. 

Początki były trudne. Miałam opanowanę trasę dom-praca. Potem doszły trasy dom-siłownia, dom-Galeria Mokotów, dom-Teatr Polonia, dom-centrum, a już naprawdę byłam z siebie dumna, kiedy sama trafiłam do Janek. Przez pierwsze parę miesięcy wjazd i wyjazd z parkingu podziemnego zajmował mi spokojnie ponad 10 minut, czyli dłużej niż cała moja trasa z domu do pracy. Jednak w końcu ktoś się nade mną zlitował i pokazał mi jak się parkuje tyłem. Teraz lubię tylko od tyłu. Przodem potrafię zaparkować na miejscach wielkości małego czołgu.

Poza tym mam traume odkąd wjechałam w słup pod domem - no dobra niech będzie - nie w słup, tylko w ogromną ścianę. A to wszystko przez czujniki parkowania. Kierowałam się bardzo prosta i logiczna zasada 'jak nie pika to jade!'. Problem w tym, iż zupełnie nie wziełam pod uwagę tego, że czujniki są tylko z tyłu i przodu, a z boku to już niekoniecznie. Po bliskim spotkaniu trzeciegos stopnia z betonem mam wgniecione drzwi i zarysowany tył samochodu. Zorientowałam się, że coś jest nie tak, kiedy się zaklinowałam [tak, zaklinowałam się w ścianie, W ŚCIANIE]. Wysiadam z samochodu. Patrzę i nie wierzę. Zdarta ściana. Beton na ziemi. Obdrapany samochód. Jakiś miły sąsiad postanowił zostać moim rycerzem i wyjechał samochodem ze ściany - "proszę pani,  tu musimy się wycofać żeby pójśc po tej samej linii zarysowania". Powstrzymał się od złośliwych komentarzy, a nawet zaczął mnie pocieszać "Ależ proszę się nie martwić - to się zdarza najlepszym" [mhm już widzę jak Kubica wjeżdża w cokolwiek co nie przypomina pit stopu]. Samochód nawet nie miał 300 km na liczniku, więc byłam bardzo dzielna i rozryczałam się dopiero w domowym zaciszu. Jednak w związku z tym, iż szkody sa po stronie pasażera to już teraz wcale mi nie przeszkadzają - poza tym teraz mój samochód zdecydowanie wyróżnia się na korpoparkingu. I od tamtego zdarzenia zawsze, ale to zawsze ściszam radio przy niezwykle skomplikowanym manewrze jakim jest parkowanie (tak na wszelko wypadek jakbym znowuż wjechała w ścianę, ale zupełnie tego nie słyszała).

  

21:38, siberry
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 27 grudnia 2010

Jeszcze nie tak dawno temu jedyne co mi perfekcyjnie wychodziło w kuchni to robienie bałaganu. Jednak od paru miesięcy odkrywam w sobie Nigelle Lawson, a czasem nawet Jamie Olivier'a.

Na święta dostałam dwie książki kucharskie. Niebardzo wiem, czy to zachęta żeby ekserymentować dalej, czy raczej delikatna aluzja, że powinnam jeszcze sporo poćwiczyć zanim zacznę przygotowywać następne kolacje i traktować moich przyjaciół niczym kulinarne króliki doświadczalne.

Na święta przygotowałam rozpływające się w ustach (a nie w palcach) brownie, bigos i nawet zrobiłam makaron. Taki prawdziwy z jajek, mąki i te sprawy.

Oferty kandydatów na męża przyjmuję w komentarzach lub na mail'a :)

22:52, siberry
Link Komentarze (4) »
niedziela, 26 grudnia 2010

Lubię naturalny, świeży wygląd. Taki prawie dziewczęcy. Reaguję alergicznie na dziewczyny w zbliżonym do mnie wieku, które mają napompowane usta, pomarańczową skórę spaloną na solarium i twarz z mimką równie bogatą co obecnie mimika Nicole Kidman.

Nie mam doczepianych włosów. Od dawna też ich nie fabuję. Kiedyś najpierw rozjaśniałam włosy, potem przeszłam przez fazę czekoladowego brązu na głowie, a teraz uważam że najlepiej jest mi w moim naturalnym kolorze. Włosy odwdzięczyły mi się miękkością, połyskiem i tym, że mogłam je zapuścić do strategicznej długości - kończą się tuż nad piersiami. Wydaje mi się, że facetów strasznie kręcą kobiety w długich, upiętych włosach. Mogą być nawet zebrane w pospolitego kucyka (nie znoszę nazwy "koński ogon", ale przyznam że "kucyk" jest rónie słaby), a myślę, że on i tak będzie się zastanawiać jak wyglądasz w rozpuszczonych włosach. Nie wiem na czym to polega, ale kiedy słyszę "Rozpuść proszę włosy" albo "Siberry czemu masz spięte włosy?" mam wrażenie, że oczekiwanie jest takie, że będę wyglądać conajmniej tak jak po nocy niesamowitegom seksu, albo jak tuż po przebudzeniu i wyjściu prosto z łóżka.

Nie wstrzykuję sobie botoksu, ani kwasu hialuronowego. W tym roku na trasie Wiedeń-Warszawa stwerdessa poprosiła mnie o dowód, kiedy zamówiłam czerwone wino do czegoś co powinno przypominać kanapkę na pokładzie samolotu.

Nie mam sztucznych rzęs, ani paznokci. Za to regularnie chodzę do kosmetyczki i fryzjera. Nigdy nie chodzę spać w makijażu - nawet kiedy w weekend wracam do domu, kiedy za oknem już robi się jasno i zamiast krwi w moim ciele krąży Havanna Club. Raz w tygodniu peeling i maseczka. Obowiązkowo nawilżający balsam do ciała po każdym prysznicu. Krem na dzień i na noc. W Sephorze potrafię zostawić znaczną zawartość swojego portfela z pełną świadomościa bajecznej marży na tych wszystkich specyfikach zamkniętych w kolorowych pudełeczkach przewiązanych kokardką z obietnica wyglądu jak po profesjonalnej przeróbce w Photoshop'ie. Jednak na kosmetykach nie oszczędzam.

Dbanie o siebie jest dla mnie czymś niezwykle naturalnym. Moja Mama od małego uczyła mnie jak powinno nakładać się krem na twarz - do tej pory mam sentyment do Nivea. A moja Babcia będąc ciężko chora w szpitalu zażyczyła sobie pomadki. Kiedy następnego dnia przywieźliśmy Babci szminkę spojrzała najpierw na mnie, potem na moją Mamę i powiedziała: "czy wy do końca powariowałyście?! Jak ja mam się umalować RÓŻOWĄ szminką, kiedy mam na sobie CZERWONĄ koszulę nocną?!"

 

P.S. Hilfe czy ktoś wie gdzie dokładnie mam wkleić kod statystyki w edytorze CSS żeby STAT4U zaczeło poprawnie działać?

23:55, siberry
Link Komentarze (5) »
wtorek, 21 grudnia 2010

Pyanie "co robisz na sylwestra?" działa na mnie tak samo jak pytanie "jak ci minął weekend?". Płachta na Siberry. Czuję się zobowiązania mieć 'szampańskie' plany na przywitanie nowego roku, a w każdy weekend powinnam przynajmniej skoczyć ze spadochronem lub przejechać 100 km na rowerze bez trzymanki oraz przygotować czterodaniową kolację dla paru przyjaciół, a między czasie wymyśleć szczepionkę na AIDS. No ewentualnie na raka.

A prawda jest taka, że w tym roku zamierzam totalnie zignorować brokaty, loki, cekiny, błyszczące kreacje. Mam zamiar zaszyć się w mieszkaniu z kubkiem gorącej, malinowej herbaty lub szampanem (jeszcze się nie zdecydowałam) pod ciepłym kocem i  będę się świetnie bawić oglądając telewizję. Tak, wiem decyzja jest wyjątkowo trudna w tym roku. W sylwestrowa noc na Polsacie Krzysio Ibisz i hit mojego dzieciństwa "How do you do?", a z kolei mój ulubiony slogan wynoszący mnie i wszystkich copy writer'ów na wyżyny intelektualne, czyli "Jak Choinka to Jedynka!" mocno sugeruje, że TVP to jedyny słuszny wybór. Już sama nie wiem co tu wybrać. Całe szczęście, że mam jeszcze tydzień na podjęcie dezycji. Ostatnie trzy sylwestry spędziłam szusując na nartach, piłam grzane wino i obżerałam się kiełbaskami na stoku, więc myślę że wizja mnie na kanapie w wyciągniętym polarze bez zakwasów jest bardzo pociągająca. Gdyby jednak znudziło mnie siedzenie w domu zawsze mogę się ubrać, pójść do pobliskiego parku z nartami i poudawać, że jednak jestem w Krynicy.

Wigilię firmową jednak przemilczę.

22:19, siberry
Link Komentarze (8) »
sobota, 18 grudnia 2010

Wyjca od "Last Christmas I gave you my heart" słyszałam już z milion razy. Ciężarówki Coca-Coli już dawno przyjechały do miasta. Centra handlowe pękaja w szwach. Snieg lezy na ulicy i na moim nieodsniezonym miejscu parkingowym pod biurem. Dzisiaj jak co roku znowuż musiałam udawac, ze mnie nie ma w domu, kiedy ksiadz zapukał do drzwi. Mikołaje, renifery, aniołki, śnieżynki i inne poczwarki atakuja z każdej witryny sklepowej. A ja jakoś nadal nie mogę poczuc klimatu swiat w tym roku.

Powiesiłam lampki w oknie (no dobra - nie powiesiłam tylko włączyłam do kontaktu, bo jakoś od zeszłego roku o nich zapomniałam). Nawet kupiłam dzisiaj poinsecje (raptem 20 minut stania w kolejce w Castoramie). Zapakowałam już dwa prezenty w złoto-czerwony papier. Zapaliłam świeczkę o zapachu pomarańczowo-cynamonowym.

I nadal nic.

18:43, siberry
Link Komentarze (4) »
wtorek, 14 grudnia 2010

Korporacja - jeden z najbardziej kapitalistyczny tworów, a jednak dostrzegam mnóstwo socjalistycznych inspiracji:

  • Za wykonanie planu lub pracę ponad normę możesz liczyc na nagrodę, laurke tfu to znaczy certyfikat i obowiązkowy uścisk dłoni prezesa lub kogoś kto jest dostatecznie wysoko żeby zrobic 'wrażenie". Mozesz nawet zostac pracownikiem miesiaca.
  • Co roku dostajesz kalendarz z twoim imieniem i nazwiskiem i logo firmy + w bonusie kalendarz na ściane (do powieszenia w salonie lub w kiblu)
  • Na święta obowiązkowy mundurek czyli kurtka/koszulka/czapka itp. z logo firmy, nawet torba do której chowam laptopa nie pozwala mi zapomniec gdzie pracuję - to się rasowo nazywa identyfikacja wizualna
  • W biurze na ścianie plakaty z korpo-hasłami przy którym "Yes we can!" wydaje się byc co najmniej nowym "I have a dream"
  • Corporate songs, czyli korpo-hymny to juz kategoria sama w sobie (polecam "Oh happy day" E&Y!)
  • Work and life balance polega na ograniczeniu life i maksymalizacji work
  • Jezeli jeszcze do konca nie czujesz czescia korpo-wspolnoty zawsze mozesz chodzic na rodzinne pikniki, imprezy wigilijne/noworoczne (oczywiscie bez outsiderow, czyli osob towarzyszacych). Mozesz nawet zapisac sie do druzyny sportowej i godnie reprezentowac swoja firme w korpo-ligach. Splendor i chwala gwarantowana (na pewno zostanie to wspomniane w korpo-gazetce), a dyplom za zajecie I miejsca zostanie powieszony w jakims reprezentacyjnym miejscu na przyklad obok centrum dowodzenia wszechswiatem, czyli obok recepcji

 

Tak off-topic to nadal nie umiem przyjmowac komplementow. Kiedy w pracy słyszę "you look absolutely stunning" spuszczam wzrok niczym rasowa pensjonarka.

21:38, siberry
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 13 grudnia 2010

Od sobotniego koncertu nie mogę przestac ogladac tego klipu. Ze 100 odsłon na ten moment myslę, że spokojnie jakieś 60% to moja robota.

Rzucam korpo.

Przeprowadzam sie do Mysłowic.

Bede rodzic dzieci i gotowac obiady TEMU gitarzyscie.

Nie mam zielonego pojecia jak on wygląda z bliska, ile ma lat i kto mu pierze skarpetki (i nie chcę wiedziec - so don't spoil the fantasy!), ale jaki on jest dziki!

Mrrraaaau.

22:32, siberry
Link Komentarze (3) »
niedziela, 12 grudnia 2010

Na studiach moi kumple wyznawali prastara zasade "nie wal dupy z własnej grupy". Żałuję, że nie wcieliłam jej równiez w korpo życiu - wtedy nie musiałabym mijac na korytarzu swojego X.

W tym tygodniu Wigilia firmowa. Zamiast opłatka poleją się hektolitry alkoholu. Ja mam zamiar wygladac jak milion dolarów i wcale nie myslec o tym, ze on ma juz nowa dziewczyne. Strój na imprezę będą sponsorwac literki k jak krągłości. Odsłonięty biust. Podkreślone biodra. Niebotyczne szpilki. Czerwona szminka i paznokcie w kolorze fuck me red.

It's a girl's thing.

22:41, siberry
Link Komentarze (5) »
czwartek, 09 grudnia 2010

Kolega z pracy wyłożył mi Teorie Lig na temat relacji damsko-męskich.

Tak jak drużyna piłkarska chcemy grac mecze z kimś ze swojej ligi, a najlepiej z ligi wyżej. Oczywiście czasami zdarzają się rozgrywki z drużyną sklasyfikowana niżej w tabeli, ale to są mecze wyjazdowe. Dochodzi do nich sporadycznie i tylko wtedy, kiedy nie mamy zaplanowanych w najbliższym czasie rozgrywek we własnej lidze. Zazwyczaj chcesz o nich jak najszybciej zapomniec i masz nadzieję, że ten wyjazdowy mecz umknie uwadze komentatorów.  Tego typu mecze sa traktowane jako zwykły trening (żeby nie wypasc z formy) przed spotkaniem dającym szanse na realny awans.

Wszyscy chcą awansowac. Cała uwaga i energia koncentruje się na zwiększaniu szans rozegrania meczu z kimś z ligi wyżej. Problem w tym, że to zawsze Barcelona decyduje czy w drodze wyjątku łaskawie rozegra mecz Kolejorzem, a nie na odwrót. Generalnie mamy problem z zakwalifikowaniem samych siebie do odpowiedniej ligi - jest przecież trzecia, druga, pierwsza liga i nie zapominajmy o ekstraklasie (do której wszyscy skrycie aspirują). W awansie może pomoc protekcja lub pomoc kogoś z ligi wyżej, ale ponoc liczy się nie tylko wygląd, zasobnosc portfela, ale o zgrozo rowniez inteligencja.

20:24, siberry
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u