RSS
poniedziałek, 29 listopada 2010

Rosija jest tak samo odpychająca jak pociągająca.

To kraj w którym podatek dochodowy wynosi zaledwie 13% ale za to średnia cena za metr kwadratowy w centralnym okręgu Moskwy jest już na poziomie 5000 EUR. W Rosji małe dziewczynki marzą o tym żeby zostac "rublowską żoną", a ponoć w Moskwie przed Nowym Rokiem trzeba wcześnie kupować brylanty, bo może zabraknąć. To kraj w którym wystawia się czterech milicjantów na jednego demonstranta, a sklepy z kwiatami są otwarte 24h i jest ich na oko więcej niż naszych kiosków z gazetami. Tutaj na lotnisku można zobaczyć jak elegancka kobieta z nienagannym manicure w damskiej toalecie przelewa wódkę do butelki z colą i robi sobie drina na podróż. Całe życie jest na pokaz. Liczy się to jakim jeździsz samochodem, do jakiej torebki chowasz kluczyki, jakimi obcasami stukasz po nierównych chodnikach, a nawet w jakich hotelach zatrzymujesz się będąc na wakacjach. To kraj w któym w gazetach drukuje się zdjęcie premiera bez koszulki napinającego mięśnie w czasie łowienia ryb. W Moskwie albo można spać razem z karaluchami, albo w pokoju za który ceny zaczynają się od 200 EUR w górę. Nie ma pół środków. Nie ma klasy średniej. Jest luksus i niewyobrażalna bieda. Im częściej tu przebywam, tym bardziej dochodzę do wniosku że nie wytrzymałabym w Moskwie dłużej niż miesiąc. Są rzeczy, które uwielbiam w tym mieście jak chociażby orientalna kuchnia, ale już stanie w korkach po 2-3h już wcale nie jest takie zabawne. Cerkiew Wasyla Błogosławionego jest przepiękna i jedyna w swoim rodzaju, ale nic w tym dziwnego skoro - jak niektórzy twierdza - po jej ukończeniu Iwan Groźny kazał oślepić jej architektów. Typowa rosyjska mentalność.

Chciałabym zobaczyć taką prawdziwą Rosję. Dziką. Chciałabym zobaczyć Syberię [pierwszy człon nazwy bloga jest właśnie od Syberii - niestety "Siberia" było już zajęte ;-)]. Chciałabym przejechać się koleją transsyberyjską, pić wódkę i kupować gorące pielmieni od babuszek na peronach.

 

20:43, siberry
Link Komentarze (3) »
niedziela, 28 listopada 2010

Relacje damsko-męskie były o wiele mniej skomplikowane w erze przed fejsbukowej.

 

Dylematy w stylu:

- dodał mnie do znajomych, czy to oznacza że chce miec ze mną dzieci?

- skomentował coś mi na tablicy czy to oznacza, że na mnie leci?

- odpisac na wiadomosc od razu, czy za dwie godziny, a moze najlepiej jutro?

- lubi mój status czy to oznacza, że podobają mu się również moje cycki?

- dodał sobie jakąś blond lalke do znajomychm czy to oznacza, że z nią sypia?

 

22:34, siberry
Link Komentarze (4) »
sobota, 27 listopada 2010

P.S. Osoba uzywajaca GOOGLE READER please stand up, please stand up! Serio, prosze sie uprzejmie zameldowac w komentarzach. ;)

 

Jak byłam mała podróżowanie wydawło mi się największym szczęściem jakie może spotkać  człowieka.  Jak ktoś pytał się mnie kim chcę być w przyszłości bez cienia wątpliwości odpowiadałam, że stewardessa (bo podróżuje) lub komandosem (bo ma fajny karabin). Korpotravel nie jest niczym czego powinno się zazdrościć – prawidłową rekacją powinno być współczucie.

To wieczorne pakowanie, które opanowałam do perfekcji - zero zbędznych rzeczy: „Siberry, really you make me feel gay – my luggage is twice as big as yours and you are a girl!”. To dźwięk budzika o 4 rano (o tej porze wstają też śmieciarze) prysznic i kawa [jako śniadanie traktuję zdechłą kanapkę, która jest podawana na pokładzie samolotu]. To przejazd taksówką przez wybudzająca się do życia Warszawę. To targanie tego cholernego laptopa,  ustawianie się w niekończących się kolejkach i stanie na boska przy kontroli bagażowej (przecież w kozaku zawsze chowam podręcznego kalashnikova). Kolejna taksówka, biuro, spotkanie, lunch, spotkanie i hotel. Wieczorem jak ognia unikam kolacji firmowych, bo wolę  zjeść sama, ale za to mieć możliwość zobaczenia czegoś co nie jest ani biurem, ani lotniskiem w mieście w którym akurat przebywam na przymusowym zesłaniu.  Poza tym uwielbiam gubić się w dużych miastach, bo tak można odkryć najciekawsze miejsca. Później już tylko pokój hotelowy, jakiś serial na laptopie, wykrochmalona do bólu pościel  i zawsze białe ręczniki w sterylnej łazience, których nie znoszę. Następnego dnia rano wszystko powtarza się od początku.

Dzień świra tylko, że opcja bardziej international.

 

 

00:34, siberry
Link Komentarze (9) »
środa, 24 listopada 2010

Moja postawa na korpo-bitch, która przyjmuję średnio na dziewiec/dziesiec godzin dziennie, kiedy walę w laptopa i opieprzam ludzi przez telefon jest chyba zwykłą pozą. W pracy słyszę "Siberry you are so tough", a tak naprawdę chciałabym po powrocie do domu, rzucic w kąt szpilki, zmyc delikatny makijaz, przebrac sie w swoja ukochaną, powyciąganą pidżamę w krówki i wylądowac w szerokich męskich ramionach i zasnac spokojnym snem jak mała dziewczynka.

Słaby dzień zdarza mi się rzadko. Myślę, że bardziej niż pierwsze opady śniegu miała na to wpływ dzisiejsza kawa z PWM. Niestety nie okazał się nadętym bufonem, tylko naprawdę fajnym facetem. Z obrączką na palcu.

 

21:01, siberry
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 listopada 2010

Zupelnie niespodziewanie odezwal sie do mnie PWM z propozycja kawy. Jest to o tyle dziwne, ze widzielismy sie ostatnio jakies 10 kg temu (okolo 4 lat temu wedle kalendarza gregorianskiego) i od tamtego czasu nie mielismy ze soba kompletnie kontaktu.

Z tego co wiem - a raczej z tego co wyszpiegowalam na NK [tak wiem NK jest passe, a nawet niezla siara - ale heeeelo to bylo 4 lata temu i nie, nie mam juz tam konta] - on w miedzy czasie zdazyl przejsc na ciemna strone mocy (zareczyny + "one ring to rule them all").

Ciekawe co chce?

Mysle, ze to moze byc kawa pod tytulem "Zobacz-jaki-mi-sie-zajebiscie-powodzi-i-jakim-jestem-waznym-Panem-Managerem-a-i-poza-tym-ostatnie-wakacje-spedzilem-na-ksiezycu-bo-Grecja-jest-juz-taka-nudna".

Should I stay or should I go?

18:03, siberry
Link Komentarze (3) »
niedziela, 21 listopada 2010

Nie pisałam, bo zajmowałam się sprawami wagi państwowej - czyli spaniem do dziesiątej, piciem nieprzyzwoitej ilości białego wina, zajadaniem się ravioli na zmianę z tiramisu i ciężko pracowałam nad wyczerpaniem limitu na swojej karcie kredytowej. Za to wróciła ze mną między innymi zabójcza, opinająca wszystkie strategiczne miejsca czerwona sukienka z bardzo niegrzecznym dekoltem, szpilki a la bijacz - czyli takie w których (narazie) potrafię tylko siedziec [ewentualnie leżenie też wchodzi w grę] oraz zapas parmezanu na rok wraz z oliwą i przynajmniej połową świniaka pod postacią szynki parmeńskiej.

Tylko w Italii może zatrzymac sie samochód na środku ulicy z którego wysiądzie facet, wyciągnie z bagażnika parasolkę i podaruje ci ją, kiędy ty w strugach deszczu czekasz na zielone świtało na przejściu dla pieszych. O kanapeczkach robionych specjalnie dla mnie i mojej towarzyszki podróży i nabijaniu na rachunek co drugie wypite wino przez przystojegno Pana Barmana nawet nie wspomnę.

To live and die in Italy! Ale tylko po deserze :)

21:02, siberry
Link Komentarze (4) »
niedziela, 14 listopada 2010

W zamierzchłych czasach liceum wpadłam razem ze swoją PWM (Pierwszą Wielką Miłością) na kretynski pomysł wypunktowania sobie nawzajem wad. Nie muszę chyba dowac, ze cała akcja zakończyła się gigantyczna awanturą i fochem wielkości dziury ozonowej.

Dzisiaj przeglądajac stara makulature w zapomnianej czesci szafy znalazłam swoją listę wad by PWM:

  • przekora
  • złośliwosc
  • przesdyzm
  • zaborczosc
  • boczenie się
  • roztrzepanie
  • rządza rewanżu
  • objawy snobizmu
  • uzalanie się nad soba
  • ofensywne nastawienia
  • chec udowodnienia wyzszosci/rywalizacja
  • brak umiejetnosci zycia bez internetu/telefonu

 

Prawda, ze był slodki?

Najlepsze jest to, że większosc z tych punktów po dziesieciu latach nadal jest aktualna.

11:31, siberry
Link Komentarze (7) »
piątek, 12 listopada 2010

Najczesciej jestem brana za Hiszpanke (to pewnie przez moje jasne oczy i fakt, ze wypowiedzenie dzwiecznego "rrrrr" w moim przypadku graniczy z cudem), ale zupelnie nie rozumialam, dlaczego najwieksze powodzenie mam wsrod murzynow. Dopiero niedawno dowiedzialam sie, ze oni gustuja w wielkich tylkach.

No to wszystko jasne.

Update 13.11.2010 @ 15.00

Lotnisko w Moskwie. Kilkaset osób kręcących się po terminalu. Siedzę sobie spokojnie i probuję wysmażyź nową notkę. Kręci się koło mnie jedyny (!) jakiego widziałam na terenie całego lotniska murzyn/afroamerykanin (?). Skutecznie go ignoruję. W pewnym momencie dosiada się do mnie i mówi hello. Ja dalej twardo mam wzrok wlepiony w laptopa i udaję, że mam minę jakbym conajmniej była bliska odkrycia leku na raka. I SAID HEELLLOOOO!! Podnoszę powoli wzrok znad klawiatury i mówię :

And?

- I said hello and you did not answer me!! (tak, to afroamerykanin poznaję po akcencie i tym całym attitude w stylu jestem czarnym-księciem-z-Bronxu)

- First of all as you can see I am busy. Second of all I heard you the first time so no need to raise your voice. I was simply trying to ignore you. And now if you don't mind I would like to return back to my work.

Foch. Wstał i przesiadł się na drugi koniec sali, ale tak żeby mógł strzelać we mnie piorunami. Pod choinkę zamawiam DVD "Buns of steel. Bez kitu.

23:09, siberry
Link Komentarze (2) »
środa, 10 listopada 2010
  • Moskwa to jedyne miasto która znam, w którym bramki na stacje metra są ciągle otwarte, a zamykają się z impetem jeżeli nie zeskanujesz biletu. Zazwyczaj jest na odwrót i bramka nie miażdży ci nogi.
  • Moskwa to również miasto w którym pod żadnym pozorem nie powinno  się mówić "zaraz wracam". Mój rekord to przejechanie 15 km w 3h godziny (słownie trzy).
  • Tylko w Moskwie można otworzyć elegancka restaurację z tradycyjną kuchnią uzbekistańską, orientalnym wystroju i zatrudnić jako atrakcję wieczoru spaloną (bynamniej nie w taszkeńskim słoncu) blondynke udającą, że taniec brzucha ma we krwi. Niestety jej taniec głównie sprowadzał się do wywijania uwięzionymi w zamałym staniku cyckami wielkości mojej głowy nad moim plovem.
  • W Moskwie już dawno przestałam robić zdjęcia tłumaczeniom dań w menu - już mnie nie bawi widok "Russian pancakes with a stuff" lub "salat with a hen".

Jeżeli chodzi o Prawnika to chyba jednak będzie randkowy sequel w ten weekend. Nadal nie mogę pojąć dlaczego im większą jestem zołzą, tym bardziej to działa na facetów (nawet kiedy skutek ma być zupełnie odwrotny). Stara ludowa mądrość - którą bezwiednie się kieruję  - "im bardziej zaglądał do środka tym bardziej Siberry tam nie było" działa lepiej niż ostrygi.

 

22:56, siberry
Link Komentarze (3) »

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u