RSS
wtorek, 07 stycznia 2014

Znudziły mi się moje naturalne, długie włosy. Po pierwsze chciałam zmiany. Tak jakby w jakiś magiczny sposób zmiana na głowie prowadziła do zmiany w głowie. Po drugie jak posiedzę z maseczką na ryju w świetle świeczek i oparach pseudo-orientalnych zapachów, a na koniec przeciągam kartę i płacę równowartość kwoty za którą na studiach musiałam wyżyć przez jakieś dwa i pół tygodnia, to od razu czuję się lepiej, bo przecież zrobiłam coś dla siebie. Jestem wtedy kobietą zadbaną. Miałam przeczucie, że ze zmianą koloru włosów musiało być tak samo.

Platynowy blond odpadał, bo  do tego trzeba mieć przepiękną twarz i posągowe rysy (inaczej wygląda się przydrożny ssak leśny, albo uczestniczka Warsaw Shore, chociaż akurat tutaj dużej różnicy nie ma). Albo chociaż umiejętność nakładania podkładu szpachelką. Ja szpachelki nie posiadam, a na makijaż rano poświęcam  od 10 do 30 minut w zależności od tego, ile kieliszków/butelek (dowolne skreślić) wina wypiłam poprzedniego wieczoru. Poza tym nie jestem na tyle odważna, żeby regularnie oddawać się w ręce hiszpańskich fryzjerów celem pozbycia się odrostów na platynowym blondzie.

Korcił mnie ognisty rudy. Idealnie komponowałby się z moich charakterem oraz zielonymi oczami. Jednak potem przypomniała mi się Pretty Woman i stwierdziłam, że look na ekskluzywną escortę to jednak nie jest to. Hipsterskie wygolenie połowy głowy też nie wchodziło w grę, bo nie prowadzę eko-burgerowni, ani nie robię biżu z paciorków za które w Amazonii odrąbią ci głowę i wsadzą na wielki, sztywny pal. Poza tym  to było „hot” jakieś trzy lata temu.

Przeprowadziałam analizę SWOT i stwierdziłam, że zrobię coś, co było „hot” jakieś półtora roku temu, czyli ombre. To nic, że ombre ma już teraz każda osiedlowa blachara. Stwiedziłam, że ombre jest low maintenance, a po drugie miodowy blond ociepli nieco mój wizerunek korpobiczy. Jedni w tym celu wrzucają słit focie kotków, a ja stwierdziłam, że w moim przypadku pomogą niby muśnięte słońcem włosy. Takie a la rasowa dziewczyna australijskiego  surfera. Tak, żebym mogła w chwilach największego zwątpienie wyobrażac sobie, że opalam się na plaży, a nie w świetle monitorów, a ten wiatr to nie zagrzybiała klimatyzacja, a morska, ciepła bryza.

Siedziałam na fotelu wyprodukowanym przez NASA, popijałam kawę z mlekiem z 3% zawartością tłuszczu (fuck diet), a na głowie miałam coś jakby hełmofon z folii alumniowej. Było piekielnie gorąco, bo wsadzili mnie pod jakąś lampę i czułam się bardziej napromieniowana, niż wiewiórki wielkości lisa w Czarnobylu. Zamknij oczy i myśl o Anglii, Sib – powiedziałam do siebie w duchu.

Po jakiś trzech godzinach w końcu zobaczyłam efekty pracy stylisty fryzur (po warszawsku), tudzież fryzjera (po polsku). Podejrzliwe przyglądam się swojemu odbiciu w lustrze. Oglądam ze wszystkich stron i stwierdziłam, że jest nieźle. Nawet bardzo dobrze. Wyjątkowo, moja samoocena skoczyła z rynsztoku do zajebistości szybciej niż mężczyznom odpływa krew z mózgu na widok pośladków Adriany Limy odzianych w koronki made in China od Victoria’s Secret.

Wchodzę do domu. Stawiam wielką torbę wypchaną świętecznymi prezentami i witam się z dawno niewidzianą Mamusią:

Siberry, dziecko - a Ty kiedy idziesz do tego fryzjera? Masz już odrosty na pół głowy!!!

 

11:29, siberry
Link Komentarze (11) »

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u