RSS
środa, 29 lutego 2012

Czy przyjście do biura ze szklanymi, obrotowymi drzwiami bez stanika to duże faux pas?

Dzisiaj znowuż poszłam na siłownię o 6.30 rano (NA KOLANA!), ale w półśnie zapomniałam załadować do torby jakiś koronkowy cyckonosz.

Czy czarne szpilki "na ruskę" skutecznie odwrócą uwagę?

09:31, siberry
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 20 lutego 2012

Już myślałam, że świat się skończył, nie ma świętości i piekło zamarzło, bo Lechu zostawił Danuśkę!

Kurwa, no jak to?
Jak można zostawić DANUŚKĘ?!

Całe szczęście, że Pan Prezydent stanął na wysokości zadania, objawił się ponownie jako prawdziwy mąż stanu i zdementował te obrzydliwe, obrzydliwe pomówienia.

"Kochałem, kocham i do śmierci będziemy się kochać!"

Już pal licho to obiecane sto milionów dla każdego. To jest miłość właśnie.

Zaprawdę powiadam Wam - wiosna idzie.

23:48, siberry
Link Komentarze (10) »
niedziela, 19 lutego 2012

Tajka z Holendrem. Ukrainka z Polakiem Bułgarka z Niemcem. Białorusinka z Francuzem. Polka z Irlandczykiem. Rosjanka z kimkolwiek na zachód od Odry.

Zasada jest bardzo prosta. Kobiety wybierają facetów z krajów o wyższym PKB PKB per capita.

Oni w zamian dostają ciepły obiad, posprzątane mieszkanie, wyprasowane koszule i zgrabny, jędrny tyłek odziany w kobiece stroje, o których wyemancypowane babochłopy z zachodu zapomniały już lata temu. Nie muszą stawać na rzęsach, żeby sprostać rozbuchanym wymaganiom swoich rodaczek, ani bać się, że jak pomogą kobiecie z wniesieniem walizki to dostaną po ryju, bo w końcu mamy równouprawnienie. A przecież o wiele więcej można zdziałać pokazując rąbek koronkowego stanika, niż palić go na stosie.

Ja tam nie jestem za równouprawnieniem. Nie chce mi się nosić siat z zakupami na ostatnie piętro, ani udawać, że potrafię skręcić komodę, która od dwóch tygodni stoi pod ścianą w nierozpakowanym kartonie. 

Myślę, że całkiem nieźle sprawdziłabym się w roli kobiety, dla której facet jest współczesnym rycerzem. Ja bym leżała i pachniała (oczywiście po pracy, bo nie wyobrażam sobie być na czyimś utrzymaniu) i mówiła mu mruczącym, acz niezwykle przekonującym głosem jaki jest wspaniały i cudowny. On w końcu poczułby się jak pan i władca, a życie byłoby o wiele prostsze. 

23:33, siberry
Link Komentarze (9) »
piątek, 17 lutego 2012

Kiedyś moim marzeniem było studiować na London School of Economics. Za moich czasów takie marzenie można było ustawić na tej samej półce co umiejętność zapięcia stanika jedną ręką, czyli kategoria rzeczy mocno niemożliwych.

Wczoraj poszłam tam na pierwszy, wieczorny wykład. To nic, że zawyżałam średnią wiekową na sali. Usiadłam w drugiej ławce (wzrok już nie ten) i zadałam nawet dwa pytania (syndrom kujona pozostał).

Prelegent w okolicach 40stki. Wysoki, zadbany, w garniturze skrojonym na miarę i śnieżnobiałej koszuli. Zanim się odezwie wiesz, że masz doczynienia z człowiekiem sukcesu. To jest ten typ, który bierze oddech, a sala momentalnie milknie. Charyzmę widać jak na dłoni. Na dodatek cholernie inteligentny i skromny facet. Wykład trwał ponad dwie godziny, a on dopiero na samym końcu mimochodem wspomniał, że w sumie to dwanaście lat temu zainwestował w swoją firmę 100k USD, a teraz jego udziały są warte bagatela 95 mln USD. Spoko, na waciki starczy. 

Inspirują mnie takie historie w stylu od pucybuta do milionera. Tworzenie czegoś od podstaw. W głowie kiełkuje pomysł, który z czasem podlewasz, pielęgnujesz, wyrywasz chwasty i włosy z głowy, ale potem zbierasz plony. Praca dla siebie, a nie dla kogoś wydaje mi się niezwykle pociągająca, ale jednocześnie mocno przerażająca.

Wieszam psy na korporacji, ale mam ten komfort, że przekraczając obrotowe drzwi zostawiam pracę tam gdzie jej miejsce - w biurze. Niedokończone projekty, zawalone terminy, podłożone kłody pod nogi mam głęboko w swoim J.Lo tyłku, kiedy tylko zamknę z trzaskiem laptopa. Odbijam kartę i wychodzę. A pensja regularnie pojawia się na koncie.

Jak on to robi, że mu się nadal chce? Przecież mógłby leżeć do góry brzuchem na Barbados, spijać driny i obracać lokalne piękności. Skąd ludzie biorę determinację żeby ciągle sięgać po więcej? Z jednej strony rzygam korpo, z drugiej nie robię nic żeby to zmienić. Po prostu jest mi zbyt dobrze, zbyt wygodnie. Przy minimalnym wysiłku całkiem nieźle sobie funkcjonuję jak na taką gówniarę. Każda zmiana wymaga nakładu pracy, ruszenia zadu z kanapy, a ja jestem z siebie niezwykle dumna, kiedy wygrzebię się z łóżka w niedzielę przed dziesiątą. 

Wszystko fajnie, ale pewne rzeczy się nie zmieniają. Nie ważne czy to LSE czy SGH - na sali wykładowej lekko śmierdzi potem, a w uczelnianym kiblu nie ma papieru toaletowego. 

20:11, siberry
Link Komentarze (4) »
środa, 15 lutego 2012

Przyznaję się bez bicia. O Szwecji widziałam mało, bardzo mało. Widziałam tylko tyle, że Szwedzi lubią sobie w wolny wieczór skręcić ze dwie komody z Ikei przy wydobywających się z głośników dźwiękach Abby. I to by było chyba na tyle.

W Szwecji mieszka raptem 9.4 mln ludzi. To piętnaście razy mniej niż w Rosji. Sztokholm przy Moskwie to jakaś marna popierdółka. Bardzo urokliwa, rozciągnięta na czternastu wyspach, ale jednak nadal popierdółka. Dalai Lama ma więcej fanów na Twitterze, ba, więcej osób codziennie jeździ londyńskim metrem, niż mieszka w tej zaśnieżonej stolicy.

Sprawdziłam w przewodniku dwa razy i dla pewności w internecie. Nie mogłam uwierzyć, że w ojczyźnie znanego na cały świat designu, nie ma Design Museum. A skoro nie ma w Googlu to znaczy, że nie istnieje. To zupełnie jak z niektórymi znajomymi, którzy nagle odzywają się do ciebie zza światów, a ty dałbyś sobie uciąć rękę, że już dawno nie żyją, bo nie mają konta na fejsbuku. Ale miło być o dizajnie.

No więc, ów design w tym niepozornym Sztokholmie, gdzie wszędzie można dojść na piechotę, a metro jest zbytecznym luksusem, atakuje z każdego kąta i wyłazi z lodówki niczym Grycanki. Wychodząc z bramki na lotnisku mój wzroku od razu przykuwa fotel z okrągłym siedziskiem i prostokątnym oparciem. Nie wspominając nawet o genialnych, drewnianych ławkach przypominających fale na peronie kolejowym. Ławki na peronie, Europa Panie! Ponadto zapragnęłam wykupić pół sklepu z (nie)zwykłym sprzętem kuchennym, łącznie z rękawicami w kształcie serca. Uwielbiam prostotę i funkcjonalność, a Szwedzi są w tym absolutnymi mistrzami. Taka surowa, momentami wręcz toporna estetyka idealnie wpasowuje się w mój mało wyrafinowany gust.

Zamiast nieistniejącego Design Museum było Nationalmuseum i mój niekwestionowany faworyt - Fotografiska. Cholernie spodobała mi się wystawa Surrounded By No One. Blizny, podbite oczy, krew z nosa, celulit, lubieżne ściaganie spodni uchwycone tuż przed, łzy i rozmazany z bezsilności makijaż. Przy niektórych zdjęciach odwracasz wzrok, ale zaraz potem wpatrujesz się w nie jak zahipnotyzowana, chłonąc każdy niewyraźny szczegół. Brzydota, dosłowność. To mnie wciąga. Ostatnio wolę oglądać zarośnięte bobry [ekskjuz maj frencz], niż piękne, ale wystylizowane do bólu zdjęcia. W końcu prawdzie życie jest gdzie indziej. Bez kaszmirowych sweterków, kawałka krowy pod postacią torebki z najnowszej kolekcji i fotoszopa wymazującego rozstępy na udach. Ale miało być o Sztokholmie, a ja tutaj z rozpędu Koejlo trochę zajechałam. 

Wracając do meritum. Zdziwiła mnie ilość salonów tatuażu. Na oko stężenie większe niż ilość wschodnioeuropejskich prostytutek w Reeperbahn na kilometr kwadratowy. Coś jednak trzeba robić w te długie, mroczne wieczory, skoro alkohol sprzedają tylko w specjalnych sklepach otwartych do dziewiętnastej. O 19:01 możecie jedynie pocałować klamkę i powiedzieć a teraz kochane dzieci pocałujcie misia w dupę. Nie pozostaje nic innego jak z nudów robić sobie dziary, pracować nad pełnym rękawem, albo migdalić się na skórze renifera na podgrzewanej podłodze w domowym zaciszu. W końcu w Szwecji urlop macierzyński trwa, aż 480 dni. Ale science fiction na bok, wrócimy do konkretów.

Alkohol. Na rany Jezuska! Nie dość, że odcinają od wodopoju w okolicy dobranocki to na dodatek w knajpach ceny z kosmosu. Kieliszek wina, takiego najzwyklejszego, pospolitego house wine, żadnego tam wyszukane chenin blanc, czy innego sauvignon blanc kosztuje więcej niż cała butelka wina w Anglii. I to taka na korek, a nie na zakrętkę. Alkoholików zamiast na odwyk, wystarczy wysłać na przymusowy turnus do Szwecji. Skuteczność gwarantowana.

Zimny chów nabiera tam nowego znaczenia. Wózki wyściełane są owczą skórą, a na ulicy możesz zobaczyć dziecko biegnące po chodniku liżące zwykłego sopla niczym czekoladowego loda.

Dziewczyny noszą długie, puchowe, koniecznie ciemne kurtki z kołnierzem z futra dookoła kaptura. Wysokie, szczupłe, eteryczne, z porcelanową cerą i najczęściej długimi, blond włosami. Mają taką trochę elfią urodę. Na dodatek gadają w zupełnie niezrozumiałym języku. Nic dziwnego, że w sklepach z pamiątkami hitem są koszulki z napisem: I love Swedish girls. W Szwecji musieli najwyraźniej puszczać te same bajki co u nas, bo wszyscy faceci w okolicach 30stki jak jeden mąż mają brody a la Rumcajs i fryzurę na Alfa. 

W jednym z niewielkich barów moja koleżanka zagaduje barmana z pytaniem, co to jest za tajemniczy drink o nazwie JABLKO. Barman [broda, fryzura na Alfa, dziary, a jak] uśmiecha się tajemniczo i z dumą stawia na barze litrową Żubrówkę i polskie ogórki kiszone. Mhmm, Żubrówka + ogórki, pyszności. Say hello to kibel następnego poranka.

Kiedy wnoszę niedużą walizkę po kręconych, białych schodach na mojej twarzy pojawia się uśmiech,, bo wiem, że zaraz zapalę czerwone świeczki stojące na stole i z legolasowym kubkiem gorącej herbaty wyląduję na miękkiej kanapie. Mojej kanapie. Pierwszy raz odkąd tu jestem poczułam, że wracam do domu.

00:45, siberry
Link Komentarze (5) »
wtorek, 14 lutego 2012

Walentynki oraz dalsze propozycje zamążpójścia przyjmuję w komentarzach lub - dla nieśmiałych - na maila ;)

 

00:35, siberry
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 13 lutego 2012

Codziennie przechodzę koło cypryjskiej restauracji, w której sprzedawane jest też jedzenie na wynos.

Codziennie widzę tego samego chłopaka, który w tym samym czarnym polo i tym samym mocno zaciśniętym w pasie ciemnym fartuchu, zawija mięso i warzywa obficie podlane ostrym sosem czosnkowym, w te same parujące pity. Niby codziennie pojawiają się inni klienci, ale obok leży ta sama cienko pokrojona kapusta, te same czerwone pomidory i te same długie kawałki cebuli niedbale porozrzucane na podłodze. Tuż na wyciągnięcie ręki ten sam szary papier do pakowania.

Jego ruchy są płynne. Nie ma chwili zawieszenia, ani sekundy zawahania. Dłonie sprawnie, wręcz mechanicznie operują długim, ostrym nożem, a kawałki mięsa precyzyjnie lądują na kawałku ciasta. Wydaje się, że mógłby to robić z zamkniętymi oczami. Czasami w biegu skrzyżują się nasze spojrzenia i wtedy uśmiecha się do mnie zmęczonym wzrokiem.

Zastanawiam się czy on też ma odruch wymiotny na widok baraniny kręcącej się na długim palniku, tak jak ja dzisiaj na myśl o moich trzech monitorach w pracy.

08:42, siberry
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 lutego 2012

Loguję się na Ryjoksiążkę, a tam wiadomość:

Hej,
wiem że się słabo znamy, ale to i tak mi wystarczy żeby uważać Cię za, pisząc kolokwialnie, fajną osobę! A że ostatnio ''szukam żony'' dla mojego brata piszę do Ciebie wprost i bezczelnie: czy miałabyś ochotę na randkę w ciemno?
Albo po prostu na kolację u nas w pewien lutowy wieczór? Co prawda nie wiem czy masz chłopaka i czy przypadkiem nie uznasz mnie przez tę wiadomość za skrajną wariatkę, ale wiedz że intencje mam dobre:) A mój brat mimo iż pracuje na paryskiej Sorbonie na typowego naukowca w ogóle nie wygląda i nawet jeśli nie przypadniecie sobie do gustu z pewnością się polubicie. O tym jestem absolutnie przekonana!
Po cichu licząc na odpowiedź
pozdrawiam serdecznie

Gdybym tagowała wpisy, ten miałby znaczniki: WTF?, Matrix,:)

17:06, siberry
Link Komentarze (11) »
wtorek, 07 lutego 2012

Zabrałam się za pieczenie ciasta.

Kiedy gorzka czekolada była już rozpuszczona, a jajka ubite na gęsty krem okazało się, że nie mam kwadratowej foremki. No trudno, dodam trochę mąki, proszku do pieczenia i zamiast brownie zrobię ciasto czekoladowe. To przecież nie może być takie skomplikowane. Przewalam wszystkie szuflady w mojej mikroskopijnej kuchni w poszukiwaniu potrzebnych składników. Victory! Znajduję mąkę, ale jest stock out na proszku. Eeee, pewnie samo jakoś urośnie.

Natłuszczam okrągłą foremkę i próbuję zlokalizować bułkę tartą. Szukałam tej suki dobre piętnaście minut w lokalnym supermarkecie, bo nie przyszło mi do głowy, że bułka będzie pomiędzy cyckami kurczaka, a wołowiną. Jednak bułki jak nie było tak nie ma. Zaginęła w akcji, została przy kasie, wypadła z siat, kiedy urządzałam spacer farmera w kierunku kwadratu? Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie. W każdym razie bułki niet, a sklep zamknięty na trzy spusty. Trzeba poradzić sobie w inny sposób.

Wyciągam folię (tę co to świstak tak siedział i zawijał, no wiecie) i okrągła foremka przeobraża się w hełmofon, albo coś co na moje eksperckie oko wygląda jak zaginiona część Apollo 13.

Jest foremka? Jest.

No to jedziemy dalej z tematem.

Tuż przed włożeniem ciasta do gorącego pierkarnika mam przebłysk kulinarnego geniuszu. Na chwilę staję się Nigellą Lawson, jestem jak Jamie Olivier! Myślę sobie, że moje autorskie ciasto będzie popisowym daniem, przysłowiową wisienką na torcie, czekoladowym orgazmem, kiedy dodam... karmelki! Przecież trochę karmelków wrzuconych tu i ówdzie nie zaszkodzi, a na pewno sprawi, że ciasto zyska +10 do zajebistości. Jestem genialna. GE-NIA-LNA.

Wrzucam Apollo 13 na trzydzieści minut do pierkarnika.
200 stopni. Termobieg odpal.

Kiedy ciasto rumieni się w piekarniku, ja ogarniam armagedon w kuchni. 

10, 9, 8, 7, 6, 5, 4, 3, 2, 1...TAKE OFF!

Wyciągam ciasto i Houston we have a problem:

Rozważam następujące opcje:

(a) W dziury dla niepoznaki upchnąć migdały, albo żurawinę
(b) Zalać wszystko grubą warstwą czekolady 
(c) Udawać, że tak powinno być i nazwać ciasto Le Krater

Martha Stewart, hilfe!

23:34, siberry
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 06 lutego 2012

Arktyczny wiatr podwiewa długą suknię z delikatnego materiału z rozcięciem, aż do połowy uda, a chłód bez trudu przedziera się, aż do szpiku kości - zwłaszcza, że za przeszkodę ma jedynie cieniutkie pończochy. Co prawda to nie Sankt Petersburg, ale Wiedeń, ale pierwszy raz w życiu rozumiem, dlaczego Rosjanki paradują zimą w futrach. Na ustach czerwona szminka, a po zamarzniętym chodniku stukają niebotyczne obcasy. To raptem 400 metrów do pokonania, ale wszyscy siniejemy z zimna.

Wchodzimy do przepięknego gmachu Wiener Staatsoper. Nie wiem czy to urok tego miejsca, czy bąbelków we krwi, ale czuję się jakbym nagle przeniosła się do 1869 roku. Na wprost wielkie, białe schody, przykryte grubym, szorstkim materiałem, którego ognista czerwień kontrastuje z bladością marmuru. Powoli pokonujemy stopień po stopniu, mijamy Septem Artes Liberales robiąc pamiątkowe zdjęcie.

Wokół feria barw. Intensywny pomarańcz, wściekła fuksja, gorąca żółć i lazurowy błękit. Soczyste kolory sukni wyglądają zjawiskowo w towarzystwie czarnych smokingów rozciągniętych na szerokich, męskich barkach. Są wytworne koki, ciężkie naszyjniki i długie, wieczorowe kolczyki. Pomimo bajkowej scenerii i eleganckich strojów nie ma nadęcia, taniego przepychu i sztucznie napompowanego blichtru. Jest z klasą, ale nie czujesz się jak kopciuch odciągnięty od miotły pomimo fryzury self-made i makijażu nałożonego w ten sam sposób co na pospolite sobotnie wyjście ze znajomymi. Kolorytu dodają osoby ubrane w narodowe stroje. Na schodach mijam dziewczyny ubrane w kimono, sari, a nawet z daleka dostrzegam swojską krakowiankę.

Przez parę minut nie czuję się jak kopciuszek, ale jak rasowa kniazini. Widząc ciekawskie spojrzenia i uśmiechy naiwnie myślę, że to moje wcięcie z przodu i konkretnie wyeksponowany biust przyciąga uwagę. Po chwili orientuję się, że to nie cycki, ale mój partner ubrany w tradycyjny kilt działa niczym magnes. BFF wyglądał jak wycięty z katalogu zachęcającego do spędzenia następnego urlopu w jednym ze szkockich zamków. Myślałam, że nigdy tego nie napiszę, ale facet w wełnianej "spódnicy" potrafi wyglądać cholernie seksownie. Zwłaszcza jeżeli na dodatek jest wysoki, wysportowany i z uśmiechem, który pewnie złamałby niejedno damskie serce. Ekhm. Niestety, nie dla psa kiełbasa. What a waste.

Na głównej sali balowej trwa pierwszy taniec debiutantów. Młode dziewczyny ubrane w białe suknie suną wyćwiczonym, ale nadal niepewnym krokiem. Po chwili pada magiczna komenda Alles walzer! i pozostali goście wkraczają na parkiet. Całe szczęście, że mój partner jest tak samo tanecznie upośledzony jak ja, więc w bezpiecznej odległości, w ciemnym kąciku przestępujemy z nogi na nogę śmiejąc się przy tym do rozpuku. Sala wiruje w rytm walca, kolory kotłują się na parkiecie, a smyczki suną równo po wypolerowanych skrzypcach. Nie ma żadnych ram wiekowych, a jednym niepisanym wymogiem jest po prostu taniec w parach.

W sumie jest około dziesięć sal. W każdej inna muzyka - od typowego ballroom dancing, przez latynowskie rytmy, rockowe brzmienia, jazz, lata osiemdziesiąte, aż po karaibsko-jamajskie dźwięki przypalone skrętem. W każdej sali zaliczamy jeden taniec w ramach rozpoznania terenu, tudzież wroga. W każdej panuje inny klimat, ale też w każdej jest muzyka na żywo i miks osób i umiejętności. Są pary, które ewidentnie czują się jak ryba w wodzie w danym stylu, ale też zdarzają się takie rodzynki jak my ze Szkotem. Nie ważne czy akurat wykonywany jest cover Madonny, czy też Buena Vista Social Club, my mamy ten sam ograniczony, lekko żenujący repertuar ruchów, którymi nie powstydziłaby się para paralityków. Czasami zatrzymuję się jak zahipnotyzowana i z otwartą buzią obserwują pary tańczące z nieosiągalną dla mnie lekkością i gracją po parkiecie.

Za to kiedy o drugiej w nocy w najbardziej oddalonej sali na scenę wchodzi szkocki band, BFF ciągnie mnie za rękę i ku mojemu przerażeniu każe stanąć w pierwszym rzędzie. Jeden osoba z zespołu uczy pośpiesznie kroków zebranych na sali śmiałków. Zaraz zaczyna grać muzyka i pierwsze podejście do ceilidh dance jest totalną porażką. Chaos na parkiecie, kilka nabitych siniaków i nawet jedna zaliczona gleba. Ja czuję się dość pewnie, bo w końcu mam przy boku zawodowca.  Jednak po paru próbach wszyscy łapiemy dosyć proste kroki, muzyka przyspiesza, dochodzą piruety i podskoki. Może i sztywne ramy, walce, rumby, piękne kroki z palców, czy tam z pięty, wyglądają dystyngowanie, ale ja o wiele lepiej czuję frywolnie hasając przy brzmieniu surowego fidla. Po godzinie ze wszystkich leje się pot, część koków rozpad się, bo to przecież taka niepraktyczne fryzura żeby po kolei wirować pod ramię ze wszystkimi mężczyznami na sali. Na sam koniec dostaję cmoka w rozgrzany do czerwoności policzek i potężnego przytulasa: Thank you for doing this with me, Sib! A ja myślę, że bawiłam się równie dobrze, a może nawet lepiej od niego przy tym całym szkockim szeleństwie.

Taki prawdziwy bal to naprawdę niesamowite przeżycie. Spełnienie dziewczęcych marzeń o księżniczkach, długich sukniach i przystojnych kawalerach. Uważam się za ogromną szczęściarę, że mogłam doświadczyć tego na własnej skórze, a raczej na moich obolałych nogach. Jednak przyznam szczerze, że teraz marzy mi się taka typowa szkocka potańcówka. W lokalnej knajpie w małej, zapomnianej wiosce na końcu świata, gdzie kilty beztrosko wirują do białego rana w rytm dud (!) i sprawnie nalewanego, zimnego piwa, a zamiast obcasów masz wygodne buty, bo przecież trudno jest przehulać całą noc na pięknych, ale zupełnie niepraktycznych szpilkach.

01:54, siberry
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u