RSS
środa, 30 listopada 2011

* Minister Zdrowia ostrzega *

Niestety wbrew sugestiom, nie nabyłam jeszcze wibratora (jest na liście do Świętego Mikołaja), więc już na wstępie moich wypocin lojalnie ostrzegam, że będzie tak samo chujowo jak wcześniej, chociaż być może słowo na "ce ha" jest w tym przypadku, hm, nieco nie na miejscu.

* Koniec ostrzeżenia *

Anyway, od dwóch dni mam mocne postanowienie, że będę idealna. Ma to głównie polegać na przyziemnych sprawach takich jak zmywanie naczyń zanim w zlewie wyhoduję nowe formy życia, prasowanie wydekoltowanych bluzeczek do pracy nie tylko z przodu, ale również z tyłu [przecież jak założę marynarkę to nie widać, rajt?] oraz wyciągania prania z pralki najpóźniej po dwunastogodzinnej, przymusowej kwarantannie w białym, furczącym Bosch'u.

Bycie idealnym ma się również objawiać tym, że nie będę już dłużej w mistrzowski sposób ignorować siłowni. Niestety mijam ją przynajmniej dwa razy dziennie, bo jest tuż przy obrotowych, szklanych drzwiach do zakładu, więc wmawianie sobie, że mam nie po drodze, są korki, bez sensu, na pewno się spóźnię, robi się nieco bardziej skomplikowane. W związku z tym od dwóch dni naiwnie nastawiam budzik na 5.30, żeby od 7.00 w końcu poczuć coś twardego między nogami, stękać ze zmęczenia i pedałować do utraty tchu. Oczywiście kończy się to tym, że włączam pierdyliard drzemek i wytaczam się z pościeli w kolorze czerwonego wina kwadrans przed ósmą, czyli ani sobie nie postękałam, ani się nie wyspałam. Mea culpa, biję się w pierś i obiecuję dalej toczyć tę nierówną walkę z budzikiem dopóki nie uznam, że nieudane próby wstawania w środku nocy, ogólny marazm i foch wielkości deficytu budżetowego w Grecji o poranku, jest niczym innym niż skutkiem ubocznym chronicznego BHWO. Diagnoza pełna, ostateczna.

Za to chodzę na siłownię w czasie lanczu. W sensie byłam już całe cztery razy. Szacun? Szacun! To jest taki najświeższy trend, żeby ostentacyjnie wstać z obrotowego krzesełka, na ramię zarzucić torbę i głośno powiedzieć: I'm going to the gym, ale tak żeby wszyscy usłyszeli, bo wtedy jesteś taka fabolous i fit, że Sporty Spice może lizać Ci stopy. Wychodzenie ze szklanej twierdzy, żeby zjeść coś co nie przypomina żarcia dla psa [jestem przekonana, że nasza -szumnie nazwana- cafe na pięterku ma tych samych dostawców co lokalny producent jedzenia dla Burków, londyńskich Filemonów i innych wycieraczek] jest uważane za małe faux pas, za to pompowanie ego na siłowni w godzinach pracy jest spoko, a nawet pozwala wznieś się na nowy poziom zajebistości wśród garniturów wyższego szczebla. Jedyny minus jest taki, że pod prysznicem można zobaczyć goły tyłek osoby siedzącej dwa biurka dalej. A ja to w ogóle z tych nieśmiałych jestem, szczelnie owijam się ręcznikiem pod samą szyję i nie macham cyckami na lewo i prawo susząc włosy. 

Nikt jednak nie mówił, że bycie idealnym będzie łatwe. 

22:42, siberry
Link Komentarze (1) »
wtorek, 29 listopada 2011

Do wszelkiego typu uduchowionych analiz, poszukiwań Absolutu i innych tego typu bredni podchodzę jak do jeża. Z Absolutem znamy się dość dobrze, z reguły lubi leżkować u mnie w zamrażalniku i do tej pory taka zażyłość w zupełności mi wystarczała. Jednak dzisiaj dostałam elektroniczną kopię książki o numerologii. Tak, NU-ME-RO-LO-GI. Seriously.

Z ciekawości zaczęłam ją przeglądać, ba, nawet wyliczyłam swoją “wibrację podstawową” [nie pytajcie], ale autentycznie zdumiałam, kiedy przeczytałam przypadający jej opis. Parę wyrwanych z kontekstu zdań, ale za to całkiem trafnych:

 - Osoby urodzone pod wpływem tej wibracji są energiczne, bojowe, ambitne i pewne siebie. Posiadają niezwykle silną osobowość. Są zuchwałe, odważają się na to, o czym inni nawet nie śnią. Ufają tylko sobie, a ich decyzje oparte są na rzeczowej analizie wszystkich "za" i "przeciw" danej sprawy.

-  Odznaczają się ekstremalnymi i radykalnymi poglądami. Nie uznają kompromisów. Dla nich wszystko jest albo białe, albo czarne, chcą mieć wszystko albo nic, teraz albo nigdy. Podziwiają osoby, którym powiodło się w życiu, pogardzając wszystkim, co nijakie i przeciętne.

- Bardzo często mają opinię osób autorytarnych i zbyt wymagających. Wyobrażają sobie, że wszyscy ludzie angażują się we wszystko równie intensywnie, jak one same. Osoby te świadome są swych umiejętności, a ponieważ nie boją się ryzyka oraz ciężkiej pracy często osiągają zamierzone cele. Wytrwałe i uparte.

- Bywa, że nie potrafią cieszyć się tym, co mają, chcąc ciągle więcej i więcej. W pocie czoła pracują, aby zrealizować swe cele, a gdy już je osiągną, mają "na oku" coś nowego, nowy szczyt do zdobycia... Ta "nie kończąca się historia" sprawia, że czują się sfrustrowane, czują wieczny niedosyt, brak zadowolenia.

- Rozumują w sposób praktyczny, pozytywny i konstruktywny. Mają jasny, chłodny umysł. Widzą rzeczy takimi, jakie są i nie oszukują siebie samych ani nie pozwalają na to innym.

- Charakteryzuje je szczerość, prostolinijność i niezależność. Nienawidzą kłamstwa, hipokryzji oraz intryg. Są egoistyczne, złośliwe i nieufne.

A jeżeli chodzi o sprawy pościelowo-łóżkowe to:

- Osoby o mniej silnej wibracji czują nieodparty pociąg do porywczych i "ognistych" Ósemek i są gotowe pójść na wszelkie ustępstwa, aby zdobyć ich przyjaźń lub miłość. Dynamizm, niebanalna osobowość oraz pewien nieuchwytny czar czyni z Ósemek osoby niezwykle atrakcyjne dla płci przeciwnej, wzbudzając często prawdziwe namiętności. [ekhm, tutaj ewidentnie coś się nie klei, ale wklejam ku pamięci, mięci kupa]

- A one same? Również i w tym przypadku kierują się zasadą "wszystko albo nic". Nieustannie oscylują między skrajnościami (gorąca namiętność albo obojętność). Wymagają od partnera całkowitego oddania i podporządkowania się. Nie zadowoli ich przelotnie okazywana czułość i miłość; musi być to Miłość przez duże M, całkowita i totalna. Ich związki uczuciowe będą przypominać huśtawkę.

Wnioski są następujące:

- Można zaoszczędzić sporo kasy i czasu odpuszczająca sobie psychoterapeutów, wystarczy wyliczyć swoją WIBRACJĘ i wot psychoanaliza gotowa, łącznie z rekomendowanymi zawodami, które powinno się wykonywać.

- Żeby zwiększyć swoje szanse na zostanie starą panną, do wymagań księciunia na białym rumaku oprócz 180 cm, od dzisiaj dołączam dodatkowe kryterium. Musi być 2 lub 6, bo tylko tacy zapewnią mi “równowagę i harmonię”. Podśmiechujki na bok. Mój X był 1 [tylko w numerologi, w łóżku to już niekoniecznie], a w tej książce jest napisane, że to najgorsza z możliwych kombinacji. Chaos, eksplozja, cicha, śmierć

Czuję, że połączyłam się z Absolutem. Brakuje mi jeszcze czarnego kota i kryształowej kuli. A i wbrew obiegowej opinii wcale nie jestem „zbyt męska” – jestem po prostu rasową ósmeką ;)

08:28, siberry
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 28 listopada 2011

Potrzebuję się skatować, tak do utraty tchu, tak żeby osunąć się na twardą, zimną podłogę i tam zostać dopóki tętno nie wróci do normy, serce przestanie się wyrywać i wróci do swojej pierwotnej roli, zwykłego mięśnia pompującego rytmicznie krew.

15:35, siberry
Link Komentarze (7) »
sobota, 26 listopada 2011

Na stoliku leży biała koperta. Wiem, że w środku jest płyta. Poznają po kształcie i ostrych kantach wyczuwalnych pod opuszkami niespokojnych palców. Przez kilka godzin nie mam odwagi jej otworzyć, bo wiem, że w środku jest dedykacja od autora.

Mocna w gębie, rozpadająca się w uczuciach. Pancerz na zewnątrz, w środku bagno. Ponoć lubię ostre światła, ale tak naprawdę wolę blady, blask świeczek. Zamiast zatłoczonego parkietu, wolę utonąć w morzu piany w swojej malutkiej, białej, bezpiecznej łazience z kieliszkiem półwytrawnego i śliską, pachnącą skórą. Dookoła forteca i dla pewności wydrążona głęboka fosa, a w środku dreszcze przeszywające całe ciało. Na zmianę pustka i milion galopujących myśli w głowie. Złych, głupich, bardzo naiwnych myśli. Zadziwiające jak jedno zdanie, jedna z pozoru nic nieznacząca informacja może wywołać petardę przemyśleń, wątpliwości i sprawić, że pierwszy raz oglądasz się za siebie i przez chwilę zastanawiasz się, czy dobrze zrobiłaś, czy warto mieć ten swój pieprzony system wartości, konsekwencję we wszystkim co robisz i tę pierdoloną dumę? Nie umiem dochodzić po trupach do celu. Wolę chować trupy do szafy i udawać, że ich tam nie ma.

[Update 10:00 do Wielkich Mądrości Życia trzeba dodać jeszcze jedną - Nie pisać notek po pijaku. Howk :)]

02:07, siberry
Link Komentarze (6) »
środa, 23 listopada 2011

Wbrew wszechobecnemu marazmowi, ja z gracją i ekhm, wrodzonym wdziękiem, pokazuję środkowy palec jesiennej depresji. Przez moment przeszedł mnie zimny dreszcz, że te dwa lata, na zesłaniu miną zanim się obejrzę. Ten czas może mi koncertowo przelecieć przez palce na przewalaniu się po kanapie i piciu browarów w pubach po pracy, a przecież tyle pomysłów kotłuje się w głowie.

Znalazłam już szkołę języka hiszpańskiego i pilnie studiuję ofertę kursów w Saint Martins. Ile tam tego jest! Pani Bozia niestety poskąpiła mi talentów malarskich, ponadto ledwo co potrafię przyszyć guzik, więc sławnym projektantem też już na pewno nie zostanę, ale za to kręci mnie design i zarządzanie z metką "kreatywność". Już widzę miny moich korpoludów, kiedy oznajmiam im, że w poniedziałki nie będę się opalać przed trzema monitorami po godzinach, bo spieszę się na zajęcia z Developing Creativity. Mam nadzieję, że moja odskocznia wypali i z korpo bitch z powrotem zamienię się w osobą zabijającą pozytywną energią, kiedy rozpuszczę i poczochram gładko zaczesane włosy, a dopasowaną marynarkę rzucę w kąt, żeby ubabrać się po łokcie w glinie.

Pogodziłam się również z tym, iż nie zostanę ruską primabaleriną, więc zamiast baletu zapisałam się na sambę. Nie ważne jak bardzo próbuję, to po prostu nie mogę siebie wyobrazić w obcisłych leginsach wżynających się w zad, z drewnianym drążkiem w ręku, wciągniętym brzuchem i stópkach obutych w gustowne baletki z delikatnej, miękkiej skórki. Nie wspominając nawet o przymusowym kontemplowaniu gabarytów mojego tyłka w wielkich lustrach przy akompaniamencie Dziadka do Orzechów, czy tam innych Sylfid. Za to kręcenie nim w rytmie nadanym przez baterię w wersji live strasznie mnie pociąga. Lekcja numero uno już w przyszłym tygodniu. Aj, Papi!

Ostatnio moje zainteresowanie dosyć mocno zmieniły kierunki świata. Ze wschodu przerzucam się na zachód. Strasznie, ale to strasznie chciałabym pojechać do Argentyny. Marzy mi się cała Ameryka Łacińska, taki wypad z plecakiem, podróżowaniem autostopem, tudzież transportem miejskim i planem podróży napisanym palem słonym od morskiej wody na lepkim piasku. Wiecie, Dzienniki Motocyklowe i te klimaty. W akcie desperacji zapisałam się do jednego z portali podróżniczych w poszukiwaniu towarzyszy na podobną wyprawę, bo znajomi w okolicach 30-stki to bardzo zajęci ludzie. Głównie pracują nad przekazaniem swoich zajebistych genów następnym pokoleniom, rozwodzą sią, albo wdają się w romans w myśl zasady, że monogamia jest dla frajerów, którzy nie potrafią wykorzystać okazji z zacnym biustem wylewającym się zza białej, idealnie wyprasowanej koszuli w godzinach pracy.

Wiem, zawsze można pojechać samemu. Mam zaliczoną samotną podróż do Azji i całą masę wspomnień, ale cholera, jakoś mleko pite prosto z koksa smakuje o niebo lepiej, kiedy można je przez przypadek na kogoś wylać, a nawet najbardziej zapierający dech w piersiach widok, nie daje tyle radości jeżeli nie można zetrzeć kropelek potu z czoła po męczącej wspinaczce na sam szczyt, wyciągnąć palucha przed siebie i powiedzieć do osoby sapiącej obok Ciebie: łooooo czy Ty to widzisz?!?!

08:41, siberry
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 21 listopada 2011

Odpalam outlooka, sciagaja sie kilometry maili. Wiekszosc laduje od razu do kosza, ale czasami trafi sie perelka, ktora sprawia, ze dopiero wtedy w pelni doceniam jakie to szczescie, jakie to ogromne wyroznienie, ze pracuje w korporacji. Glodujace dzieci w Afryce, wycinka lasow tropikalnych w Ameryce Poludniowej, praca za dolara dziennie w Chinskich fabrykach, to nic w porownaniu z problemami pracownikow siedzacych w swoich koszulach szytych na miare w klimatyzownych pomieszczeniach w swietle monitorow.

W zeszlym tygodniu odbyl sie sped korporoboli w czasie, ktorego mozna bylo uswiadomic management wyzszego szczebla z jakimi palacymi problemami borykamy sie na codzien.

Ponizej moje osobiste Top 3:

  • Would it be possible to have female cleaners for the ladies’ toilets and male cleaners for the gents’ toilets?
  • Mice are still present and breeding in our building. How does the company plan to address this?
  • Is there any possibility that we could request a small bed/couch (something to lie on) in the prayer room because if someone is feeling a bit sick, there is no place to go for a bit of rest away from the light and the noise of the open plan floor?

Osiem lat podstawowki, cztery lata liceum, piec lat studiow, rok podyplomowych. Bylo warto.

Update 14.00

Dopiero teraz zrozumialam o co chodzi w punkcie trzecim. Dzisiaj postanowilam, ze dolacze do grona masochistow, ktorzy zamiast zjesc kanapke z papierowego chleba nasaczona majonezem, w czasie lunchu ida na silownie napompowac troche ego.

Chce umrzec. Mam czerwona twarz, mroczki przed oczami [mroczki z malej, nie z wielkiej litery] i musze sie trzymac klawiatury zeby nie spasc pod stol. Taki maly bed/couch bardzo, ale to bardzo by sie przydal. A postulat dotyczacy lokalizacji lezanki w Pokoju Modlitw (!) jest po prostu genialny. Mozna zdechnac i odprawic msze zalobna w jednym miejscu. Bedzie nawet cost saving do zaraportowania.

12:07, siberry
Link Komentarze (4) »
piątek, 18 listopada 2011

Gen szydery, darcia łacha, czy też pospolitego sarkazmu mam rozwinięty nieco ponad średnią krajową. W związku z tym, iż w przyrodzie zawsze panuje równowaga jestem upośledzona w paru innych, kluczowych funkcjach życiowych. Moje niedorozwinięcie objawia się między innymi brakiem umiejętności wyprasowania spodni w kant, ułożenia włosów przy użyciu lokówko-suszarki oraz uwodzenia facetów poprzez owijanie kosmyków włosów na palec, zalotne trzepotanie rzęsami, tudzież efektowne wydymanie ust w le dziubek.

Owszem, przyznaję - po tym jak pewnego dnia odkryłam, że mam na czym usiąść i czym oddychać postanowiłam trochę zluzować wrota do zakonu. Jednak nigdy nie byłam i raczej już nie zostanę rasową man eater. Patrząc w lustro nie wzdycham z zachwytu, a już zwłaszcza rano, kiedy pod oczami widzę dwa kratery, sine dziury ozonowe do połowy policzka i pierwsze zmarszczki, ale za to nie mam tej wkurwiającej maniery przeglądania się w sklepowych witrynach, ciągłego poprawiania włosów i nakładania kolejnej warstwy tapety przy każdej wizycie w damskiej toalecie. Raczej trudno mi przełknąć, kiedy ktoś mówi mi, że wyglądam zjawiskowo, albo o zgrozo, seksownie. Moi? Really?

Moja strategia na traktowanie wszystkich potencjalnych z buta jest mocno dyskusyjna i jak widać mało skuteczna. Wiem, że nie zawsze trzeba odpychać, żeby przyciągać, ale tak jakoś od czasu efektownego rozstania z moim byłym niedoszłym tfu, tfu mężem - przechodzę na ten tryb zupełnie bezwiednie. Włącza mi się autopilot i jadę. Owszem, jest pewien typ masochistów, którzy lubią, kiedy ich ego ląduje na parkiecie i można nim wytrzeć podłogę. Jednak jak się można domyśleć, ja oczekuję walnięcia o ścianę, ustawienia mnie z powrotem do szeregu i unieruchomienia w szczelnym uścisku twardych, męskich ramion, tak żeby po chwili zaczynało brakować powietrza i zakręciło się w głowie.

Trochę już mi przeszło z tym moim "pierdolnięciem pioruna". Za to coraz częściej boję się, że nie jestem już w stanie ożywić insektów w brzuchu. Myślę, że one już dawno wyleniały [motylki linieją?], zdechły, a resztki zeżarły robale. Nie wiem czy potrafiłabym jeszcze bawić się w zaklinanie telefonu wzrokiem, wzdychać na wspomnienie łobuzerskiego spojrzenia, maślanym oczami wpatrywać się w sufit tuż przed zaśnięciem, modlić się w kinie żeby złapał mnie za rękę, w rekordowym czasie przeczytać wszystkie książki jego ulubionego autora, dostawać palpitacji serca, kiedy on niezdarnie odgarniałby swoją niedźwiedzią łapą kosmyki włosów z mojej twarzy i łazić do Sephory żeby sztachnąć się jego perfumami. Tak właśnie, taka kolonijna mi się marzy, bo pognieciona pościel, potargane włosy i obolałe mięśnie są na wyciągnięcie ręki.

Hm, być może space cookie pomoże mi w dalszych podróżach w głąb mojej gimnazjalnej duszy. Amsterdam. Bez odbioru. Over.

00:53, siberry
Link Komentarze (10) »
środa, 16 listopada 2011

Londyn, to nie Warszawa. Wiadomo. Tutaj zamiast dwóch, no może góra czterech knajp jest cała dzielnica oklejona flagami w kolorach tęczy. Widok faceta na obcasach i sukience z rozporkiem do samego krocza nikogo nie dziwi. W końcu nie tylko za szerokim spodniami niespodzianka się kryje, jak kiedyś rymował Tedunio [to było jeszcze w czasach paleolitu, kiedy nie był WielkimJoł spaślakiem i nie pokazywał swojego kwadratu w MTV]. Anyway, nie o tym miało być.

Czytam książkę i tak mnie natchnęło, żeby zanudzić Was swoimi spostrzeżeniami. Żaden ze mnie antropolog. Dyplom mam z ekonomii, czyli czegoś co nie zostało odkryte, tylko po prostu zmyślone wymyślone. Nie ma żadnych mitoz, chromosomów, komórek somatycznych i cudów natury. Wszystko wyssane z palca przez Adasiów z halunami, którzy widzieli niewidzialne łapy i innych Ryszardów twierdzących, że cena rynkowa nie odpowiada w pełni rzeczywistej wartości produktu. Duuuh. Na przykład jak mój rozpinany sweterek, nabyty drogą kupna, który nie przeżył bliskiego spotkania z najzwyklejszą pralką i teraz kończy mi się tuż pod znikającymi cyckami. Znikającymi, bo jak to zostało odkryte w weekend, w takiej jednej, czarnej sukience cycki są albo na bufetową, z czymś na wzór Rowu Mariańskiego, albo nie ma ich wcale. A to wszystko w zależności od odzianego cyckonosza.

Ale weekend to już temat na zupełnie inną historię. Był bieg w szpilkach na czas do nadjeżdżającego, dwupiętrowego, czerwonego autobusu, było strojenie się na Ruskie żeby wpuścili nas do ultra-nadętego klubu z panią selekcjonerką w futerku, było kortyko kultowego, chińskiego żarcia na Camden Market, były dinozaury, piwo na Soho, szczegółowa analiza skomplikowanej sztuki współczesnej w Tate Modern pod postacią kupoluda i nawet było Notting Hill na żywo i na ekranie komputera z Julią i z Hugh [i tylko raz w czasie całego filmu poprosiłam o podanie miski!]. Przysięgam obeszłyśmy cały Londyn tak ze dwa razy. Zakwasy od chodzenia?! Ludzie, hilfe! Na herbatkę u Elżuni czasu i siły już nie starczyło.

Po tym długim i zupełnie nikomu niepotrzebnym wstępie, płynnie przechodzę do poniższych buletpojntów na temat różnic kulturowych, które do tej pory zarejstrowałam [a tak na marginesie człowiek uczy się tyle lat, duka literki, w pocie czoła składa sylaby, pisze wypracowania, eseje, recytuje Mickiewicza, czyta Gombrowicza i Szymborską, żeby później usłyszeć napisz mi tak w żołnierskich słowach, co tam ten twój dział zrobił przez ostatni rok, no wiesz tak 3-5 buletpojntów styka, tak żeby na jeden slajdzik można było wkleić], ale wracając do meritum, O TO ONE, w sensie te różnice, no to jedziemy:

  • Zimny chów w Angli nie objawia się pokoleniem trzydziestoparolatków chodzącym regularnie do psychoterapeuty, żeby porozmawiać o swojej niezwykle skomplikowanej, mrocznej duszy, ale możliwością łażanie po mieście z gołymi nogami, w sandałkach bez gęsiej skórki i zmiany karnacji na sino-purpurową, kiedy ja szczelnie owijam się zimowym płaszczem i zakładam swoje ss-mańskie kozaczki. To chyba jest jakaś nowa zdolność skauta? Ktoś wie?
  • Ziemniaków nikt nie je. Kartfole są ble, dla pospólstwa, klasa robotnicza i takie tam. Za to standardowym "zestawem obiadowym" jest kanapka i paczka czipsów. Ziemniaczanych, ma się rozumieć. Do zupy też dają. Chrup, chrup, chrum, chrum. 
  • Telefon komórkowy na abonament można dostać dopiero po przejściu tzw. credit check. Ja ze swoją ciepłą posadką w korporacji i trendy kodem pocztowym, nadal jestem w grupie wysokiego ryzyka, osób które biorą najnowszy model telefonu, przepływają kanał La Manche wpław i słuch o nich ginie. Nie mam historii bankowej w UK, więc nie ma dla paniusi telefonu. A moja karta wejściowa do biura ma większą wartość dla pewnego operatora telefonii komórkowej niż dowód osobisty why? because it's not a british document. Aha, no to pa.
  • To, że w Angli jeżdżą po złej stronie wszyscy wiedzą, ale to, że na schodach również panuje ruch lewostronny to już niekoniecznie. 
  • Jak dostajesz maila z prośbą, żeby coś zrobić i jest napisane If possible, could you please send it still today? to wcale nie oznacza, że można wyłączyć komputer, pójść sobie beztrosko na rewelacyjny koncert jazzowy, wypić lampkę czerwonego wina, a raport wysłać dopiero następnego dnia rano, "if possible" po naszemu oznacza: TERAZ, KURWA.

Miałam więcej tych punkcików w głowie, ale teraz to mi się chce już spać. Dobranoc. Kosmatych.

00:37, siberry
Link Komentarze (6) »
czwartek, 10 listopada 2011

Wracam ze spotkania z zamiarem pilnego walenia w klawiaturę i wptarywania się w migające ekrany, ale ktoś siedzi na moim krześle i rozmawia z moim szefem.

Podchodzę i grzecznym, acz nieznoszącym sprzeciwu głosem, proszę żeby wstał, bo to moje krzesełko i ogólnie to wypad z baru, bo tu się pracuje, a ja zaraz zaczynam telekonferencje, paszoł won. Delikwent w bardzo drogim garniturze wstaje, przeprasza i jeszcze podsuwa mi obrotowy fotel pod sam zad.

Po dziesięciu minutach garnitur znika, ale po ołpenspejscie jeszcze długo unosi się zapach jego intensywnych perfum.

Mój szef odwraca się do mnie i z głupkowatym uśmiechem pyta:

- Sib, do you know who you've just gracefully kicked out from your chair?

- Nope. What's the difference? He was in my seat. 

- Oh, no difference at all. He is just the PRESIDENT of this bloody company.

- ...

- You know what they say: a bad reputation is better than no reputation at all.

Historię zna już całe biuro. Mój szef sprzedał ją nawet współtowarzyszom niedoli zza Atlantyku za każdym razem śmiejąc się do rozpuku. Wychodząc do domu usłyszałam:

- Sib, it was nice knowing you! Don't stay up too late tonight updating your CV.

Hi, hi, kurwa. Przynajmniej mnie zapamięta. I wara od mojego krzesełka.

23:00, siberry
Link Komentarze (12) »
wtorek, 08 listopada 2011

Za oknem robi się już szaro-buro przed wyjściem z zakładu, po raz pierwszy trzeba odkręcić szumiące kaloryfery, na nogi założyć ciepłe, kolorowe skarpety, a szyję owinąć metrowym, miękkim szalikiem. Zamiast białego, półwytrawnego, wieczorami piję herbatę z cytryną i słodkim, lepkim miodem.

Nie jestem do końca pewna czy nostalgia kąsneła mnie w tyłek po raz pierwszy, kiedy w rzęsistym deszczu uskuteczniałam spacer farmera z ciężkimi siatami z supermarketu celem zatowarowania lodówki, czy też kiedy kupowałam jeden bilet (gdzie ów liczebnik główny jest słowem kluczowym) na lutowy koncert The Black Keys.

Nadal uważam, że decyzja o wyjeździe była słuszna. Nie rozpatruję spakowania swojego życia w parę kartonowych pudeł, przeprowadzkę do obcego kraju, gdzie nikogo nie znałam i dostanie oferty pracy przed trzema monitorami, o której nie miałam zielonego pojęcia w kategoriach rzeczy nadzwyczajnych. Tego właśnie chciałam. Nikt przecież nie obiecywał, że zawsze będą kwiaty w metrze, komplementy na ulicy i złociste, zimno piwo w ręku w pobliskim, zatłoczonym pubie zaraz po pracy.

To nie jest tak, że czuję się tutaj samotna. Na pewno nie bardziej niż w Warszawie. W końcu kalendarz wypełniony po brzegi. Jutro jestem umówiona do kina na Drive, którym wszyscy się tak zachwycają, w czwartek mam tête-à-tête z Wilhelmem, a moja ruska Primabarelina oznajmiła mi, że na poniedziałek ma dla nas bilety na koncert jazzowy. Nie wspominając nawet o warszawskim nalocie w ten weekend, czy też spontanicznym wypadzie do Amsterdamu w przyszłym tygodniu [owszem - nosi, koleżankę, nosi].

To jest takie dziwne uczucie, wżerające się w psychikę, gnieżdżące się głęboko pod skórą i wkradające się pod lekko wilgotne powieki. Takie którego nie potrafisz nazwać, a co dopiero próbować oswoić. Takie które nie daje Ci spokoju, powoduje, że cały czas za czymś gonisz, nigdzie nie zapuszczasz na dłużej korzeni, ciągle wymyślasz sobie nowe, z pozoru niemożliwe do realizacji cele, a jak już je osiągniesz, okazuje się, że niet, to jednak nadal nie to, więc wymyślasz kolejne, poprzeczka coraz wyżej, brakuje powietrza, brakuje oddechu, a karuzela wiruje coraz szybciej, mocniej i bardziej chaotycznie.

Wiecznie niezadowolona, rozpuszczona księżniczka z problemami z dupy. Cała ja.

[Piosenka na dziś: tu. 100 odsłuchań moich. Spokojnie]

23:13, siberry
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u