RSS
piątek, 25 lutego 2011

Najpierw sms, a później telefon od szefa w czasie urlopu to jakieś novum. Te marne 26 dni w roku jest dla mnie absolutna świętościa. To jest czas dla mnie i tylko dla mnie. Trochę czasu zajeło mi wyszkolenie współtowarzyszy biurowej niedoli, że w czasie urlopu nie odbieram telefonu, a tym bardziej nie sprawdzam korpo maila - po prostu najnormalniej w świecie na te pare dni znikam z powierzchni Ziemi. Tschues, Ciao, Au revoir, Paka, Nara - nie ma mnie i będę jak wrócę. W przeciwieństwie do niektórych nie mam przeczucia, że beze mnie świat się zawali, ani nie uważam, że jestem Brucem Wszechmogącym bez którego korpo sobie nie poradzi. Autetycznie nie cierpię osób wysyłających e-maile w weekend (druga świetość) albo logujących się do sieci będąc na wakacjach. Wszyscy (bez wyjątku) są do zastąpienia, a w życiu naprawdę trzeba mieć priorytety. Moim - na ten moment - jest hedonizm. Pracuję po to żeby przyjemnie żyć, a nie żyję po to żeby pracować.

Dlatego bardzo zdziwił mnie ten telefon i pytanie, które padło w czasie rozmowy. Wygląda na to, że na górze zaczyna się ponowne rozstawianie pionków na szachownicy, a ja być może zostanę skoczkiem, albo nawet gońcem szybciej niż się tego spodziewałam.

Nie przypuszczałam również, że pisanie bloga może dostarczyć tylu pozytywnych bodźców na różnych płaszczyznach:) 

13:02, siberry
Link Komentarze (3) »
środa, 23 lutego 2011

Pisałam już, że Kaszuby zimą są przepiękne?

Nie zdawalam sobier sprawy, że jestem tak potwornie zmęczona. Moje ciało odmawia jakiekolwiek współpracy już w okolicach dobranocki. Trochę świeżego powietrza, zdrowa dieta (brak kawy, białego wina) i padam jak mucha. Dwa razy dziennie opatulam się długaśnym szalikiem, zakładam wełniane, kolorowe rękawiczki, bluzę z kapturem, wyciągnięte dresy, buty śniegowce (takie w stylu Relaksów - sam seks!) i wyruszam na tour de jezioro. Uwielbiam tą ciszę, spokój, ośnieżony las i uciekające sarenki, kiedy śnieg skrzypi pod moimi stopami. Jest mroźno (około -10 C), ale przyjemnie świeci słońce.

Nigdzie nie wypoczywam tak jak w tej leśnej głuszy.

W ośrodku średnia wieku jest w okolicach wieku mocno emerytalnego, więc nowych friendsów na Fejbuka tutaj na pewnie nie znajdę. Tak, mogłabym wyjechać na krótki urlop gdzieś pod palmę, ale na samą myśl tych tłumów, sprzedawców "maj frendów",  leżenia plackiem na plaży, obowiązku imprezowania co noc przechodzą mnie zimne dreszcze. Tutaj mogę się totalnie wyluzować, chodzić w wielkich swetrach i włosy niedbale wiązać w kokon na czubku głowy, a na twarz nie nakładać ani grama makijażu i zasuwać dookoła jeziora:)

Jednym "luksusem" w tym zacnym ośrodku jest możliwość masażu wykonywanego przez jurnego Yuriego. Yuri pochodzi ze wschodu i ma dłoń wielkości niedźwiedziej łapy. Po tête-à-tête wychodzę cudownie zrelaksowana chociaż sam masaż momentami wydaje się być średniowieczna tortura - nie przypominam sobie żeby ktoś w równie brutalny sposób obchodził się z moim ciałem. Jednak dla mnie dobry masaż to zdecydowane ruchy osoby, która doskonale wie co robi. A głaskanie i mizianie skóry naoliwioną dłonią zostawiam na inne okoliczności przyrody. Yuri ostatnio zapytał się mnie czy byłam tancerką, bo "masz szerokie biodra, taką wąską talię i płaski brzuszek - jak tancerka". To potwierdza moja teorię, iż Yuri już zdecydowanie za długo siedzi w tym lesie i totalnie skrzywiła mu się percepcja, bo brzuch może i mam płaski, ale tylko w pozycji horyzontalnej. Nie słyszałam, żeby Klub Kwadransowych Grubasów założył sekcję baletu, ale jakby ktokolwiek słyszał, ktokolwiek widział to koniecznie dajcie znać! 

Czytam „Białą gorączkę” i co chwila wybucham śmiechem, bo wszystko co opisuje  Hugo-Badera jest takie rosyjskie i takie do bólu prawdziwe. Doskonała książka. Nie wiem jak to możliwe, że wcześniej na nią nie wpadłam.

Kiedy sama z siebie budzę się w okolicach szóstej zabiłabym za kubek gorącej kawy z mlekiem... 

Na dzisiaj zaplanowana jest atrakcja turnusu - "Wieczorek taneczny"! Zamiast tańców do Krzysia Krawczyka, myślę, że najpierw oddam się w ręce Yuriego, a później w ręce Morfeusza zanim Bronisław Pawlik zdążyłby powiedzieć: "a teraz kochane dzieci pocałujcie misia w dupę". 

11:56, siberry
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 lutego 2011

Dość spontanicznie zapakowałam torbę i wyruszyłam z przyjaciółką na Kaszuby.

Przejazd samochodem  400 km (słownie: czterystu) w moim przypadku to mistrzostwo świata. Do tej pory jako „wyjazd w trasę” traktowałam wypady do Janek (pielgrzymki do Ikei) i nawet raz udało mi się dojechać nad Zalew Zegrzyński, a to całe 45km od mojego domu także na kolana! DK7 powinna nazywać się trasą śmierci nawet kiedy ja nią nie jadę. Jeden TIR zatrzymał się na słupie i złożył się niczym papierowa harmonijka origami, drugi doszczętnie spalony, a dwa samochody osobowe po drodze wylądowały w rowie. Było cholernie ślisko, padał śnieg, więc byłam bardzo dzielna dziewczynka, że dojechałam na miejsce w jednym kawałku, tym samym samochodem i z taką samą liczbą pasażerów. W związku tym mój pierwszy raz uważam za niezwykle udany. Był mały problem w czasie pit-stopu na kawę, bo skończył się płyn do szyb. Tutaj niestety nie sprawdziła się niemiecka dokładność, bo z dobre 10 minut szukałyśmy guzika, który otwierałby maskę samochodu. Okazało się że żeby dolać płyn trzeba najpierw zanurkować pod kierownice i pociągnąć za dźwignię, na której nie ma obrazka, że to TO! (ekhm bez komentarza proszę).  Jeżeli chodzi o samochody to zmieniam się w rasową blondynkę – taką platynowa, z tipsami i rocznym karnetem na solarium. Potrafię powiedzieć jakiej marki mam samochód, jakiego jest koloru i że karmię go dieslem i to by było chyba na tyle. Jaki ma silnik, w ile sekund dochodzi do setki i takie tam bzdety nadal pozostają dla mnie nieodkryta tajemnica i szczerze totalnie mnie to nie interesuje. Ważne, że jeździ i ładnie w nim wyglądam:)

Kaszuby wyglądają przepięknie zimą.

11:19, siberry
Link Komentarze (8) »
piątek, 18 lutego 2011

Nadal zaskakuje mnie to dziwne uczucie, które dopada mnie przy mijaniu X na korytarzu. Rzucasz najzwyczajniejsze w świecie "cześć" osobie, która kiedyś miała być dla ciebie najważniejsza na świecie i bez oglądania się za siebie idziesz dalej z uniesioną głową.

Wierzę, że wszystko do ciebie wraca. Czeka na mnie zajebiste, ale to zajebiste szczęście.

What goes around, comes around.

18:12, siberry
Link Komentarze (5) »
środa, 16 lutego 2011

Truskawkowa margarita serwowane w wersji grande może być bardzo niebezpieczna. Zwłaszcza w czasie kolacji firmowych z najbardziej pijackim działem - czyli działem sprzedaży pełnym ogierów. Wannabe ogierów.

Można na przykład dowiedzieć się, że jestem pierwszorzędną laską, ale totalnie nie eksponuję swoich atutów. A dzisiaj to nawet wyglądam na pensjonarkę - taką spod krzyża żeby była jasność. Byłam ubrana w jeansy rurki, czarną dopasowaną w talii marynarkę i skórzane oficerki. Włosy gładko związane w kucyka i delikatne kolczyki. To jest styl na zakonnice jakby ktoś miał wątpliwości. Nie to co na Wigilii, gdzie jak sie dowiedziałam byłam główną atrakcją wieczoru. Siberry ta twoja czerwona sukienka - ja nadal myślę o tym jak w niej wyglądałaś, a krismes party było dwa miesiące temu! W tej sukience wchodzisz do klubu i mówisz: ty nie, ty to na pewno nie, a ty jeszcze długo, długo nie. Inne teksty nie nadają się do cytowania na blogu, bo nie ma ostrzeżenia, że treść jest przeznaczona dla osób dorosłych.

Teraz już wiem czemu nie mam faceta. Styl na obrończynię krzyża jednak się nie sprawdza. 

song: "Czerwona sukienka" Fisz

23:48, siberry
Link Komentarze (6) »
niedziela, 13 lutego 2011

Na pokładzie francuskich linii lotniczych steward sprawdzał liczbę pasażerów klikerem AXE, a pilot podał komunikat z tak silnym francuskim akcentem, że zupełnie nie zorientowałam się, że był on w języku angielskim - od tego momentu wiedziałam, że mój pierwszy w życiu wyjazd do Paryża będzie bardziej niż udany. Przez cały lot wystawiałam łapczywie twarz do słońca, a uśmiech znikał z mojej twarzy tylko na moment, kiedy brałam kolejny łyk czerwonego wina.

Paryż jest zjawiskowy (jakkolwiek banalnie to brzmi). Począwszy od zielono-białej klatki schodowej, z wąskimi, krętymi, drewnianymi schodami, skrzypiącymi pod ciężarem moich stóp, a skonczywszy na jeszcze ciepłych croissantach wcinanach w środku dnia.

Zerwałam się łóżka z samego rana, a pokój wypełniał już zapach świeżo zaparzonej kawy, więc szybko przegryzłam kawałek bagietki i wyruszyłam na podbój miasta marzeń. W piątek miałam przepiękną pogodę, więc zamiast metra korzystałam wyłącznie z własnych nóg. Piramidy przy Luwrze odbijały promienie słońca w taki sposób, że nie mogłam od nich oderwać wzroku przez dobre dwadzieścia minut. Plac był prawie pusty (tak wcześnie rano japońscy turyści nie zdążyli jeszcze dotrzec do tego miejsca ze swoimi hi-tech aparatami), więc nie było totalnej siary - kiedy odwróciłam się w drugą stronę i zupełnie niespodziewanie zaliczyłam pierwszy Eiffel-tower-spotting i zaczełam podskakiwać w miejscu jak mała dziewczynka i klaskać w ręce (wiecie gdzie można składać aplikacje do Rubika?). To chyba taki odruch bezwarunkowy, bo podobną reakcję zaliczyłam kiedy pierwszy raz zobaczyłam Big Bena (tego prawdziwego w Londynie - żeby nie było wątpliwości). Potem spacer po Avenue des Champs Elysees aż pod Łuk Triumfalny. Po drodze pomachałam Louisom we flagship store LV i stwierdziłam, ze jeszcze nie upadłam totalnie na głowę zeby nosić kawałek krowy przewieszony przez ramię za 1200 EUR. Za to wróciły ze mną buty on obcasie do biegania do biura, kiedy w końcu postanowią wykluć się u nas przebiśniegi.

Pózniej już swoim starym zwyczajem kluczyłam bez mapy wśród małych uliczek i odkryłam taką, która totalnie powaliła mnie na kolana. Na Rue Rembrandt mogłabym zamieszkać w dowolnej piwnicy. Mnóstwo zielni, zadbane kamienice, pani powoli, ale za to niezwykle starannie zamiatająca chodnik, a sama uliczka kończy się wejściem do malowniczego Parc de Monceau w którym studenci pod okiem siwego profersora uczą się malarstwa. Później spacer do Sacre Coeur. Kiedy tak w środku zimy, siedziałam na schodach bez kurtki, mrużyłam oczy przed słońcem podziwiając obłędny widok na Paryż, a gdzieś z oddali dochodziły do mnie dźwięki "No woman, no cry" pierwszy raz od bardzo dawno stwierdziłam, że tu i teraz jestem obrzydliwie szczęśliwa. Hedonizm opcja all inclusive. Wieczorem przepyszna kolacja z moją cudowną gospodynią (nomen omen poznana jeszcze poprzez starego bloga!) i zjedzone pierwszy raz w życiu ślimaki! Oczywiście w moim przypadku nie obeszło się bez opcji Pretty Woman - czyli jeden z moich już-niepełzających łobuzów wylądował na środku stołu, ale kelner dyskretnie udawał, że nic nie widzi.

Mogłabym jeszcze opisać zapierające dech w piersiach witraże w Notre Dame, trufle rozpływające się w ustach, smak mandarynek kupionych wprost ze straganu od Marokańczyka bez zębów, oczyszczającą rozmowę przy mohijto na Montmarte, irracjonalną radość z ujrzenia na żywo wrzuty Space Invadera i multum innych histori, ale nie chcę Was zanudzać. Moja koleżnaka mieszka w Paryżu raptem od paru miesięcy - ale widząc jak obłędnie wygląda, jak cała promienieje szczęściem i pulsuje od niej miłość naprawdę wierzę, że w tym mieście spełniają się marzenia (bez cienia sarkazmu).

Jednak nadal nie wiem jak wygląda panorama Paryża z czubka wieży Eiffla. Nie wiem jak smakuje wino pite na statku powoli dryfującym po Sekwanie. Nie wiem jakie to uczucie zjeść kolację w malutkiej, przytulnej restauracji z muzyką na żywo (może być przy świecach). Nie wiem co w swoim wnętrzu kryje Luwr. I to nie jest tak, że dozowałam sobie przyjemności. Po prostu nie chciałam tak do końca odczarować tego miasta. Chciałabym pewnych rzeczy posmakować wszystkimi zmysłami po raz pierwszy w życiu u boku osoby na której naprawdę mi zależy.

20:04, siberry
Link Komentarze (12) »
wtorek, 08 lutego 2011

Chyba jednak troche przegiełam z tymi szarymi, zamszowymi kozakami kończącymi się tuż nad kolanem. Kolega w pracy przywitał mnie dzisiaj słowami: Cześć Kocie, a raczej Kicio w butach, a menel na ulicy stwierdził: Oooo pani to chyba musi być koszykarką jakąś!?

Kiedyś chodziłam tylko i wyłącznie w butach sportowych lub ewentualnie w butach na obcasie, gdzie "obcas" był porównywalny do wymiarów piany na dwa palce. Nie chciałam być wyższa od X, bo on chyba miał z tym problem. A ja zawsze patrzyłam tęsknym wzrokiem za dziewczynami ze zgrabnymi nogami kończącymi się seksownymi szpilkami. Teraz - w związku z tym, iż nie muszę się dopasowywać do niczyich wymiarów - wchodząc do sklepu z butami czuję się jak dziecko w Toys'R'Us . Stosunek szpilek do conversów został niebezpiecznie zachwiany.

Drogie Bravo, czy meżczyzom przeszkadza jeżeli kobieta jest wyższa od nich, ale za to stukająca o chodnik fajnymi szpilkami?

Jeżeli tak to moja teoria się sprawdza, że prawdziwy mężczyzna zaczyna się od 180cm :)

21:30, siberry
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 07 lutego 2011

Ostatnio jestem mega zafascycowana jazdą samochodem (jazdą, bo parkowanie jakby nadal niet). Uwielbiam jeździć późnym wieczorem po mieście - zwłaszcza w taki wieczór jak dzisiaj, kiedy ślinią się ulice.

Puste drogi, głośna muzyka (ciągle przeskakuję pomiędzy Antyradiem, Radiem Eska Rock i Radiem Kampus), (coraz cięższa) noga na gazie i moi za kierownicą. Jadąc Alejami Jerozolimskimi w stronę centrum - tak na wysokości dworca - przejeżdza się przez mój ulubiony wiadukt (z tych co znam - żeby nie było), gdzie z samego szczytu przez chwilę widać panoramę Warszawy i migoczący na fioletowo PKiN. Strasznie lubię ten moment. Zresztą jak to w życiu, a nawet z facetami - z daleka wszystko wydaje się być cukierkowe i do schrupania. Z bliska bywa nieco gorzej.

Ale i tak najbardziej lubię siedzieć na miejscu pasażera, kiedy obok siedzi facet, który prowadzi pewnie i dynamicznie (ale bez taniego szpanu w stylu jestem-najszybszy-w-miescie). Niby zwykła, banalna czynności, ale niektórzy są w tym naprawdę nieźli. Uwielbiam obserwować kątem oka jak zmienia biegi, jak kierownica przeskakuja między jego palcami i czasami strasznie mnie wtedy korci, żeby pobawić się włosami z tyłu głowy, lekko pomasować kark kierowcy.

Take me for a spin.

Song: Normalnie o tej porze - Kaliber 44 (taki mały hip-hop ze mnie)

21:02, siberry
Link Komentarze (5) »
niedziela, 06 lutego 2011

Teatr Komedia, powinien nazywać się Teatr Dramat (i tak, dokładnie przed duże De jak...). Siedzę sobie w ostatnim rzędzie, podnosi się kurtyna, pada pare linijek tekstu wśród, których chyba ze trzy miały być zabawne, bo sala wybucha gromkim śmiechem, a ja się zastanawiam, czy to może mój nie-taki-znowuż-sokoli-wzrok nie pozwala mi wpełni docenić komizmu sytuacji, bo chyba nie może tylko chodzić o te drewniane teksty? Nie znoszę takiego płaskiego, banalnego 'humoru', takiego, że mam zrywać boki na widok pseudogeja w swetereku w romby, który kręci tyłkiem i mówi nieznośnie piskliwym głosem. Cały spektal na poziomie żartu poślizgnięcia się na skórce od banana. Najbardziej podobała mi się scenografia, nienaganna figura Olszówki w samej bieliźnie (chciałabym być taką apetyczną czterdziestką w jej wieku) i ta ulga, którą poczułam w trakcie ukłonów, że to już koniec. Wygrałam wyścig do szatani po odbiór kurtki i to był highlight wieczoru.

Za to "Ojciec Bóg" absolutnie cudowny. Błyskotliwe teksty, scenografia sprowadzona do stolika, krzesła i obdrapanej ściany i genialny Marcin Perchuć. Facet, który potrafi sprawić, że przez bitą godzinę wpatruję się w niego maślanymi oczami i nie mówię ani słowa, tylko co jakiś czas wybucham śmiechem musi być cudotwórcą.

Oprócz tego zamieniłam się z powrotem na parę godzin w siedmioletnią dziewczynkę z kucykami po obu stronach głowy w Centrum Nauki Kopernik. Muszę tam wrócić jak będzie działać Teatr Robotyczny - to dopiero musi być wypas! Gwiezde Wojny kontratakują:)

The theater is so endlessly fascinating because it's so accidental. It's so much like life.

21:23, siberry
Link Komentarze (5) »
wtorek, 01 lutego 2011

W końcu udało mi się wybrać do fryzjera. Z reguły chodzę do facetów (mam to po Mamie), ale tym razem dałam się namówić na kobietę. Wyszłam z fryzurą na Larę Stone (nie mylić z Larą Croft - warkoczyki przestałam sobie zaplatać coś w okolicach piątej klasy podstawówki) - czyli przedziałek na środku, włosy wycieniowane jedynie z przodu, reszta potargana i kilka niesfornych kosmyków opadających na twarz. Oprócz dwóch centymetrów wzrostu (w innych miejscach jest nawet nadwyżka), brakuje mi szpary między zębami, jeszcze większych warg i mogłabym idealnie wpasować się w look na Larę: czyli jestem trochę grzeczną dziewczynką, ale też trochę zdzirą.

"A lot of people say it's nice to see someone who won't break in half when you touch them".

Jestem niezwykle pociągająca. Mam wielki, czerwony nochal, podkrążone oczy i od dwóch dni siedzę w domu. W związku z tym, iż swoją pracę mogę wykonywać równie sprawnie z wysp Cook'a co z Ciechocinka jeżeli tylko mam do dyspozycji laptopa, telefon i internet uskuteczniam tzw. home office. Problem w tym, że kiedy jestem chora automatycznie przechodzę na tryb księżniczki czyli: "a zrobisz mi herbatkę?", "a zrobisz mi kanapkę, ale taką wiesz z serem, szynką i pomidorem posypaną solą, pieprzem i bazylią?", "a pomasujesz mi plecy, prooooszę?". Teraz robię sobie herbatę w wielkim dzbanku żeby nie wstawać i nie potykać się o kubki piętrzące się przy łożku, kanapek nie jem, bo nie mam chleba, więc wyjadam resztki z lodówki, a pomasować to mogę sobie jedynie zwoje mózgowe czytając "Doctor Zhivago".

Myślicie, że popijanie maksymalnej dawki paracetamolu białym winem przyspieszy moją kuracje? Właśnie to testuję i nie jestem w pełni przekonana.

22:17, siberry
Link Komentarze (6) »

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u