RSS
środa, 28 listopada 2012

Boss prosi żebym sprecyzowała swoje oczekiwania jeżeli chodzi o następne stanowisko. Ja wpatruję się pustym wzrokiem w migający kursor na ekranie numer dwa i zamiast obmyślać plan jak przy najmniejszej linii oporu wspiąć się jak najszybciej po szczebelkach korpo-drabiny w myślach przywołuję fakturę rozgrzanego od słońca, złocistego piasku, smak słodkiego mleka kokosowego pitego na szczycie flaveli i lepką od tańca noc z odgłosami baterii w tle. Lekko mrużę oczy i przechylam głowę na bok, ale zamiast rozbijających się o brzeg fal, słyszę jak parę metrów dalej ktoś napierdala w złości klawiaturą o biurko.

Czuję się jak narkoman w ośrodku o zaostrzonym rygorze. Chcę stąd uciec, natychmiast wstać od biurka, wyjść bez słowa. Chcę iść wzdłuż rzeki dopóki słońce nie przestanie lizać rozgrzanych od szybkiego marszu polików, a później zaszyć się w knajpie z muzyką na żywo, zostać tam do rana w towarzystwie czerwonego, półwytrawnego i wysłuchać historii życia jakiegoś przypadkowego gościa poznanego przy barze. Chcę, ale wiem, że nie mogę, a może raczej wiem, że później będę tego żałować. Są takie dni, kiedy absolutnie nie widzę w tym sensu, są takie dni, kiedy sama zaczynam wierzyć w to, że tak naprawdę powinnam zostać tym całym managerem najwyższego szczebla i na co dzień włazić w dupę akcjonariuszom. 

Rozglądam się dookoła widzę szaro-burą wykładzinę, ściany pomalowane na sterylną biel, ludzi, którzy wyglądają jakby wszyscy ubierali się w tym samym sklepie, sterty papierów, migające światła dzwoniących telefonów i te niekończące się rzędy biurek, które uginają się pod ciężarem monitorów, na których non-stop przewalają się liczby 109.27, 110.50, 111.25... Ktoś krzyczy YES! i w triumfalnym geście unosi pięść, ktoś inny rzuca siarczyste fuck i załamuje ręce. W końcu ktoś musi przegrać, żeby ktoś inny mógł wygrać.

A może po prostu pierdolę głupoty, bo PMS mnie kąsa w tyłek. Ot co.

00:45, siberry
Link Komentarze (9) »
czwartek, 22 listopada 2012

Siły wyższe obdarzyły mnie wieloma talentami, niestety zdolność poruszania się wśród html-owych robaków i programów graficznych nie jest jednym z nich. Z związku z tym, iż chciałabym nieco odpicować blogaska, a niestety nie wiem jak, postanowiłam wystosować tę o to odezwę do narodu.

Jakby ktoś miał czas/ochotę, żeby w ramach wolontariatu oraz przypływu dobroci serca [w końcu święta się zbliżają] pomóc biednej, biedniutkiej Sib [tu próbuję wzbudzić litość] to proszę się do mnie zgłosić na siberry(maupa)gazeta.pl.

Najbardziej marzy mi się żeby tam u góry zamiast "w szpilkach lub conversach" było zdjęcia, albo kolaż [którego oczywiście nie potrafię wysmażyć, co mnie osobiście bardzo irytuje]. W zamian oferuję dozgonną wdzięczność, glorię i chwałę poprzez publiczne wyznanie mojego uwielbienia.

Jak nie to nie. Nadal będziecie dostawać oczopląsu od tych kropków.

XoXoXo,
Sib

20:13, siberry
Link Komentarze (5) »

Mój szef jest cholernie wymagający, pewny siebie, arogancki i ma w dupie polityczną poprawność. Większość osób uważa go za dupka i współczuje mi, że muszę z nim pracować. Ja z kolei uważam się za szczęściarę, bo mam nieograniczony dostęp do jego mózgu i wieloletniego doświadczenia z którego czerpię garściami.

To jest pierwszy szef, który potrafi jednym zdaniem zagonić mnie w kozi róg, a najmilsze słowo jakie od niego usłyszałam za kawał naprawdę dobrej roboty na widok której ja dostawałam mentalnego orgazmu to było rzucone trochę od niechcenia "Good job, Sib". Musiałam się nieco przyzwyczaić, spuścić trochę powietrza z własnego nadęcie, bo nikt już nie rzuca mi kwiatów pod stopy, ani nie wychwala pod niebiosa jak to regularnie bywało za moich moskiewskich czasów. Gwiazda Jakucji zeszła trochę na ziemię pomimo tego, iż po biurze nadal rozchodzi się stukot wysokich obcasów. I dobrze. Pokorę trzeba regularnie dokarmiać, bo ona ma bulimię.

Kiedy w czasie rozmowy oceniającej boss powiedział mi, że jestem bloody damn intelligent myślałam, że to jakaś jego kolejna gra. On uwielbia zarzucać mnie zadaniami w stylu pokazuje mi maila od Szefa Wszystkich Szefów i mówi: masz pięć minut na to żeby mi powiedzieć co ty byś z tym zrobiła, albo zakrywa połowę wykresu obrazującego cenę jakiegoś tam produktu i pyta: co myślisz, że stanie się z ceną za 10 minut? Och poczekaj sekundkę, zapomniałam wyjąć z torebki swoją pieprzoną, kryształową kulę.

Poza tym tworzymy pewną swoistą symbiozę. Mamy podobne poczucie humoru i styl pracy. Dość szybko też rozgryzłam, iż ten wysoki jak dąb facet, tak naprawdę jest łasym na komplementy chłopcem, który od czasu do czasu potrzebuję trochę uwagi i podrapania za uszkiem. Trzeba na własne oczy zobaczyć jego zadowoloną minę, kiedy zauważam, że ma nowe buty, albo kiedy z przekonującym głosem pytam się have you been working out lately? On wtedy bezwiednie wciąga brzuch, prostuje się do pozycji mam-sztywny-pal-w-tyłku, puszy się jak paw i niby od niechcenia mówi: wiosłowałem przez trzy godziny w weekend

Ostatnio musiałam rzucić rękawicę i jednak kupić sobie okulary. Trochę zaczęły mnie już męczyć te regularne sprinty do przystanku na widok każdego dabel dekera, bo nie mogłam rozszyfrować, który numer aktualnie zbliża się do zatoczki. Oczywiście okularów nadal nie noszę, ale czasami [zazwyczaj na kacu] zakładam je in da ofis. Mój spostrzegawczy szef zauważa je, kiedy wystroiłam się w ołówkową spódnicę, kremową jedwabną bluzkę i mówi:

- Sib, I didn't know you had to wear glasses.
- I don't. It's just an attempt to look more intelligent.
- They suit you. Very stylish! You look like a modern version of Miss Moneypenny. Does that make me James Bond?
- You wish.

18:27, siberry
Link Komentarze (1) »
niedziela, 18 listopada 2012

Kiedyś kasetę magnetofonową przewijało się na ołówku żeby oszczędzić baterie w walkmanie.

Kiedyś po pokoju chodziło się na palcach i mówiło się szeptem, bo właśnie wgrywał się Test Drive.

Kiedyś andruty zapijane cytrynowym Ptysiem to był Mount Everest dla podniebienia.

Kiedyś mając klaser wypełniony po brzegi historyjkami obrazkowymi po gumie balonowej Donald, byłeś like a boss, czyli rządziłeś połową podwórka.

Kiedyś na widok biegnącego koguta na tle burego płotu sikałeś ze szczęścia, bo to oznaczało, że zaraz zacznie się Teleranek.

Kiedyś przeżycie podróży autokarowej na trasie Polska-Grecja, postawienie torby wypełnionej po brzegi Gorącymi Kubkami i zupkami chińskimi w pokoju w którym zabiłeś laczkiem Kubota tylko dwa karaluchy oznaczało dotarcie do raju.

Kiedyś osiągało się eldorado przez rozbujanie huśtawki do podbitek, zawiśnięcie do góry nogami na trzepaku, czy tam strzelenie ze stanika zbyt cytatej jak na swój wiek Żanecie z VI C.

Teraz masz swoją srebrną lodówkę, płaski niczym biust Keiry Knightley telewizor, kredyt na mieszkanie we frankach szwajcarskich, wakacje w Alpach i na egzotycznych wyspach, o których istnieniu jeszcze kilka lat temu nawet nie wiedziałeś, podziemny parking na samochód służbowy, awanse i nagrody, kolacje firmowe w najlepszych knajpach w mieście, dziewczyny przewalającej się w twojej sypialni bez celluitu, masz nawet pieprzone nagłośnienie dolby surround w kiblu, ale i tak ciągle jest źle.

Nawet nie zauważyłeś, kiedy z chłopaka do którego można było zadzwonić w środku nocy i pić wino do rana, stałeś się aroganckim dupkiem w koszuli szytej na miarę i tych swoich śmiesznych, nażelowanych włosach zaczesanych do góry.

 

------ apdejt 23:45 anno domini -----
No dobra, japiszony japiszonami, ale teraz to ja jestem ciekawa jakie to Wy macie wspomnienia z dzieciństwa? Meldować mi się tam ładnie na dole. Dont bi szaj, gajs.

20:31, siberry
Link Komentarze (25) »
wtorek, 13 listopada 2012

Mówię Francja i od razu widzisz Wieżę Eiffla, bagietkę, Luwr, beret i obrzygane metro.

Mówię Londyn i od razu widzisz czerwone dwupiętrowe autobusy, czarne taksówki, Big Bena i prostytytutki na ulicach. A nie wrrrróć - to nie prostytutki, tylko angielskie róże idące w piątkowy wieczór na klabing.

Mówię Nowy Jork i od razu w głowie zaczyna Ci śpiewać Alicia Keys, oblizujesz usta, bo ślinianki zaczynają pracować na wspomnienie bejgla utopionego w cream cheese i widzisz wieżowce, Central Park i dwóch policjantów z nadwagą ["NYPD maderfaker"] opychających się donatami z kawą w papierowym kubku.

No dobra, żeby nie było tak ą-ę-hajlajf-sztywny-pal-w-tyłku, to mówię Świebodzin myślisz Jezus, myślisz o tym dłużej i po chwili jest już odżizas! Mówię Twardorzeczka i widzisz Brodkę, mówię Koniakowo myślisz stringi, mówię Pacanów, a Ty widzisz pieprzonego Koziołka Matołka z gołym torsem, ale za to w czerwonych szortach.

Mówię Paragwaj i co widzisz.? Yyyy....no....yyyy....jakby tu.... no właśnie nic nie widzisz. Bo TAM NIC NIE MA. No dobra, są takie kamloty wpisane na listę UNESCO, ale spokojnie można umrzeć nie odhaczając tego z listy miejsc do zobaczenia przed śmiercią.  Zmarnowany dzień, zmarnowana noc - trzeba było od razu jechać do Foz do Iguacu.

Może i nic nie ma, ale jak na każdym zadupiu musi być...

23:48, siberry
Link Komentarze (3) »
środa, 07 listopada 2012

[*** jedyna notka, którą zaczęłam pisać będąc jeszcze w LatAm ***]

Siedzę nad rzeką w przykrótkiej sukience za to owinięta białą, zbyt dużą, męską koszulą, która skutecznie chroni przed ostrymi promieniami słońca, ale przed wszystkim tymi komarami wielkości słonia. Dosłownie parę metrów ode mnie wylegują się na rozgrzanym piasku krokodyle. Tak właśnie, KROKODYLE. Takie z zębami, chropowatą skórą, jednym słowem regularne forfitery. Nad głową co chwila przelatują mi orły i jastrzębie, a na bajecznie kolorowe papugi przestałam już kompletnie zwracać uwagę, bo - nie wierzę, że to piszę - jest ich tutaj więcej niż u nas wróbelków elemelków, czy tam srających gołabków.

O Pantanal mało kto słyszał, bo ten region ma pecha (a może raczej szczęście?), że znajduje się tuż pod Amazonią, czyli w Mato Grosso [po portugalsku gęste krzaki]. Wszyscy walą do Amazonii nie zdające sobie sprawy, że tuż obok jest jeden z największych, podmokłych (czytaj: tętniących życiem) terenów na świecie. Nieśmiało dodam, że to całe Pantanal jest większe niż terytorium, ot na przykład takiej Wielkiej Brytanii, czyli po prostu jest grande. Są tu węże, które potrafią wrąbać całą krowę, piranie, krokodyle (a właściwie kajmany), małpy, kilkaset gatunków ptaków i innych zwierząt, no i last, but not least jaguary (te w cętki, a nie te śmigające po londyńskim Chelsea). Już sam dojazd do tego miejsca jest atrakcją - trzy godziny jazdy szosą, a później kolejne cztery w samochodzie z napędem na cztery koła, przez podmokłą, wyboistą drogę i mosty, przez które ja bałabym się przejechać rowerem. W czasie pory deszczowej jeepa należy zamienić na łódkę, bo 80% powierzchni stanu znajduje się wtedy pod wodą. Bul-bul-tonę.

Region do tej pory utrzymywał się głównie z hodowli była. Nie znajdziesz tu jednak szwajcarskiej Milki, albo chociaż swojskiej Łaciatej. Na rozległych polach wypasają się krowiska, które są białe, mają garb i rogi dłuższe niż przeciętne szpilki spacerujące w piątkowy wieczór zakrapiany szampanem po Tverskaya w Moskwie. Obecnie, powoli zaczyna rozwijać się tutaj agroturystyka. Mieszczuchy mogą powiedzieć, że były in da dżangel, a dżangel stając się rezerwatem przyrody, ma większe szanse na to, żeby nie zostać polem uprawy trzciny cukrowej potrzebnej do produkcji bio-komponentów.

Lokalne jedzenie to istna poezja. Takie chłopskie jadło, brazyljan edyszyn. Proste, acz sycące, ale przede wszystkim pyszne. Ryż, długo gotowany w towarzystwie lokalnej kiełbasy i fasoli. Treściwe, gęste sosy, dużo (szczęśliwej) wołowiny i soczystych owoców, a to wszystko żeby mieć siłę pracować przy bydle [lokalsi], tudzież drałować przez krzaczory w poszukiwania jaguara [los turistas]. Obów tylko i wyłącznie zakryty [havaianas wyprowadziłam na spacer dopiero w Rio], bo raczej nie chcesz żeby Twój paluch [gustowanie pomalowany na wściekłą fuksję - trzeba mieć stajla nawet w dżungli, conie] przeżył spotkanie trzeciego stopnia z wężem, bo pewnie by nie przeżył. Anyway, węży ogólnie nie lubimy, no chyba że to wąż ogrodowy, którym można się polewać wystawiając kości tłuszcz do słońca.

Dzisiaj wstałam kiedy słońce dopiero leniwie wspinało się po horyzoncie, bo upał w ciągu dnia jest ledwo do wytrzymania. Pomimo sumiennego smarowana się balsamami o wysokim faktorze, skóra szybko nabrała karmelowego odcienia, a włosy zaczęły mienić się złocistym blondem, który ostatni raz gościł na mojej głowie, wtedy kiedy jeszcze nosiłam białe podkolanówki i wierzyłam w wierność małżeńską, czyli coś w okolicach wczesnej podstawówki. Zresztą świt to najlepsza pora na próby ustrzelenia zwierząt aparatem fotograficznym. Dzisiaj widziałam jak tukan o soczyście pomarańczowym dziobie zeżarł małą, zieloną papużkę [predator, kurwa - że tak polecę klasykiem]. Na wysokiej na kila pięter palmie udało mi się wypatrzeć gniazdo dwóch, wielkich, intensywnie szmaragdowych papug ara, które wysiadywały jaja. Kilkanaście metrów dalej przedzierało się przez rzekę stado dziwnych zwierząt, które na moje eksperckie oko, wyglądały jak chomiki po Czarnobylu, ale Państwo Gucwińscy pewnie powiedzieliby, że to kapibary. Discovery channel w wersji live.

Z kategorii mój pierwszy raz czuję się w obowiązku zaraportować, iż łowiłam piranie. Tak właśnie PI-RA-NIE. Złowiłam sztuk 11 [słownie: jedenaście]. Bez kitu !!!! Nigdy wcześniej nie byłam na rybach, a w Pantanal złowiłam ich prawie tuzin! I to nie jakiś tam popierdółek, w stylu okoń, czy tam karaś, tylko to były maderfakin piranie! I to nawet nie na jakąś piranio-wędkę, tylko na zwykły badyl, z żyłką, haczykiem i krowim mięsem. Respect, leute! Zupa z piranii to lokalny przysmak, ale ja swoje dawałam forfiterom na pożarcie [noł cziken, szwagier]. Na początku byłam przerażona, bo kajmany były dosłownie dwa metry ode mnie, a ja jakoś nie do końca widziałam się w roli Krokodyla Dandi z cyckami. Jednak później przestałam zwracać na nie uwagę, czy też traktować jako zagrożenie. Po prostu udawałam, że ich tam nie ma [to chyba w psychologii nazywa się wyparcie?].

Pantanal jest niesamowitym miejscem. Śmiem nawet twierdzić, iż jest to jedna z najlepiej strzeżonych brazylijskich tajemnic. A z perspektywy końskiego grzbietu, zapiera wręcz dech w piersiach. Kopyta doskonale sprawdzają się na tych podmokłych terenach, a galop przy zachodzącym słońcu był po prostu przeżyciem w stylu whoooooaaaa. Zapomniałam już jakie to genialne uczucie, mieć pomiędzy udami twarde, obite skórą siodło i czuć wiatr plączący się we włosach. Jeszcze kiedyś zamienię szpilki na gumofilce, będę mieć domek na Mazurach, a na wybiegu parę klaczy. Ogiera zamierzam mieć w sypialni. Watch me.

Say hello to Forfiter:

No ja przecież pisałam, że one były dwa metry ode mnie [tu w roli piranio-pogromcy występuje Bob z Holandii]:

 

Moja dziewicza pirania [one serio mają zęby]:

No prawda, że one wyglądają jak chomiki po Czarnobylu, PRAWDA?:

Lokalny gołąbek:

Peek-a-boo:

Tukanów nie lubimy, bo one pożerają małe, śliczne zielone papużki:

 

Muuuuuuu:

Miała na imię Rainha, czyli po portugalsku Królowa [niestety nie chciała wejść do plecaczka]:

Ehhh....

00:56, siberry
Link Komentarze (9) »
wtorek, 06 listopada 2012

Przyznaję się, notka o Buenos Aires dość mocno ssie. Przed chwilą ją przeczytałam i sama sobie daję anlajka. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko tyle, iż została spłodzona w oparach niedzielnego kaca i nieco pod przymusem. Mój przekorny charakter sprawia, iż dość słabo odpowiadam na wszelkie groźby użycia wobec mnie siły, no chyba, że chodzi o tête à tête, to wtedy owszem lubię, nawet bardzo, ale to już temat na zupełnie inną notkę.

W każdym razie, jak to mówią w korporacjach, learning jest taki, żeby wypisywać bzdury w internecie "na gorąco", a nie z perspektywy czasu. I teraz nie wiem czy męczyć siebie i Was próbując zrelacjonować całą podróż, czy może sobie odpuścić, wrzucić parę słit fotek i skoncentrować się na aktualnych, londyńskich poczynaniach?

Bo na przykład w weekend byłam kowbojką z głębokiego Texasu, miałam kapelusz, koszulę w kratę nonszalancko zawiązaną tuż nad pępkiem, odpowiednie kozaczki i ujeżdżałam byka przez całe 27 sekund, yiiiiiha!

01:45, siberry
Link Komentarze (4) »
niedziela, 04 listopada 2012

Zakładając plecak w moim, szumnie zwanym, salonie czułam ekscytację porównywalną chyba jedynie do momentu, kiedy mój pierwszy chłopak z blond czupryną i błękitnymi oczami (do których nadal mam słabość) w końcu dotknął moich cycków. Dochodząc do stacji metra, którą mijam każdego dnia w drodze do pracy, stwierdziłam że jeżeli uda mi się dostać na Heathrow nie łamiąc się w pół pod ciężarem plecaka, to tym bardziej poradzę sobie w dżungli - zarówno tej miejskiej jak i tej z piraniami, ale o tych małych potworach będzie później.

Lot pominę, bo znieczuliłam się zacną ilością czerwonego wina i jakby zasnęłam w Rzymie, a obudziłam się w Buenos Aires. Jednak pierwszego dnia klucząc ulicami tego prawie 3 mln miasta, zastanawiałam, czy faktycznie opuściłam stary kontynent, bo miasto wydawało mi się jakieś takie maksymalnie europejskie. Tak naprawdę BsAs mogłoby równie dobrze znajdować się nad Morzem Śródziemnomorskim. W sumie nie ma co się dziwić, skoro zostało one założone przez Hiszpanów, którzy wybyli tubylców i nie mieli później z kim się miksować, ani wymieniać genami. 

Buenos Aires najlepiej zwiedza się rowerem. Fakt trzeba trochę zacisnąć poślady i odmówić ze dwie zdrowaśki zanim wyjdzie się na ulicę (ścieżek rowerowych jak na lekarstwo), ale warto. Na przykład jadąc do najbardziej kolorowej dzielnicy La Boca, mija się stadion La Bombonera (pudełko czekoladek), który jest pomalowany na żółto-niebiesko. Ponoć w 1906 roku Boca, grała z inną drużyną mecz o zachowanie swoich barw klubowych i dostała w dupę. Postanowiono, że Boca przyjmie barwy bandery następnego statku, który wpłynie do portu. Na horyzoncie pojawiła się łajba ze Szwecji, a piłkarze do dzisiaj grają w niebiesko-żółtych strojach. W La Boca można znaleźć też genialny street art i oczywiście El Caminito, czyli ulicę z domkami pomalowanymi we wszystkich kolorach tęczy. Kiedyś, była to dzielnica, którą głównie zamieszkiwali ubodzy imigranci z Włoch, którzy malowali swoje domy pozostałościami farb po pracach wykonywanych w porcie. Jeżeli zostało trochę zielonej to malowało się okiennice, późnej jeżeli udało się skombinować puszkę czerwonej, to można było pomalować jedną ze ścian i tak dalej. Obecnie dzielnica stała się atrakcją turystyczną, ze słabymi knajpami dla gringos, cenami z kosmosu, plastikowymi figurami tańczącymi tango i policją (wokół jest niebezpiecznie), ale kolorowe domki trzeba zobaczyć, odhaczyć i tyle. Warto też wybrać się do Cementerio de la Recoleta, gdzie w skromnym, ale za to zawsze ozdobionym kwiatami grobowcu jest pochowana tutejsza bogini, czyli Evita [nie mylić z don't-cry-for-me-Madonną]. 

Niesamowicie podobał mi się klimat w Palmero, czyli północno-wschodniej części miasta. Od metra Plaza Italia trzeba iść ulicą Jose Borges i dotrzeć do przecznic Honduras, Salvador, aż do Plaza Serrano. Wokół fajne sklepy, bary, klimatyczne kawiarnie, szmaty, design i zero turystów. W pobliżu jest ogromny park, gdzie można sobie spocząć na piknik nabywając ówcześnie lokalny specjał, empandas, czyli takie pierożki wypełnione po brzegi wołowiną albo serem.

A jeżeli już mówimy o jedzeniu, no to po wakejszyn nie miałam jeszcze odwagi żeby stanąć na wagę. W Argentynie obżerałam się już wspomnianymi empanadas, argentyńską odpowiedzią na francuskie croissanty (1:0 ale Argentyny) ale przede wszystkim krwistymi stekami. Taki kawał zacnego mięcha w towarzystwie czerwonego, wyrazistego wina Malbec to kulinarne mistrzostwo świata. Oprócz tego na śniadanie potrafiłam zjeść trzy ciepłe rogaliki utopione w dulce de leche, czyli lokalnej nutelli, ale milion razy lepszej. Mniam, mlask oraz palce lizać. Nabycie słoiczka La Salamandra Dulce de Leche to absolutny mus, żeby móc po powrocie do domu wyjadać leche łyżeczką [jak ktoś widzi] lub paluchami [jak nikt nie widzi]. Mówią, że lody są lepsze tutaj niż we Włoszech, bo ponoć najlepsi cukiernicy ze starego kontynentu zawięneli się właśnie do BsAs, ale to samo mówili też w NYC, więc już sama nie wiem. W każdym razie z mojego doświadczenia wynika, iż dobry lodzik, nigdy nie jest zły. Howk.

W niedzielę koniecznie trzeba się wybrać do San Telmo na targ. Stragany uginające się pod ciężarem lokalnych wyrobów, biżuterii, staroci, ale też badziewia. Ja nabyłam weri stajlisz kapelusik, z którym nie rozstawałam się przez większość podróży. Po siedemnastej w okolicy targu będą przechodzić bębniarze sandoble, a na końcu ulicy La Defensa przy odrobinie szczęścia można natknąć się na milongę. Buenos to miasto, które żyje muzyką, a ludzie spontanicznie zaczynają tańczyć na ulicy.

Spacerując pomiędzy wieżowcami w Puerto Madero w końcu dochodzi się do promenady, gdzie natknęłam się na dziką sesję salsy. Ktoś wyciągnął komputer, ktoś ustawił głośniki, ktoś inny ustawił światła i miejscówka do tańczenia salsy idealna, bo idealnie widać skyline całego miasta, a za plecami jest rezerwat przyrody. Stałam z uśmiechem na twarzy i obserwowałam to szaleństwo jak zahipnotyzowana, bo nie mogłam sobie wyobrazić, żeby taki salso-spontan wypalił na przykład na Monciaku w Sopocie. Po paru minutach ja też dałam się wyciągnąć na betonowy "parkiet", bo chyba bym sobie nie darowała przepuszczenia okazji pokręcenia tyłkiem w opalonych, argentyńskich ramionach. Po próbach nie zadeptania partnera na śmierć, trzeba koniecznie udać się do jednej bud z grillem. Zamawiasz churrasco albo inne lomo i za grosze dostajesz kawał mięsa w bułce. Nakładasz sobie tyle dodatków i sosów ile chcesz (a jest tam tego miliard poustawiane), zasiadasz na plastikowych krzesłach, do tego browar w litrowej butelce i jest relaks.

Następny przystanek - Paragwaj. Stay tuned.

*************************************************************

Do tej pory wrzucałam sporadycznie zdjęcia na blogaska, bo chyba jakoś nie byłam przekonana, ale jak powiecie, że chcecie więcej, to może być więcej.

 

Kolorowe domki w La Boca:


 

Zespół grający na końcu ulicy Defensa z lokalnym żulem, który postanowił zostać ich drygentem:

 

You can dance, czyli dzika sesja salsy:

 

Ruska się wkurzała, że autobusy w BsAs mają więcej zdjęć od niej, a ja nie mogłam się powstrzymać, oldskul bejbi:

 

 Porto Madera nocą:

  

Jak już kiedyś rzucę korpo, to będę przesiadywać w takich kawiarniach, alkoholizować się Melbecą i pisać blogaska:

23:46, siberry
Link Komentarze (5) »

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u