RSS
wtorek, 26 lutego 2013

W mojej skrzynce pocztowej zaczyna dziać się jakiś kosmos. 

Oferta pracy z Holandii.

Oferta pracy z Niemiec.

Oferta pracy z Polski.

Wszystkie z awansem. Jedna na ogromny region. Dwie z odpowiedzialnością za międzynarodowy team. Jedna w czymś zupełnie dla mnie nowym, rzucenie na zajebiście głęboką wodę i strach, że sobie nie poradzę. Dwie, gdzie spokojnie mogłabym 'gwiazdorzyć', polegać na swoim doświadczeniu, intuicji, a przede wszystkim zbudowanym wcześniej networku.

O żadną z nich nie ubiegłam się aktywnie, bo przecież do końca kontraktu w służbie Jej Królewskiej Mości zostało mi jeszcze pół roku. To przecież sześć miesięcy. Przez sześć miesięcy może stać się i wszystko i nic.

Mętlik w głowie. Ścisk w żołądku. Na nogach lekkie buty sportowe, a w głośnikach ciężkie gitarowe riffy. Pomimo deszczu i temperatury oscylującej wokół zera, biegnę do utraty tchu przez opustoszały park, bo tylko zmęczenie fizycznie pozwala mi spokojnie przespać całą noc.

Jutro kolejne spotkanie i kolejna decyzja do podjęcia.

01:15, siberry
Link Komentarze (20) »
wtorek, 19 lutego 2013

Internet przemówił i powiedział, że będzie czytać moje wypociny na temat knajpianego życia w Londynie. No to without further delay przecinam czerwoną wstęgę i uroczyście otwieram cykl głębokiego gardła ldn edyszyn.  

W pierwszym odcinku pójdziemy sobie na curry

O Lahore usłyszałam od znajomego z Indii. Kiedy powiedział mi, że zabiera mnie do "la hor" przez chwilę myślałam, że to jakiś podrzędny klub ze striptizerkami smutno wijącymi się przy zimnej, metalowej rurze ["la HOR" - get it?]. Jednak okazało się, że jest to wręcz kultowa knajpa, a ustalmy, że w Londynie ciężko być "kultowym" nie będąc Beatelsem, albo wystającymi kośćmi Kate Moss.

Czym akurat Lahore różni się od tysiąca innych curry-bud w Londynie?

Wystrój żal.pl, albo nawet żal.ru. Plastikowe krzesła, stoły tak gęsto ustawione, że można podjadać sąsiadowi z talerza, jasne, ostre świtało i okrutny harmider. Kolejka tak długa, że trzeba czekać na stolik stojąc na zewnątrz [rezerwacje na piątek wieczór przyjmowane są tylko rano] no i na dodatek w knajpie nie sprzedają alkoholu. Tak wiem, też sobie pomyślałam WTF? Jak to BEZ ALKOHOLU?! Bez sensu - nie idę! Easy, tiger - procentów nie ma w menu z tego prostego powodu, iż knajpa nie posiada licencji na ich sprzedaż, ale za to można przynieść i wypić swój własny. Serio, serio. Funkcjonuje tutaj (genialny w swojej prostocie) koncept BYOB - czyli bring your own booze/bottle. My przytachaliśmy po butelce czerwonego wina na głowę i - dla dobicia - litr rumu [ów rum został później od nas odkupiony przez współbiesiadnika ze stolika obok, pomimo tego, iż był już dość mocno napoczęty]. Dla tych bardziej spragnionych, albo nie lubiących tłuc się komunikacją miejską z butelkami, uprzejmie informuję, iż po drugiej stronie ulicy jest monopolowy zatowarowany pod sufit alkoholem z całego świata [można nawet kupić browara z Polski] i myślę, że ten sklep istnieje tylko dlatego, że tuż obok jest Lahore. W przyrodzie to się chyba nazywa symbioza.

No więc podsumowując - wystój niczym w stołówce z głębokiego PRLu, kolejka [również niczym z głębokiego PRLu] i nie ma alkoholu [tak, wiem - zupełnie jak w głębokim PRLu]. Na dodatek jest gorąco i wali curry. Za to jedzenie, mili Państwo, jedzenie jest WOW! Powiem szczerze, że ja nie jestem jakimś specjalnym koneserem kuchni z tamtych rejonów świata, ale w Lahore nie mogłam się opanować i przestać jeść. Praktycznie wyczołgałam się z tej knajpy na czworakach. Wszystko było świeże, aromatyczne, rozpływało się ustach (a nie w dłoni) i tanie jak barszcz [jak na londyńskie warunki ma się rozumieć]. Począwszy od czosnkowych chlebków nan [1.75 GBP],  ziemniakach po bombajsku, przez karahi gosht [7.75 GBP], chicken tikka masala [7.75 GBP] i skończywszy na jagnięcym jaffrezi [7.75 GBP]. Polecam zwłaszcza mięsa z grilla i te chlebki nan to po prostu poezja.

Mój znajomy potwierdził, że jedzenie jest doprawione "jak u mamy" - czyli to nie jest hinduskie żarcie dla początkujących, gdzie potrawy nie mają wyrazistego smaku i aromatu, bo są dostosowane do europejskich [czyt. lamerskich] kubków smakowych. W Lahore jedzenie wyjeżdża z kuchni w metalowych misach, gęsto poustawianych na ogromnych tacach, przy okrzykach menadżera opierdalajacego po pendżabsku obsługę, która w pocie czoła, dwoi się i troi, żeby ogarnąć wszystkie zamówienia. Proces przyrządzania jedzenia można oglądać, nomen omen, od kuchni, bo jedna ze ścian to ogromne okno, więc doskonale widać buchający ogień, niekończące się zapasy świeżych warzyw, ziół i przypraw. Na deser wciągneliśmy po pistacjowym kulf - to taka indyjska odpowiedź na nasze swojskie lody na patyku i powiem wam, że takie lody to ja bym mogłabym robić cały dzień.

Jedyny minus to fakt, iż jest tam cholernie gorąco [i nie, nie tylko przez pikantne jedzenie], a moja kurtka jeszcze parę dni później waliła curry [pozostałe ubrania - łącznie z cyckonoszem -od razu po kolacji powędrowały do pralki].

Londyńska Ruska gorąco poleca.

  • Miejscówka: Lahore Kebab House
  • Kategoria: nażryj się i napij z ziomalami
  • Cena: świnka skarbonka będzie żyć (danie główne 7.75 GBP)
  • Adres: 2 Umberston Street, Whitechapel
  • Najbliższa stacja metra: Aldgate East albo Whitechapel
  • Internety: LaHore

P.S. Jakieś życzenia co do odcinka S01E02? Steak? A może fisz'en'czips? Czy co tam misiaczki chcecie?

niedziela, 17 lutego 2013

Jest niedziela, siedemnasty lutego anno domini, a ja siedzę na tarasie w cieniutkiej skórznej kurtce i okularach przeciwsłonczenych. Jest środek zimy a ja łapczywie wystawiam twarz do promieni ciepło kąsających mnie po rumianych policzkach. Na stole paruje kawa [bez mleka, bez cukru], a bok stoi czerwona miska wypełniona po brzegi naturalnym, greckim jogurtem z garścią migdałów, czarnych jagód i soczystymi owocami granta. Z głośników wydobywają się dźwięki jednej z moich ulubionych płyt ever. W ogóle to ja nie rozumiem i protestuję czemu Lauryn Hill nagrała tylko jedną jedyną płytę. Wróciłam do niej niczym córka marnotrwana po kilku latach osierocenia i stwierdzam, że ciągle i niezmiennie jest tak samo zajebista. Tylko te teksty jakoś inaczej do mnie przemawiają. 

To tak samo jak z SATC. Niedawno przeskakując przez kanały, trafiłam przez przypadek na Seks w wielkim mieście. Kiedy byłam piękna i młoda ten serial był wręcz kultowy, a ja potrafiłam oglądać Carrie biegającą po ulicach Nowego Jorku w niebotycznych szpilkach i burzą loków do drugiej, trzeciej nad ranem. Teraz kiedy, nadal jestem piękna i młoda, ale bardziej ogarniam co się dzieje na świecie, jakoś przemawia do mnie bardziej i nie traktuję go w kategoriach takiego soft sci-fi. Może dlatego, że dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że Mr. Big nie rośnie na drzewach i poniekąd rozumiem, że na parę oszałamiających szpilek, albo torebeczkę można, w swojej próżności i rozpasaniu, przepuścić więcej kasy, niż moja pierwsza pensja, kiedy to w czasie studiów pracowałam jako pani księgowa zajmująca się zobowiązaniami dostawców zagranicznych [wytrzymałam trzy miesiące].

Zresztą im człowiek starszy, tym relacje damsko-męskie robią się bardziej pokrętne. Kiedyś serce waliło ci jak oszalałe, kiedy on trzymał cię za rękę i całował na pomoście, a teraz jak nie eks-żona, to dzieci z poprzedniego małżeństwa. Jak nie wieczny piotruś pan spieprzający zakosami, kiedy tylko na horyzoncie pojawią się pierwsze oznaki zaangażowania, to facet bez jaj, którego przeraża wizja spotykania się z dziewczyną, która zarabia więcej od niego.

Ale zaprawdę powiadam Wam - idzie wiosna. Wiem, bo po pierwsze na siłowni tłok, po drugie dzisiaj pierwszy raz w tym roku mogłam założyć conversy, po trzecie w wazonie żółcą się żonkile, no i last, but not least w parku widziałam krokusa [nie mylić z krakusem].

17:01, siberry
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 11 lutego 2013

Są ludzie, którzy nie potrafią być sami ze sobą. To ten typ, który po skończonym związku natychmiast ładuje się kolejny, bo istnieje jedynie, kiedy przy boku ma drugą osobę. Egzystuje tylko w konfiguracji +1. Potrzebuje obecności drugiej osoby nawet po to żeby obejrzeć film, wylegując się na miękkiej sofie w ulubionej bluzie z kapturem. To ten typ, który po powrocie do domu musi komuś zrelacjonować przebieg całego dnia łącznie z tym co kuchnia podała na śniadanie. Wizja samotnego wieczoru wywołuje armagedon, gonitwę myśli, w stylu nikt mnie nie kocha, nikt mnie nie lubi i na pewno zaraz będę mieć sflaczałe uda. Wakacje planuje palcem po mapie, bo wyjazd w pojedynkę gdziekolwiek - nawet na wymoczenie tyłka w leczniczych solach w Ciechocinku - absolutnie nie wchodzi w grę. No jak to? Tak SAMA?!

Ja jestem totalnym przeciwieństwem. Doskonale (nie bójmy się tego słowa) potrafię bawić się w swoim własnym towarzystwie. Lubię przeplatać wyjścia ze znajomymi, kolacje przy suto zastawionym stole, pijane powrotny nad ranem, z wieczorami w stylu cisza, kawa, ja. Takie noce z dobrą książką, dźwiękami nowej płyty wydobywających się z głośników, komputerem na kolanach, kiedy mogę bez skrępowania przewalać się w pościeli bez makijażu, chaosie na głowie i przykrótkich spodenkach, w których nie mam odwagi wyjść do ludzi. Lubię oglądać sama filmy w domu, bo nikt mi nie gada nad uchem, nie ma niezgodnych z ustawą przerw na siku i w razie czego, gdyby zdarzył się wypadek przy pracy i poleciałyby mi krokodyle łzy, to mogę w spokoju wycierać gile w rękaw, a nie udawać, że tutaj wcale nikt nie płacze.

Nie chcę żyć w poczekalni, odkładając wszystko na potem, bo jasne - fajnie by było powłóczyć po wąskich ulicach w okolicach Piazza di Spagna trzymając kogoś za rękę, ale skoro ów ręki chwilowo niet, to wcale nie oznacza, że nie mogę kupić biletu i po prostu tam polecieć.

Tylko czasami zastanawiam się, czy to przekonanie, że zawsze i wszędzie sobie poradzę, czy ta samowystarczalność, umiejętność naprawienia zapchanego zlewu, cieknącej suszarki i zainstalowania wi-fi na kwadracie, czy ona kiedyś nie ugryzie mnie w tyłek. 

19:38, siberry
Link Komentarze (8) »
czwartek, 07 lutego 2013

Ponoć po czterech tygodniach zaczynasz dostrzegać pierwsze rezultaty. Po ośmiu twoi znajomi, a po dwunastu cała reszta. Ja bym do tego dodała, że ostatnia na pewno zauważy Mamusia.

Powoli zaczynam wyciągać rzeczy z tej półki na lepsze czasy i zapinać paski o dziurkę dalej. Z uporem maniaka noszę rurki, bo jaram się, że w końcu moje uda nie wyglądają w nich jak w kondomie przeznaczonym na rynek afrykański. W pracy słyszę, że wyglądam fabolous, więc zakładam coraz krótsze kiecki i zaczynam lekko kręcić tyłkiem, kiedy udaję się do wodopoju celem uzupełniania swojej butli na wodę z cytryną. Już dawno nie rozsadzała mnie tak energia, więc endorfiny muszą wirować we krwi.

Kluczem do sukcesu jest stara, dobra konsekwencja. Nie ma diety cud, masaży wysysających tłuszcz, ani ‘dobrych genów’. 70% to zdrowe odżywianie (zero przetworzonego żarcia, dużo warzyw, ryb i chudego mięsa), a 30% to wysiłek fizyczny. Chodzę na spinning i z wrodznym wdziękiem oraz gracją wymachuję sowieckim kettlebell na siłowni. Zapisałam się na bieg 10k przez Richmond Park w marcu, a pod koniec czerwca planuję przebiegnę ten cholerny pół-maraton.

Zaprawdę powiadam wam, świat się kończy. Ale ja w swoje 30ste urodziny będę u szczytu życiowej formy, a tyłkiem zamierzam rozgniatać orzechy. Jagienka, watch me, bijacz!

14:18, siberry
Link Komentarze (4) »

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u