RSS
czwartek, 31 stycznia 2013

Od jakiegoś czasu chodzi za mną chęć wysmażenia kilku notek na temat Londynu.

Taki subiektywny mini przegląd przez knajpy, bary i restauracje - może nie z perspektywy autochtona, ale osoby, która dość często specjalizuje się w byciu ćmą barową i odkrywaniu nowych zakamarków w mieście. No wiecie, takie Londyńska Ruska rekomends. Bo jak czytam u blogaskowych wyroczni, że najlepszy steak w mieście można zjeść w sieciówce, to chcę krzyczeć: don't do it - tam chodzą tylko turyści!

Jestem mało lajfstajlowa [to ostatnio bardzo modne słowo w blogosferze], ale mogę napisać, gdzie można dobrze zjeść i nie natknać się na autokar z emerytami z Niemiec, gdzie można epicko się sponiewierać, gdzie koniecznie trzeba zjeść fish'n'chips, albo gdzie powinno zabrać się dziewczynę na randkę jeżeli chcesz żeby później, w ramach wdzięczności, ona dała ci się trochę pomacać po cyckach.

Czytalibyście? 

01:41, siberry
Link Komentarze (18) »
środa, 30 stycznia 2013

Dzień zaczynam od wyłączenia budzika w telefonie z ekranu, którego spogląda na mnie ta o to arcyzajebista pani. Później przechodzę do szklanki lodowatej wody i sokiem z połówki limonki. Na śniadanie szpinak i jajko ugotowane na twardo w towarzystwie paru koktajlowych pomidorów skropionych oliwą. Zero chleba. Zera kanapeczek z szyneczką i serkiem. Węglowodany to zuo!

W czasie lanczu zamiast siedzieć przed moimi trzema monitorami wyciągam spod biurka sportową torbę i idę na siłownię. Dwa razy w tygodniu trening siłowy i do tego dwa, a czasami - jak Pani Bozia jest łaskawa i da siły oraz ześle mniejszy zapierdol w pracy - to nawet trzy razy w tygodniu cardio pod postacią zajęć ze spinningu. Długo myślałam, że nie ma nudniejszego sportu niż udawanie, że się jedzie na rowerze, w dusznej, wypełnionej po brzegi sali, gdzie krople potu osoby obok potrafią skapnąć na twój rower, a w uszach dudnią Ci przeraźliwe basy, ale zapomniałam, że jest jeszcze bieganie. Teraz spinning wręcz ubóstwiam - mam swoich ulubionych prowadzących [zwłaszcza ten brazylijski młody bóg jakoś działa na moją wyobraźnię i powoduje, że daję z siebie 200%] i autentycznie nie mogę się doczekać kolejnych zajęć. Siłownia jest w piwnicach korpo, więc nie ma żadnych wymówek, że pada deszcz, spóźnił się autobus, albo rozjechał mnie walec. Dodatkową "atrakcją" jest fakt, iż pod prysznicem można pooglądać sobie gołe tyłki współpracowników (i to wszystko w godzinach pracy, kiedy powinniśmy zwiększać wartość dla akcjonariuszy).

Na obiad sałatka z kurczaka. Już nawet nie muszę mówić co chcę zamówić w pobliskiej knajpie z żarciem na wynos, gdzie codziennie, ten sam Libańczyk wita mnie z perlistym uśmiechem na twarzy i mówi: yes, yes, I know! one chicken salad for you, love!

O szesnastej garść migdałów, groszku albo seler. W ciągu dnia minimum dwa litry wody i zero kawy. O latte w papierowym kubku też mogłam zapomnieć. Czy wy wiecie, że picie jednej latte dziennie powoduje średnio wzrost wagi do 4 [słownie czterech!!!] kilogramów rocznie?! Tak, taka mała, niewinna, bialutka kawusia. Giń, przepadnij, niech cię piekło pochłonie, ty biała szmato! Aha i żeby była jasność - te dodatkowe kilogramy wcale nie idą w cycki. Wiem, bo sprawdziłam empirycznie.

Na kolację ryba z grilla z warzywami, albo jakiś cycek kurczaka. Na przykład dzisiaj szef kuchni [czytaj: moi] podał stek z tuńczyka z sałatką z soczewicy, pomidorów, czerwonej cebuli, czosnku, oliwy i soku z limonki. Ślinka cieknie, c'nie? Mlaska, mniam, palce lizać!

W ciągu tygodnia zero alkoholu [sobotę spisałam na straty - to jest mój Dzień Oszusta, czyli hulaj dusza piekła nie ma]. Niewiarygodne jak ciężko jest mieć social life w Londynie nie pijąc alkoholu. Każde wyjście na kolację poprzedzone jest szybkim wyjściem do pubu na pajnta, albo c'mon just one glass of wine, co oczywiście zawsze kończyło się zamówieniem całej butelki. Ja jestem mega dzielna i grzecznie sączę sok z pomidorów. Nie robię sobie też nic z docinek i podśmiechujek, kiedy jako jedyna osoba przy stole zamiast deseru zamawiam herbatę ze świeżej mięty. W końcu co masz z tego jutro, że się dzisiaj nażresz? Tłuszcz na tyłku i nic poza tym. Do tej pory pamiętam zdanie jednego Włocha ode mnie z teamu, który na korpo-kolacji powiedział mi: Sib, I love my body too much to eat dessert. I ja się z tym zgadzam. Well, dopiero od paru tygodni, ale lepiej późno niż wcale, prawda?

Nie wiem skąd nagle we mnie tyle determinacji i motywacji. Nakręcam się coraz bardziej, bo powoli zaczynam widzieć pierwsze wyniki. Gdybym miała gabaryty The Grycanki Sistars pewnie efekty byłby bardziej spektakularne. Jednak zdarza się już, że w zaciszu swojej łazienki jaram się przed lustrem, że czasami dostrzegam delikatny zarys tricepsa. Mój szef znacząca puka się w głową, kiedy widzi moje zdrowe jedzenie i pyta, czy w supermarkcie odkryłam nowy dział Rabbit Food. Zresztą on uważa, że nie powinnam nic zmieniać, ale on jest facetem po 50stce, więc się jakby nie liczy. Nie wiem czy to te całe endorfiny, ale paradoksalnie im więcej trenuję, tym więcej mam energii. Moją ulubioną częścią dnia jest moment, kiedy w szatni ściągam z siebie mokrą koszulkę, po nagich plecach nadal spływają delikatne strużki potu, a serce próbuje się wyrwać z klatki piersiowej. I tutaj wcale nie chodzi o zrzucenie kilogramów, zapadnięte policzki, wystające kości czy dobicie do jakieś konkretnej wagi. Po prostu chcę siebie sprawdzić przez 12 tygodni, a potem przebiec pół maraton.

No dobra. I też chcę zawsze i wszędzie wyglądać fucklicious! ;)

00:46, siberry
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 28 stycznia 2013

W ostatniej chwili wciskam się do przepełnionego metra i tuż za mną zasuwają się drzwi. Wbrew pozorom lubię tę codzienną podróż komunikacją miejską do zakładu pomimo tego, iż czasami wydaje mi się, że szprotki zamknięte w puszce mają więcej miejsca. Lubię obserwować dziewczyny maskujące szaleństwo poprzedniej nocy podkładem i jasnym korektorem pod oczy. Lubię patrzeć jak na odcinku Southkensington – Westminster można przy pomocy paru pędzielków zmienić się z szarej myszki w rasową korpobijacz z soczystą czerwienią na ustach i mocno wytyszowanymi rzęsami. Marzenia przeciętnego mieszkańca tej dziewięcio milionowej metropolii najlepiej podsumowują reklamy w metrze. Środki na porost włosów dla mężczyzn, strony obiecujące znalezienie tego jednego jedynego i kliniki oferujące zapłodnienie in vitro. Bo w tym wielkim mieście, w którym człowiek ani na sekudnę nie jest sam, można czuć się jak rozbitek na bezludnej wyspie.

Londyn jako jedyna europejska odpowiedź na Nowy Jork po tej stronie "kałuży" - ma do zaoferowania wszystko. Tak naprawdę można zwiedzić cały świat nie opuszczając granic miasta. Spacerując ulicami można przenieść się z Pakistanu do Chin, a po drodze zjeść prawdziwą, pachnącą francuską bagietkę zatopioną w kozim serze, albo napić się  Malbecki z malutkiej winnicy gdzieś na południu Argentyny. Knajpy, restauracje, kuchnie serwujące dania nawet z najbardziej oddalonego zakątką na świecie. Bary, kluby, z jazzową muzyką na żywo, ale też takie, gdzie każdy może podejść do mikrofonu i coś zaśpiewać – w końcu śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej.

Na ulicy codziennie mijasz dziewczyny we fluoresencyjnych szortach ledwo zakrywających pośladki i dziewczyny zakutane w czarne burki. Języki angelski miesza się z całą resztą i czasami ciężko spotkać osobę, której zasób słów wykracza poza 700 standardowych zwrotów , które pozwalają przetrwać w tej miejskiej dżungli. Uwielbiam Londyn za różnorodność, za to, że wielki, szklany wieżowiec sąsiaduje z dzielnicą, gdzie można znaleźć wrzuty najlepszych street artowych artystów na świecie. Uwielbiam Londyn za to, że prędzej czy później zagra tutaj koncert każdy artysta, który ma podpisany kontrakt z wytównią fonograficzną, że można zobaczyć przedstawienia wystawiane na deskach teatrów oddalonych o tysiące kilometrów od Big Bena. Uwielbiam też Londyn za znajomych z całego świata, za to, że naprzeciwko mnie siedzi dziewczyna z Kazachstanu i opowiada mi o ramadanie, za to, że obok mnie siedzi Włoch, który już teraz sporządza mi listę knajp i barów, które absolutnie muszę zobaczyć w Rzymie. A kluczowe w tym zdaniu jest słowo znajomi, a nie przyjaciele. Tuaj ciągle ktoś przyjeżdza, ale loty powrotne są tak samo wypełnione.

Jednak ten wybór, ta cała mieszanka narodowości, feria barw i wachlarz smaków. Ten pęd i szum czarnych taksówek, które regularnie próbują mnie rozjechać na przejściu dla pieszych powoduje, że czasami chcę powiedzieć dość, ja wysiadam. Marzy mi się sobotni spacer po lesie, a nie walka o to, żeby pokonać dystans 30 metrów na przeludnionym chodniku. Chcę wyjśc na ulicę i być sama. Chcę przejśc parę metrów i nie musieć odpowiadać co chwila na pytanie excuse me, where is Buckingham Palace? Tak po prostu. Mogę powiedzieć, że ja już zarwałam wystarczającą ilośc nocy, zwiedziłam wystarczającą ilość barów i knajp, żeby mieć co wspominać. Życie od weekendu do weekendu przestaje mnie już jakoś ekscytować. Daleko mi jeszcze do porzucenia lajfstajlu ćmy barowej, ale gdzieś tam kołacze mi się po głowie domek na przedmieściach i burek w budzie. 

Żeby była jasność: tutaj nikt się nie skarży. Doceniam to co mam i wiem, że jestem cholerną szczęściarą, która może sobie pomieszkać w tym całym Londynie. Jednak już teraz też wiem, że to miasto równie szybko wciąga, co wyssysa wszystkie soki  i wypluwa resztki. Mimo wszystko ewentualny powrót do Warszawy, który prawdopodobnie wymusi na mnie moje korpo to będzie jak zesłanie. Nie chcę.

13:35, siberry
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 stycznia 2013

The snow is expected to get heavier throughout the day, and disruptions can be expected to both rail and road networks. It has been decided that staff should ensure that they can get home safely, and should discuss with their line managers if the could leave the office and work from home from lunchtime if necessary.

 

Armagedon nadchodzi! Zrobiłam zapasy. Kupiłam jedzenie w puszkach, dwa kilo cukru, tuzin jajek, zamroziłam bochenek chleba oraz dla pewności napuściłam wody do wanny, żeby w razie czego mieć co pić. Przy łóżku mam zapałki, aromatyczne świeczki oraz kieliszek wypełniony burgundową Malbecą leniwie spływającą po pękatych, szklanych ściankach. Zimo, zapodawaj!

Spadło parę płatków śniegu, a miasto szykowało się jak na III Wojnę Światową. Setki odwołanych lotów, Heathrow zamknięte, taksówki ślizgające się na letnich oponach jak na lodowisku, kolej zawiesza połączenia, a na ulice wychodzą Brytyjki ubrane w szmaciane balerinki, ale za to z obowiązkową, wielgachną futrzaną szapką-uszatką [trzeba mieć stajla ooo-aj]. W czasie wiadomości emitowany jest materiał jak bezpiecznie stąpać po śniegu, a nagłówki brukowców krzyczą, że miasto zamieni się w sopel lodu, przy którym nasz arktyczny kibel wydaje się być luksusową łaźnią jej Królewskiej Mości.

A zima ledwo przysiadła na londyńskich ulicach. Biały puch przykrył czerwone dachy budek telefonicznych, rowery miejskie i palmy w pobliskich parkach. Miasto zrobiło się niesamowicie klimatyczne, zwłaszcza, że na ulicach po zmroku jest totalna pustka. Wszyscy chowają się w domach i bunkrują pod kocami, a ja wracając późnym wieczorem z teatru wysiadam dwa przystanki wcześniej. Uwielbiam chodzić po mieście nocą. Chcę wypełnić nozdrza rześkim, wieczornym, może nawet nieco ostrym powietrzem i poszurać stopami po skrzypiącym śniegu niczym mała dziewczynka. Szczelniej owijam się długim, kolorowym szalikiem, różowe policzki kąsa delikatny mróz, a ja rzucam się z przyjacielem puchatymi śnieżkami wybuchając co chwila śmiechem, którego odgłos niesie się po pustej ulicy.

Wracam do domu, zmęczona, ale szczęśliwa, z wypiekami na twarzy niekoniecznie spowodowanymi jedynie zimnem na zewnątrz. Przytulam się do ciepłego kaloryfera niczym kotka, ale przed oczami nadal wiruje mi genialna scena w barze z drugiego aktu. 

Keep calm and carry on.

23:29, siberry
Link Komentarze (3) »

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u