RSS
piątek, 28 stycznia 2011

Jest taka scena w Love Actually, która często mi się przypomina kiedy wracam do Warszawy. Właściwie dla mnie to trochę taka antyscena. Ja zawsze leniwie odbieram bagaż, powoli zmierzam do wyjścia przez bramkę „nic do oclenia”, a moment kiedy otworzą się lustrzane drzwi do hali przylotów jest mi zupełnie obojętny, bo wiem że po drugiej stronie czeka na mnie co najwyżej kolejka do taksówki. Lubię za to patrzeć na mijane osoby, która stają na palcach i próbują maksymalnie wychylić się za barierkę z nadzieją wymalowaną na twarzy, że być może uda im się chociaż przez krótką chwilę dostrzec osobę na którą czekają zanim z powrotem zasuną się szklane drzwi.

Mam dużo za dużo czasu na myślenie i analizowanie. W tym roku powinnam zmienić stanowisko.

Niecałe dwa lata temu miałam oferty pracy w Holandii, Niemczech i Czechach, ale ja niesiona na skrzydłach miłości, a raczej naiwności powtarzałam, że albo Warszawa, albo nic. Teraz Napoleon powtarza, że w Polsce „się marnuję”, ale on również uważa, że całe CEE to taka Syberia Europy – każdy słyszał, że coś takiego jest, ale lepiej tam nie jeździć, bo można spotkać niedźwiedzia. Z jednej strony chciałabym totalnie zmienić otoczenie. Wyjechać. Zapomnieć. Zostawić wszystkie miejsca z którymi wiążą się jakieś wspomnienia. Nie wracać do tych ścian, które wspólnie wybieraliśmy, z których cieszyliśmy się jak małe dzieci. Z drugiej strony doskonale zdaję sobie sprawę, że wyjazd niczego nie rozwiąże. Mój obecny stan zobojętnienia nie pozwoliłby mi wykrzesać w sobie wystaraczająco dużo energii i pozytywnego nastawienie żeby zacząć wszystko od nowa pod innym kodem pocztowym. Pondato zbyt dobrze znam uczucie jak samotnym można się czuć będąc otoczonym wianuszkiem znajomych w obcym kraju. Chyba też nie wyobrażam sobie bycia w związku z obcokrajowcem. Miałam kiedyś krótki epizod z opalonym Australijczykiem o blond czuprynie i błękitnych oczach, ale myślę że w dłuższej perspektywie ciężko byłoby mi się dogadać z kimś kto nie jadł schabowych z mizerią i nie wisiał godzinami do góry nogami na trzepaku.

08:39, siberry
Link Komentarze (5) »
wtorek, 25 stycznia 2011

No prosze... Nie wszyscy na raz! No nie dopominajcie się już o nowe notki. I tak jakby ktoś był zainteresowany to tak ŻYJĘ.

Wróciłam z 3 kilogramowym nadbagażem w okolicach swojego tyłka i bardzo mnie to zaniepokoiło. Jednak bardziej przeraził mnie fakt, iż mój dostawca internetu postanowił rozwiazac ze mna umowe, kiedy ja odmrazalam sobie rozne strategiczne czesci ciala w Moskwie. Okazało się, że bez internetu mam nagle mnóstwo czasu, z ktorym zupelnie nie wiem co zrobic. I tak w niedzielne popłudnie posprzatalam łazienkę (łacznie z szorowaniem fug szczoteczka do zebow - respect!), wypastowalam trzy pary butów, zrobilam przeglad szafy i spakowalam wielka torbe rzeczy, ktore nadawalyby sie pewnie tylko na impreze w stylu poznych lat 80-tych (no ewentualnie lat 90-tych), podlałam kwiatki (te ktore przezyły) i nawet dosypalam im troche ziemi do doniczek, ściagnełam świateczne dekoracje (całe dwie bombki w oknie), zrobiłam porzadek w szufladzie na skarpetki (!), wstawilam dwie pralki, posprzatałam w kuchni, zmieniłam pościel, zrobiłam listę rzeczy, które chcę zrobic w 2011 roku (to juz w akcie totalnej desperacji) i przeczytalam pół ksiazki (prezent od Rosjanina - mam jeszcze dwie inne do przeczytania do nastepnego zesłania).

Całe szczęście Pan Monter przychodzi już w czwartek, bo inaczej myślę że mogłabym się zabrać za pomalowanie salonu i przedpokoju, bo strasznie zaczal mnie wkurwiac (inne słowo to byłby eufemizm) ten żółty kolor. Poprzedni właściciele na pewno byli daltonistami. Sypialnia była pomalowana na burdelowy róż - teraz jest w odcieniu głębokiej czerwieni. Jakby nie patrzec burdelowy klimat troche pozostał.

Anyway, chyba musze sobie znaleźć jakieś hobby. Serio. Kiedyś uwielbiałam jeździć konno. Myślę, że to dobry plan. Mój tyłek też sie pewnie ucieszy.

19:29, siberry
Link Komentarze (6) »
czwartek, 20 stycznia 2011

Kiedyś myślałam, że najlepszym wskaźnikiem mogącym posłużyć do określenia stopnia rozwiniecia państwa nie jest wcale PKB, ani wielkość deficytu budżetowego (dziurę to można mieć w spodniach, a nie w budżecie), tylko odsetek mieszkańców regularnie uprawiających sport, a najlepiej bieganie (aka dżoging). W Londynie wczesnym rankiem lub w okolicach 20-21 w parkach jest więcej osób niż w Warszawie na otwarciu TK Max'a lub w TESCO w pierwszy dzień rzucenia na pożarcie promogazetki. Nie zadaje się pytania czy uprawiasz sport, tylko jaki sport uprawiasz - a to spora różnica. W Moskwie widziałam jedną osobę, która biegła wzdłuż najbardziej ruchliwej ulicy w całym mieście. Chociaż w sumie gdzie tutaj można biegać? Trucht wokół muzoleum Lenina na Placu Czerwonym w obcisłych dresach mógłby być lekkim faux pas. Nie jestem pewna czy można przebywać w pobliżu Władimira będąc spoconym i takim nieuczesanym.

Myślę, że przejścia podziemne to też dobry materiał do zbadania. W Hamburgu w przejściach roznosi się zapach świeżo zaparzonej kawy i ciepłego pieczywa wyjętego prosto z pieca, w Warszawie mamy smród przypalonego Oscar'ka i zapiekanek-nigdy-nie-tracących-terminu-przydatności, a w tunelach w samym centrum Moskwy sfermentowanego alkoholu i powoli wypalających się zniczy. Wieczorem można potknąć się o osobę leżącą na schodach w stanie białej gorączki, tudzież rasowego zapoju.

Jutro powrót do domu. Stęskniłam się. Za wszystkim i niczym.

22:32, siberry
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 17 stycznia 2011

Wstyd się przyznać, ale o ile dobrze pamiętam ostatni raz na balecie byłam kiedy do szkoły chodziłam jeszcze z zielonym workiem w żabkę na kapcie. O ile do teatru chodzę regularnie (kocham Jandę miłościa absolutną i dozgonną) tak zupełnie nie wiem jak wygląda Opera Narodowa (od wewnątrz.) Jednak zawsze chciałam pójść na balet właśnie w Rosji - moi Rosjanie staneli na wysokości zadania i zabrali mnie dzisiaj do teatru na Giselle. Pomimo tego, iż przedstawienie bardzo mi się podobało to podejrzewam, że następny balet zostanie zaliczony za jakieś kolejne 5 lat, bo teraz już sobie dokładnie przypomniałam dlaczego to nie do końca jest mój klimat. Jednak chciałabym mieć choć połowę samodyscypliny lub chociaż jedną nogę taką jak najgorsza baletnica z ostatniego rzędu w przedstawieniu. Taką spódniczką primabaleriny też bym w sumie nie pogardziła.

Gdy na zewnątrz jest -15 stopni, to najgorętszą miejscówką na robienie ślubnych zdjęć w tzw. plenerze jest lobby hotelu Ritz. Ekskluzywne dziwki leniwie przeciągające się na sofach tuż koło recepcji w tle zdjęcia gratis. Spod hotelu odjeżdżamy białą limuzyną, która blokuje pół ulicy przez cały okres trwania sesji.

This will not effect our working relationship. Mhmm. Fin dzisiaj miał home office. Mieliśmy wspólnie pracować nad projektem i wykorzystać czas, kiedy ja jestem jeszcze w Moskwie i można wiele spraw ustalić fejs tu fejs. Przed pamiętną impreza "I-like-you-I-really-really-really-like-you" zostałam zaproszona na kolację do niego do domu wraz z paroma innymi znajomymi z pracy. Fin miał przygotować specjalność zakładu czyli słynną zupę z łososia, a ja zostałam poproszona o wcielenie się w rolę pomocy kuchennej bez kwalifikacji, czyli obierz, wynieś, pozamiataj. Wtedy zupełnie nie podejrzewałam żadnego podstępu w niewinnej, fińskiej zupie. Zresztą moje czujniki wykrywania tego, że ktoś wykazuje zainteresowanie moją osobą nigdy nie działały poprawnie. Potrafię sobie wmówić, że ten przystojny kąsek o blond włosach, który puszcza do mi oczko przez całe spotkanie na pewno ma taki tik nerwowy i  to wcale nie oznacza, że być może wpadłam mu w oku. Jednak jeżeli Fin jutro znowuż postanowi mieć home office, albo będzie mnie unikać to chyba będę musiała postarać się o alternatywne towarzystwo w środowy wieczór. Problem w tym, że nie ważne co powiem/zrobię już nie będzie tak samo, a przecież to nie jego, ani moja wina. Określenie korpobitch zaczyna nabierać nowego smaku.

Down, down cut me down so I could lie on familiar ground.

23:00, siberry
Link Komentarze (2) »
niedziela, 16 stycznia 2011

Zawsze myślałąm, że nie pociągają mnie faceci którzy mają wprost wypisane na twarzy "jestem skurwysnem", bo tacy mogą jedynie oznaczać kłopoty. Tylko w takim razie nie rozumiem, dlaczego kiedy miły, inteligentny, zabawny Fin przez pół nocy powtarza mi: Siberry, I like you. I really, really like. I like you as collegue, as a friend, hell most of all I fancy as woman. You have it all, to me you are perfect - you have the brain, sense of humour, the face and the body. Did I tell you how much I like you - how I really like you? I have never met anyone like you in my life and I have been around for exactly 30 years and by the way you have the most beautiful smile" ja nerwowo rozglądam się za znakami wskazującymi wyjście ewakuacyjne. Jednalk nie ma dobrego wyjścia z takiej sytuacji. Cokolwiek nie powiesz męskie ego zostanie urażone, a męskie ego urażone w swoje 30-ste urodziny to totalna porażka. Siberry this will not effect our working relationship, so don't worry, but I just had to tell you. You look so beautiful tonight. Jedyny co mi przyszło do mojej (ruskiej) głowy po 5 mohijto i dwóch szotach tekili to I am flattered, ale i tak wyszło tak jakbym dała mu co najmniej w twarz. Moje próby obrócenia wszystkiego w żart wyszły jeszcze bardziej żenująco niż kawały Starsburga w Familjadzie: Me? Come one - you have all of the russian supermodel wannabies walking down the Tverskaya, as if it was world's hottest catwalk and you want some polish girl?". Jestem miękką fają, która mimo wszystko bardzo przejmuje się uczuciami innych - zwlaszcza jezeli jest to ktoś  kogo szanuję i naprawdę lubię, ale nie w ten sposób i nie na tyle żeby wyobrazić sobie, że będziemy razem chodzić za rekę do fińskiej sauny (ha ha ha). Czuję się podle. Czuję się jak w kiepskiej telenoweli brazylisjkiej.

Oprócz starego mieszkania, które zostało przerobione na niszowy, moskiewski klub, koni w centrum miasta (tak koni!), uzbekistanskiej knajpy w ogromnym namiocie, ferii kolorow, wrakiem promu kosmicznego nad rzeka, całego parku zamienionego na regularne lodowisko, reniferów (tak reniferów!), sznura milicyujnych wozow wzdluz Placu Czerwonego i odmrożonych ud więcej już nie pamiętam z tej białej nocy,

03:49, siberry
Link Komentarze (11) »
środa, 12 stycznia 2011

1. W podstawówce trzy razy ktoś się o mnie bił. Byłam z tego taka dumna, a teraz nikt już nikt tego nie robi.

2. Dwa razy to ja pobiłam się z koleżanką z klasy. Miała na imię Michalina, długie blond włosy, śliczne niebieskie oczy i o nią też się bili.

3. Najbardziej podoba mi się we mnie: uśmiech i pieprzyki w całkiem niegłupich miejscach.

4. Najmniej nogi i moja racjonalność.

5. Facetom standard: piersi i tyłek, a czasanu przebije się też mój (nieodparty) urok osobisty.

6. Jak byłam mała myłam tylko jedną stopę, bo Mama sprawdzała czystość jedynie tej lewej, więc mycie prawej wydawało mi się zupełnie bez sensu.

7. Kręcą mnie faceci, którzy znają języki obce lepiej ode mnie, albo konkretnie uprawiają jakiś sport (pompowanie mięśni i ego w sali z lustrami wśród innych spoconych facetów to nie jest sport).

8. Kochałam się w Indiana Jones, Karate Kid, Luku Skywalkerze i tym kolesiu z Niebezpiecznej Zatoki też się kochałam.

9. Jestem rasowym przytulakiem - mistrzostwa świata w przytulaniu wygrałabym w cuglach.

10. Robię błędy ortograficzne i nigdy nie wiem gdzie postawić te cholerne przecinki.

11. Jedzenie + sen = happy Siberry, a bez porannej kawy można się do mnie odzywać tylko i wyłącznie na własną odpowiedzialność.

12. Uwielbiam kupować koronkową bieliznę. Im mniej praktyczna, tym lepiej.

13. Zdając na prawo jazdy za pierwszym razem usiadłam na miejscu pasażera (serio, serio).

14. Bardzo, ale to bardzo chciałabym mieć Golden retrievera - wabiłby się Peanut (gdyby okazał się spaślakiem) lub Tequila (gdyby okazał się diabłem tasmańskim).

15. Jeżeli statystyczny Polak myśli o seksie co 7 sekund, to ja ostatnio znacząco zawyżam średnią krajową. Zwłaszcza cierpiąc na bezsenność w śnieżnobiałym i wielkim niczym Syberia łóżku hotelowym.

01:22, siberry
Link Komentarze (11) »
wtorek, 11 stycznia 2011

W Rosji jak to w Rosji.

Pani gra na harfie do kotleta w hotelowej restauracji, a na śniadanie (!) serwowany jest kawior i coś co udaje szampana (trzymam się z daleka od tych dwóch specjałów). Bardziej marzę o przepysznym haca puri podawanym w bezpretensjonalnej, gruzińskiej knajpie ukrytej w szarej i brudnej plątaninie podziemnych korytarzy tuż pod Bielaruskaja Voksal, którą kiedyś pokazał mi autochton. Tam w menu nie ma ani słowa po angielsku, ale za to jest przesympatyczna pani kelnerka, która zawsze wita mnie z uśmiechem na twarzy i mówi do mnie poooowooooliii, WIELKIMI, drukowanymi literami, że dawljenka nje widzijelis. No da dawljenka. Jestem już z tego rocznika, który nie przeszedł przymusowej rusyfikacji w szkole podstawowej. Bardzo żałuję, bo po rosyjsku potrafię powiedzieć dosłownie parę słów. Czasami mam wrażenie, że wszystkie osoby znające język angielski pracują w hotelu i w moim biurze. Nauczona doświadczeniem odzywam się po polsku z (pseudo)rosyjskim akcentem, bo wtedy moje szanse na przetrwanie na moskiewskich ulicach znacznie wzrastają. Na moje wcześniejsze próby w stylu „Excuse me, could you please tell me where is the nearest tube station?” z reguły słyszałam przyspieszony i oddalający się stukot obcasów, a w najlepszym wypadku „njet, njet ja nie znaju!”.  A z kolei  „gdje mjetro?” działa już całkiem nieźle (nawet w moim wydaniu). Ostatnio przekonałam Napoleona (aka mały-wielki szef), że firma koniecznie musi zasponsorować mi prywatne lekcje języka rosyjskiego (oczywiście w godzianch pracy). Tak kak my dagawarilis tak i zdiełali. Od marca nastąpi pełne zanurzenie i polowanie na Czerwony Październik.

Fajnie, że już jest 1.45, czyli 3.45 lokalnego czasu. Jeszcze fajniej będzie usłyszeć dźwięk budzika za niecałe cztery godziny i udawać, że jestem w stanie rozwalić wszystkie problemy. Uwielbiam to: "Saaaajberi, łi hef a probleeeejm.

Posłucham sobie jeszcze tylko raz tego utworu i oddam się w dobre ręce. Morfeusza.

01:44, siberry
Link Komentarze (2) »
niedziela, 09 stycznia 2011

Na dźwięk pytań "jakim jeździsz samochodem?" lub "to ile metrów na twoje mieszkanie?" przechodzą mnie zimne dreszcze i nie są to bynajmniej dreszcze rozkoszy. Zwłaszcza jeżeli padają one z ust dawno nie widzianego znajomego ze studiów. To tak jakby najważniejszym osiągnięciem po studiach miała być srebrna lodówka i meble w kolorze wenge (a propos mebli i urządzania mieszkań to tu link >> Click me! << do mojego ulubionego artykułu o wyrafinowanych gustach Polaków). Nie lubię pytań jak sobie sama radzę ze spłacaniem kredytu i czy takie mieszkanie nie jest jednak za duże jak dla jednej osoby. Tak, jest za duże. Tak, wynajmowana zaraz po studiach kawalerka w zupełności mi wystarczała. Tak, jestem gówniarą, która jeździ samochodem dla podstarzałych Niemców. Część osób ewidentnie ma problem z tym ile mam lat i czym się zajmuję. Ja również należę do tych osób. Pamiętam jak przejmowałam swoje obecne obowiązki od chłopaka, który jest siedem lat ode mnie starszy i powiedział mi "z team'u którym masz zarządzać to wiesz, że ty jesteś najmłodsza", a ja wtedy byłam bardziej niż przerażona.

Kiedyś usłyszałam, że facet w moim wieku będzie się czuć przy mnie jak kastrat. "Siberry no bo czym ja ci mogę zaimponować?!". Na pewno nie 40 cm bicepsem, ani 40 in TV.

Zdecydowanie lepiej jest zaintrygować, niż zaimponować.

20:21, siberry
Link Komentarze (9) »
piątek, 07 stycznia 2011

Przed chwilą skończyłam rozmawiać z moją Mamą, która delikatnie zasugerowała mi założenie konta na portalu randkowym, bo ona już by chciała zostać babcią.

Idę na Cuba Libre. Dużo Cuba Libre.

21:07, siberry
Link Komentarze (2) »
środa, 05 stycznia 2011

Kiedyś byłam przekonana, że żeby pójść z kimś do łóżka to trzeba tą osobę kochać co najmniej tak, żeby pozwolić jej wyjeść wszystkie czerwone miśki z paczki Haribo. Teraz myślę, że nie jest to warunek konieczny, ale nadal nie wyobrażam sobie scenariusza: poznaję faceta na imprezie, on mi stawia drinka i jedziemy do niego do domu.

Może i jestem pensjonarką, ale one night stands to coś od czego trzymam się z daleka. Tak samo jak od zaobrączkowanych facetów. I to nie jest żadna solidarność jajników, ani nic w tym stylu. Po prostu nie uznaję półśrodków, ani miernych substytutów bliskości. Nie rozumiem konceptu bycia kochanką faceta, który jest w związku.

Jeżeli już mam być numerem to chcę być numerem jeden, a nie "tą drugą".

Wszystko, albo nic. Proste.

22:39, siberry
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u