RSS
poniedziałek, 02 maja 2016

Ostatnio chodzi za mna mysl o powrocie do pisania, ale waham sie niczym Nike, bo jestem chyba zbyt oldskulowa. Nie wiem jak sie obsluguje Snapchata i nadal mam zagruby tylek, zeby zalozyc instagrama, czyli na wschodzie bez zmian.

22:54, siberry
Link Komentarze (8) »
niedziela, 13 lipca 2014

Na zewnątrz ponad 30 stopnii. W biurze pomimo działającej klimatyzacji i tak jest gorąco.

Ściągam marynaarkę, przeciągam się na krześle i mówię:

- Estoy caliente.

Kolega siedzący obok mnie przestaje walić w klawiaturę, wybałusza na mnie oczy i głupio się uśmiecha.

Ja myśląc, że mnie nie zrozumiał - powtarzam głośno i wyraźnie, drukowanymi literami:

- ESTOY MUY CALIENTE!

i jestem z siebie niezwykle dumna, że zaledwie po paru tygodniach potrafiłam wydukać z siebie całe zdanie po hiszpańsku. Taka dzielna, Sib!

Kolega siedzący obok zwija się ze śmiechu i w końcu pyta:

- Sib, do you realize that you've just told the whole office that you are really horny???

...

Poprawnie po hiszpańsku należy powiedzieć "mam ciepło" [tengo calor], a nie "jest mi ciepło" [estoy caliente], bo to drugie owszem - jest poprawne - ale bardziej w sypialnii, a nie na ołpen-spejsie w biurze.

 

12:05, siberry
Link Komentarze (4) »
czwartek, 10 lipca 2014

Ze szklanego wieżowca z obrotowymi drzwami w Londynie, przeniosłam się do małego, położonego na obrzeżach miastach biura, gdzie czas płynie wolniej, żeby nie powiedzieć leniwie.

Zamiast trzech monitorów, mam najzwyklejszego laptopa. Mundurek korpo-bitch chwilowo odwiesiłam do szafy. Szpilki zamieniłam na pospolite balerinki, a dopasowane, ołówkowe spódniczki, na spodnie rurki. Lekko wilgotne włosy związuję w kitka, tuszuję rzęsy i wychodzę do pracy.

Zamiast w biegu łapać "latte to go", codziennie jem śniadanie na tarasie łapczywie wystawiając twarz do ciepłego, południowego słońca. 

Idąc do metra macham do właściciela malutkiej kawiarni na mojej ulicy, który codziennie z perlistym uśmiechem na twarzy wita mnie mówiąc "buenos dias, guapa".

W drodze do domu kupuję w pierwszym lepszym supermarkecie świeże langostinos, które wrzucam na rozgrzaną patelnię z oliwą, czosnkiem, chilli, i po chwili podlewm białym, lokalnym winem. 

- Sib, nie tęsknisz za Londynem?
- Za Londynem? Ani trochę.

Tak naprawdę to tęsknię za Warszawą.

22:11, siberry
Link Komentarze (5) »
wtorek, 07 stycznia 2014

Znudziły mi się moje naturalne, długie włosy. Po pierwsze chciałam zmiany. Tak jakby w jakiś magiczny sposób zmiana na głowie prowadziła do zmiany w głowie. Po drugie jak posiedzę z maseczką na ryju w świetle świeczek i oparach pseudo-orientalnych zapachów, a na koniec przeciągam kartę i płacę równowartość kwoty za którą na studiach musiałam wyżyć przez jakieś dwa i pół tygodnia, to od razu czuję się lepiej, bo przecież zrobiłam coś dla siebie. Jestem wtedy kobietą zadbaną. Miałam przeczucie, że ze zmianą koloru włosów musiało być tak samo.

Platynowy blond odpadał, bo  do tego trzeba mieć przepiękną twarz i posągowe rysy (inaczej wygląda się przydrożny ssak leśny, albo uczestniczka Warsaw Shore, chociaż akurat tutaj dużej różnicy nie ma). Albo chociaż umiejętność nakładania podkładu szpachelką. Ja szpachelki nie posiadam, a na makijaż rano poświęcam  od 10 do 30 minut w zależności od tego, ile kieliszków/butelek (dowolne skreślić) wina wypiłam poprzedniego wieczoru. Poza tym nie jestem na tyle odważna, żeby regularnie oddawać się w ręce hiszpańskich fryzjerów celem pozbycia się odrostów na platynowym blondzie.

Korcił mnie ognisty rudy. Idealnie komponowałby się z moich charakterem oraz zielonymi oczami. Jednak potem przypomniała mi się Pretty Woman i stwierdziłam, że look na ekskluzywną escortę to jednak nie jest to. Hipsterskie wygolenie połowy głowy też nie wchodziło w grę, bo nie prowadzę eko-burgerowni, ani nie robię biżu z paciorków za które w Amazonii odrąbią ci głowę i wsadzą na wielki, sztywny pal. Poza tym  to było „hot” jakieś trzy lata temu.

Przeprowadziałam analizę SWOT i stwierdziłam, że zrobię coś, co było „hot” jakieś półtora roku temu, czyli ombre. To nic, że ombre ma już teraz każda osiedlowa blachara. Stwiedziłam, że ombre jest low maintenance, a po drugie miodowy blond ociepli nieco mój wizerunek korpobiczy. Jedni w tym celu wrzucają słit focie kotków, a ja stwierdziłam, że w moim przypadku pomogą niby muśnięte słońcem włosy. Takie a la rasowa dziewczyna australijskiego  surfera. Tak, żebym mogła w chwilach największego zwątpienie wyobrażac sobie, że opalam się na plaży, a nie w świetle monitorów, a ten wiatr to nie zagrzybiała klimatyzacja, a morska, ciepła bryza.

Siedziałam na fotelu wyprodukowanym przez NASA, popijałam kawę z mlekiem z 3% zawartością tłuszczu (fuck diet), a na głowie miałam coś jakby hełmofon z folii alumniowej. Było piekielnie gorąco, bo wsadzili mnie pod jakąś lampę i czułam się bardziej napromieniowana, niż wiewiórki wielkości lisa w Czarnobylu. Zamknij oczy i myśl o Anglii, Sib – powiedziałam do siebie w duchu.

Po jakiś trzech godzinach w końcu zobaczyłam efekty pracy stylisty fryzur (po warszawsku), tudzież fryzjera (po polsku). Podejrzliwe przyglądam się swojemu odbiciu w lustrze. Oglądam ze wszystkich stron i stwierdziłam, że jest nieźle. Nawet bardzo dobrze. Wyjątkowo, moja samoocena skoczyła z rynsztoku do zajebistości szybciej niż mężczyznom odpływa krew z mózgu na widok pośladków Adriany Limy odzianych w koronki made in China od Victoria’s Secret.

Wchodzę do domu. Stawiam wielką torbę wypchaną świętecznymi prezentami i witam się z dawno niewidzianą Mamusią:

Siberry, dziecko - a Ty kiedy idziesz do tego fryzjera? Masz już odrosty na pół głowy!!!

 

11:29, siberry
Link Komentarze (11) »
piątek, 27 grudnia 2013

Mieszkając jeszcze w Londynie, zostałam zaproszona na kolację przez byłego rugbistę. Rugbista oprócz cudownie szerokich barów, jak się później okazało, posiadał jeszcze wiele innych zalet, między innymi świetnie operował językiem, tfu językami. 

Zaproszenie na kolację w ramach pierwszej randki to wedle standardów brytyjskich rzecz rzadziej spotykana niż dziewice w gimnazjum. Zamiast standardowego "after work drink" w wypełnionym do granic możliwości barze, Rugbista zaprosił mnie do hiszpańskiej knajpy, bo zapamiętał z naszej pierwszej rozmowy, że uczę się hiszpańskiego i doszedł do wniosku, że na pewno tapas i Rioja to będzie strzał w dziesiątkę. [Panowie, właśnie w taki o to banalnie prosty sposób robi się wrażenie na kobiecie. Robicie notatki?!?].

Wchodzimy do środka. Knajpa z typu eleganckich. Obrusy bielą się na stole, światła lekko przydymione, a gdzieś w tle słychać doskonale dobraną muzykę. Rugbista zwraca się do kelnera i mówi, że ma rezerwację dla dwóch osób. Niby nic nadzwyczajnego, ale on to robi płynnie po hiszpańsku. Kiedy ja zbieram swoją szczękę z podłogi, on z szelmowskim uśmiechem na twarzy odwraca się do mnie i mówi: oh, I think I forgot to mention to you that I speak fluently Spanish and German and a tiny bit of French.

Kelner podsuwa mi krzesło pod sam tyłek, a ja z wyssaną z mlekiem matki gracją siadam przy stole. Studiujemy menu, kiedy to Rugbista rzuca rękawice i mówi:

- So Siberry, since you are learning Spanish, would you like to maybe practice and order your meal in Spanish?

Myślę sobie, że co? Że niby ja na dam rady zamówić papu po hiszpańsku? W końcu lekcję la comida przerobiłam już parę tygodni temu. Phi. Bułka z masłem. Challenge accepted.

Odgarnełam włosy, wyprostowałam plecy, dla dodania animuszu zwilżyłam usta w czerwonym, wytrwanym i głosem eksperta mówię do kelnera:

- De primero quiero calamares y como plato principal quiero polla.

Kelner wybausza oczy i z twarzą pokerzysty przechodzi natychmiast na angielski i mówi:

- Miss, I don't think we have that on the menu.

Ja, z lekkim fochem, że nie zrozumiał mojej perfekcyjnej rusko-polskiej wymowy, powtarzam głośno i wyraźnie:

-  Para mi CALAMERS Y POLLA, por favor.

Kelner nie wytrzmuje i z uśmiechem od ucha do ucha spogląda się na mojego future ex-boyfriend, który w tym momencie turla się ze śmiechu po podłodze.

I dopiero wtedy stykają mi się kulki w mózgu i przypominają mi się słowa mojego nauczyciela od hiszpańskiego: Sib, jeżeli chcesz zamówić kurczaka w restauracji to nigdy przenigdy nie pomyl pollo z polla. Pollo znaczy 'kurczak', a polla 'kutas'.

To była najlepsza pierwsza randka w moim życiu. Po nieudolnej próbie zamówienia kalamarów na starter i kutasa jako danie główne mogło być już tylko lepiej.

10:43, siberry
Link Komentarze (12) »

Pomiedzy pierogami z grzybami i kapusta, a tradycyjnie paskudnym karpiem, poczytałam sobie trochę archwiwum i zatęskniłam za pisaniem. No dobra - za Wami trochę też.

P.S. Nie, nie mam na imie Kinga. Fakt nos mam duzy, ale za to cycki mam idealne.

00:23, siberry
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 20 maja 2013

Pisząc pierwszą notkę zakładałam, że blogaska będzie czytać jedna osoba, czyli głównie ja. Po czasie okazało się, że czytelników jest nieco więcej, co owszem - przyznaję się bez bicia - pompuje mojego ego, ale też sprawa, że im więcej osób tu zagląda, tym paradoksalnie rzadziej piszę i mocniej się kontroluję. 

Prowadzanie bloga nadal sprawia mi ogromną frajdę i mam zamiar dalej publikować kompromitujące bzdury w internecie, ale pod adresem gdzie nie będzie się za mną ciągnąć archiwum.

Jeżeli ktoś chciałby dostać namiary na nowego bloga [oczywiście jak już się ogarnę, wymyślę nazwę i go gdzieś założę] to proszę się meldować w komentarzach podając maila, albo pisząc na siberry(maupa)gazeta.pl

Yours truly,
Londyńska Ruska

P.S. Jeżeli jesteś wolnym mężczyzną po trzydziestce to możesz przy okazji podać swój wzrost i pomysł na pierwsze tete-a-tete (o przedłożenie zeszłorocznego PIT-37 nie poproszę jedynie z wrodzonej grzeczności i wyssanego z mlekiem matki taktu).

środa, 15 maja 2013

Pierwszy raz od marca widzę się z moim najlepszym przyjecielem:

- Sib, ile razy w tygodniu ćwiczysz?

- No tak ze trzy, cztery razy. A co?

- Widać po Tobie!

- Rozumiem, że chcesz mi przez to powiedzieć, że mój tyłek zrobił się jeszcze bardziej apetyczny, tak?

- To też, ale głównie chodziło mi o to, że Ci cycki zmalały.

17:33, siberry
Link Komentarze (3) »
wtorek, 14 maja 2013

Cały życie na coś czekasz. Czekasz na autobus, dziecko, weekend, wiosnę i pierdolnięcie pioruna. Czekasz na wyniki matury, zdaną sesję i awas. Czekasz, aż ktoś przyciśnie cię ciężarem swojego ciała do ściany i mocno złapie za tyłek. Czekasz, aż w końcu zaleje cię tsunami szczęścia, a szklanka będzie wreszcie pełna.

Tworzymy w głowie scenariusze na szczęście. Patrząc na swoich znajomych widzę, że kredyt we frankach, srebrna lodówka, podziemny parking, praca w korporacji i wesele na sto gości to Mount Everest marzeń. Kiedy wydaje ci się, że jesteś już na samym szczycie, że lepiej być nie możne, nagle okazuje się, że tu i teraz jednak nie jest wystarczająco intensywne, mocne i soczyste. Mrużysz oczy i chcesz więcej, mocniej, szybciej.

Praca nie jest już sposobem na zdobycie środków do życia, a  sposobem na życie. Charówa 80 godzin tygodniowo w świetle monitora, status frequent traveller wylatany w parę miesięcy, wyjazdy integracyjne, wyjścia na kolacje służbowe, telekonferencje późnym wieczorem z USA, a rano z Singapurem mogą wypełnić ci dobę do ostatniej minuty. Dorzuć do tego wyjścia na siłownię i treningi przygotowujące do maratonu (bo przecież teraz każdy biega) i zaczyna brakować czasu na sen.

Świat stał się cholernie skomplikowany, bo masz nieograniczony wybór. Możesz otworzyć szkołę kite-surfingu w Egipcie, uczyć dzieci tabliczki mnożenia w Afryce, albo zostać korposuką w dopasowanej garsonce i jeść to swoje sushi na lunch. Możesz wyjechać w każde miejsce na Ziemi i zacząć wszystko od nowa. Granice są na mapie, a nie w głowie, wystarczy ją tylko otworzyć.

Świadomość tego, że impossible is nothing tak naprawdę nie jest wolnością, a wredną pułapką. Brak ograniczeń, pościg za ruchomym celem, determinacja, żeby broń boże nie stać w miejscu, powoduje że bierzesz udział w wyścigu bez mety.

Ja tak nie chcę. Ja chcę tu i teraz.

01:11, siberry
Link Komentarze (6) »
piątek, 26 kwietnia 2013

Jeżeli jesteś Jasiem, to kiedy byłeś mały, ganiałeś po podwórku bawiąc się w policjantów i złodziei, dzieliłeś się z kumplami na zespoły i rozgrywałeś mecze piłki nożnej, albo urządzałeś wyścigi ślimaków. W tych zabawach zawsze był przegrany i wygrany. Od małego uczyłeś się jak poradzić sobie z porażką. Zamiast rozkładać ją na części pierwsze, otrzepywałeś kurz i obmyślałeś taktykę jak skutecznie oskalpować Marcinka, tego rudzielca z bloku na przeciwko, kiedy następnym razem będziecie ganiać się po podwórku udając Indian i kowbojów.

Jeżeli jesteś Małgosią to zamiast walczyć o swoją pozycję w podwórkowej bandzie, rozpychać się łokciami, żeby wybrali cię do zespołu, siedziałaś między lalkami w sukience z tafty i bawiłaś się w dom. Lalki zawsze były przyjaciółkami, chodziły wspólnie na kawę, zakupy i wymieniały się ciuchami. O nic nigdy nie rywalizowały, ba, nawet potrafiły mieć wspólnego męża, kiedy w całym bloku był tylko jeden Ken na stanie [sic!].

Mija paręnaście lat i Małgosia staje się Małgorzatą. Kończy SGH i znajduje wymarzoną pracę w wielkiej, międzynarodowej korporacji. Jest ambitna, koncentruje się na powierzonych jej zadaniach, daje z siebie 100% i naiwnie myśli, że ciężka praca zapewni jej awans. W czasie spotkań odzywa się, tylko wtedy kiedy (jej zdaniem) ma coś odkrywczego do powiedzenia, czyli w sumie rzadko. Zamiast jasnych i precyzyjnych stwierdzeń, używa pytań ("powinniśmy chyba w tym raporcie zamieścić dane XYZ, nie sądzisz?"), czyli tak naprawdę nie wiadomo czy to sugestia, polecenie, czy może po prostu nie wie o czym mówi i zgaduje. W czasie konferencji zamiast integrować się z chłopakami, rozdawać wizytówki na lewo i prawo, pudruje nosek w kiblu, wciąga drugą porcję ciasta (czyli niby jest zajęta, bo je), albo stoi w kącie z resztą kobiet, które równie dobrze mogło by uchodzić za lokalne Kółko Gospodyń Wiejskich.

Kiedy Jan jest wobec swojego zespołu konkretny, zdecydowany i potrafi jednym zdaniem rozstawić wszystkich po kątach, to jest uważany za Szefa Wymagającego. Małgorzata jest po prostu suką. Jan łazi po biurze i nawet nie pytany będzie wszystkim odpowiadać jak to on, ten zajebisty koleś, podpisał kontrakt na pierdyliard dolarów, a pawie piórka będą mu wyrastać z tyłka. Małgorzata powie, że to my podpisaliśmy kontrakt, bo to przecież był wysiłek całego zespołu, więc to, że kontrakt został domknięty to jest jasne, ale nikt za parę tygodni nie będzie pamiętać, czy Gośka podawała w czasie tego spotkania kawę, czy może ogarnęła ten cały negocjacyjny burdel. 

Małgorzata zaaplikuje na stanowisko, tylko wtedy kiedy spełnia ponad 80-90% wymagań. Jan skoncentruje się raptem na paru punktach, które pasują do jego doświadczenia i pójdzie na rozmowę święcie przekonany, że jest wprost idealnym kandydatem na to stanowisko. 

Przymierzając spodnie, które są za ciasne, Małgorzata pomyśli "ale się spasłam - muszę iśc na dietę!".
Jan spojrzy w lustro i powie "coś jest ewidentnie nie tak z tymi spodniami!".   

00:18, siberry
Link Komentarze (9) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u