|
czwartek, 17 maja 2012
Gdybym chciała polansować się ze swoim blogaskiem to pewnie pisałabym go pod pełnym imieniem i nazwiskiem, wrzuciłabym jakieś lekko roznegliżowane zdjęcie, obowiązkowo założyła fenpejdża i napierdalała lajki. Otóż nie chcę. Nie dlatego, że wstydzę się swoich wypocin. Czasami nawet korci mnie, żeby podać komuś adres bloga. Nie robię tego, bo po prostu lubię to złudne uczucie anonimowości, które daje mi pisanie w internecie. Funkcjonując w sieci jako Sib, a nie imie.nazwisko.blox.pl czuję większy luz, nie muszę ważyć słów i mam swobodę w pisaniu tego, co ślina przyniesie mi na palce. Zwłaszcza, że raczej nie mam w zwyczaju obrabiania dupy innym, ani teatralnego wylewania flaków na klawiaturę w swoich wpisach. No dobra, czasami zdarzy się jakaś brazylijska telenowela. Jednak najczęściej jest tak, że siadam przed komputerem, palce same wędrują po czarnej klawiaturze, klikam publikuj i tadam, gotowe. Czasami o wiele łatwiej jest mi przelać gonitwę myśli na ekran komputera, niż je wybełkotać znajomej osobie nawet po butelce wina. Czy jest z nami psychiatra na sali? Jednak doskonale zdaję sobie sprawę, że przy tej ilości szczegółów, które podaję na tacy, a czasami przemycam w notkach, średnio inteligetna osoba która zna mnie w oflajnie bardzo szybko zorientuje się, że ja to ja, nawet jeśli trafiła tu przez przypadek. Duuuuh. Nie chcę nikogo rozczarować, ale pomimo, iż życzyłabym sobie pozostać w blogaskowym undergroundzie, nie budzę się w środku w nocy zlana potem: Na rany Jezusa! Ktoś na pewno odkrył mojego bloga! Nie mam już nocnych koszmarów, że ktoś wydrukuje moje notki i porozwiesza je w szkolnym korytarzu tuż przed długą przerwą, żeby wszyscy mogli zwijać się ze śmiechu i wytykać mnie palcem. Osobom, którym wydaje się, że dokonały rzeczy niemożliwych w stylu, odnalazły Bursztynową Komnatę, spotkały dziewicę w gimnazjum, polizały własny łokieć, czy też zostały współczesnym Sherlockiem i odkryły moją tożsamość, gratuluję i uprzejmię informuję, że im dłużej o tym myślę, tym bardziej mam to w dupie. To tylko blog.
wtorek, 15 maja 2012
W “Niezapomnianym Romansie” z 1957 roku para głównych bohaterów postanawia spotkać się za 6 miesięcy na szczycie The Empire State Building, bo is the closest thing to heaven in this city. Kiedy z lotniska udajesz się w kierunku Manhattanu i nagle dostrzegasz wyrastające spod ziemi wieżowce to mimowolnie uśmiechasz się do siebie, ale dopiero obraz miasta z tarasu widokowego dosłownie zapiera dech w piersiach. Tam u góry jest tak jakoś...filmowo!
Wpatrując się w panoramę miasta momentalnie wyłapuje się szeroki pas intensywnej zieleni kontrastującej z gęstą pajęczyną drapaczy chmur. Z kolei idąc wzdłuż 5th Avenue najpierw wyczuwasz lżejsze, mniej lepkie powietrze, słyszysz świergot ptaków nieśmiało przebijający się przez miejski jazgot żółtych taksówek i robót drogowych, a dopiero po chwili dostrzegasz soczystą zieleń Central Parku. Momentami czułam się jakbym znalazła się w bajkowym lesie po którym powinni przechadzać się mieszkańcy Narnii, a nie oazie ponad 8 mln miasta po którym wieczorową porą grasują ekshibicjoniści.
Kalifornia po cichu stała się dwujęzycznym stanem. Hiszpański powoli wkrada się też do NYC. W centrum miasta rozdawane są ulotki w dwóch językach, są też miejsca, gdzie można spędzić cały dzień i nie usłyszeć ani jednego słowa w rdzennym (o ile tego słowa można wogóle użyć w stosunku do czegokolwiek w USA), lekko „kluchowatym”, nowojorskim akcencie, który ubóstwiam. Wystarczy ucieć z wyspy, wsiąść do metra i dojechać do końcowej stacji. Wychodząc z podziemi na Queens przez moment wydawało mi się, że w jakiś magiczny sposób przetransportowałam się do Szanghaju. Szyldy sklepów po chińsku, billboardy z modelkami o azjatyckich rysach twarzy, zapach kung pao chicken unoszący się na każdym rogu. Inny świat, ale w końcu w tej dzielnicy nadal mieszka ponad 70% imigrantów pierwszego lub drugiego pokolenia. Miks narodowości, kultur i wpływów z najbardziej zapyziałego zakątka świata najlepiej widać w sklepie kosmetycznym. Skończył mi się podkład, więc wybrałam się do drogerii za rogiem celem uzupełnienia zapasów ryło-maskownicy, coby nadać trochę szyku w tym całym Nowym Jorku. Stojąc w alejce z podkładami zamarłam. Przede mną rozpościerały się półki uginające się od buteleczek w kolorach odpowiadających całej palecie barw RBG. Pomachałam Statule Wolności, przeszłam przez Brooklyn Bridge, popłynęłam statkiem na Ellis Island. Odwiedziłam dinozaury w Natural History Museum i w końcu zobaczyłam na własne oczy te cholerne Lilie Wodne mojego pensjonarskiego guru [czytaj Moneta]. Kompulsywnie żywiłam się bagels with cream cheese. Zjadłam cup cake z kultowej Magnolia Bakery i wciągnełam sernik od Eileen. Zauroczył mnie Chelsea Market z aromatycznym jedzeniem, najlepszą kawą w mieście i świeżymi owocami morza serwowanymi niczym fast food. Byłam też z wizytą u najsłynniejszej Nowojorczanki. Każde miasto ma tego na kogo zasługuje. Londyn ma Bridget Jones i jej barchanowe gacie [trudno o większego mordercę erekcji], za to NYC ma Carrie Bradshaw stukającą niebotycznymi obcasami. Niestety nie było tej anorektyczki na kwadracie. Pewnie piła bladoróżowego Cosmpolitana, albo wybierała kolejną parę szpilek z czerwoną podeszwą. Był za to gruby łańcuch [nie mylić z bling, bling ghetto-chain] rozciągnięty pomiędzy poręczami i kartka informująca, iż jest to prywatna posesja i wstęp na schody jest surowo wzbroniony. Nie dziwię się. Też miałabym dosyć pielgrzymek przygłupich lasek [w tym "londyńskich Rusek"] prężących cycki przed moim domem, żeby zrobić sobie słit focię.
Śmieszą mnie deklaracje osób, które zaklinają się, że ich noga nie stanie po drugiej stronie Atlantyku dopóki USA nie zniesienie obowiązku wizowego dla Polaków. Owszem kontrola imigracyjna nie jest niczym przyjemnym. Stresują mnie sytuacje, kiedy ktoś mnie przepytuje i może bez podania powodu odesłać w podskokach pierwszym samolotem do domu. Jestem z tego typu osób, którm zaczyna szybciej bić serce przy kontroli biletów w autobusie pomimo tego, iż nigdy nie jeżdzę na gapę. Odpowiadanie na durne pytania aroganckiego immigration officer, którego dziadek przypłynął z jednym kufrem i kurą w to samo miejsce 60 lat temu nie wpisałabym w rubrykę „hobby”, ale nie „uwłacza” to mojej godności bardziej niż przechodzenia na bosaka przez wykrywacz metali i obmacywanie na lotnisku. Wieczorem zadzierasz głowę wysoko do góry i nie wiesz, gdzie kończą się światła miasta, a gdzie zaczyna rządzić blada Luna. W drodze powrotnej w środku nocy do dusznej stacji metra można puszczać na cały regulator Empire State of Mind, wydzierać się w niebogłosy śpiewając „concrete jungle where dreams are made of...let’s hear it for Nju Jork, Njuu Jooork” i tańczyć na przejściu dla pieszych czekając na zielone światło. Nieliczni przechodnie będą tylko uśmiechać się pod nosem, bo przecież dla nich takie widoki to chleb powszedni [zarówno ludzi tańczących na światłach jak i miasta rozświetlonego ciepłą nocą]:
Niestety nie wygrałam w Lotto. Nie poznałam też obrzydliwe bogatego bankiera inwestycyjnego [największa rwanie miałam wśród Afro-Amerykanków, którzy jak już kiedyś ustaliliśmy, gustują w wielkich tyłkach, więc siłą rzeczy znajduję się w grupie docelowej], więc niestety musiałam spakować swój dobytek i wrócić do pracy na londyńskim zakładzie ze szklanymi, obrotowymi drzwiami zamiast zamieszkać na Upper East Side i wyprowadzać swoją chiuauę, czy innego szczura na spacer. Korzystając z okazji chciałabym wyrazić swoje oburzenie limitem bagażowym ustalonym przez linie lotnicze na połączeniach interkontynentalnych. Dwadzieścia trzy kilogramy to jakiś śmiech na sali. 23 kg?! Seriously?! Przy tym arbitrażu cenowym na ciuchy, kosmetyki, buty i elektronikę?!?! Rozbój w biały dzień! To powinno być karalne, przynajmniej natychmiastowym przypalaniem w piekle lub chociaż średniowiecznym podtapianiem w miejskim szalecie. Proponuję nową metodę wyliczania limitu bagażowego: A + B =< 150 kg, gdzie:
Lubisz to?
niedziela, 13 maja 2012
wtorek, 24 kwietnia 2012
Dużo czasu spędzam przesiadując na podłodze w lokalnych księgarniach. Uwielbiam zapach nowych książek, kiedy przy dziewiczym rozchyleniu stron można się jeszcze sztachnąć zapachem drukarskiej farby. Przechodziłam dzisiaj wśród długich, drewnianych półek i mój wzrok przyciągnęła książka o tytule: Why be happy when you can be normal? Książka zapewne jest niezłym gniotem, ale tytuł spowodował, że w mózgu styknęły się kulki. Osobiście uważam, że dla większości ludzkości stany maniakalno-depresyjne są normą, zwłaszcza w rzadkich chwilach trzeźwości. Ludzie wiecznie szczęśliwi, z nieschodzącym uśmiechem z twarzy wzbudzają moją podejrzliwość. Staram się od takich trzymać z daleka. Traktuję ich w kategorii niegroźnych idiotów, którym nadprodukcja serotoniny wypacza, niczym w krzywym zwierciadle, obraz rzeczywistości i nie pozwala na uświadomienie sobie benadziejność sytuacji w jakiej się znajdują. Trawa jest zawsze, ale to zawsze bardziej zielona po drugiej stronie płotu. Możesz ją pielęgnować, karmić najlepszym nawozem i czułymi słówkami, możesz puszczać jej Pavarottiego o zmierzchu i podlewać automatycznym zraszaczem symulującym tropikalny deszcz o świcie, a ta niewdzięczna suka i tak nigdy nie będzie wystarczająco zielona. Doskonale zdajesz sobie z tego sprawę, więc próbujesz w racjonalny sposób przekonać samą siebie, dlaczego powinnaś być zajebiście szczęśliwa. Zaczynasz delikatnie, od z pozoru banalnie prostego zadania, w stylu wymień pięć rzeczy, które sprawiają, że jesteś na emocjonalnym haju i szybciej bije ci serce. Bez namysłu wymieniasz pierwsze dwie, przy trzeciej zaczynasz się nieco zastanawiać, już przy czwartej pojawiają się lepkie krople potu na czole, a przy piątej mówisz, a pierdolę przecież inni mają gorzej! Ta egoistyczna myśl daje chwilowe ukojenie, bo i tak zaraz znajdzie się ktoś z lepszą pracą, fajniejszym widokiem z okna, większą zawartością bokserek, czy też umiejętnością osiągania orgazmów podczas ćwiczeń na siłowni. Być może przewróciło mi się w dupie już jakiś czas temu. Przynajmniej zdaję sobie z tego sprawę. Uparcie, acz bez większych rezultatów, powtarzam sobie, że powinnam doceniać to co mam, bić dziękczynne pokłony w stronę Mekki, albo przynajmniej raz do roku udać się na kolanach do Częstochowy. Niestety nie ma równoległego świata, w którym można by przetestować w kontrolowanych warunkach alternatywne scenariusze na życie. Sprawdzić empirycznie, czy biegania na bosaka, w zwiewnej, białej sukieneczce do połowy uda, po trawie wilgotnej od porannej rosy, skończyłoby się osiągnięciem wewnętrznego zen, upragnionym zjednoczeniem z jin i jang, czy też bardziej wdepnięciem w ciepłe krowie gówno. |
Archiwum
Zakładki:
Ja jestem fajna, ale oni tam na dole też dają rade:
Patrz, ale nie dotykaj:
Konsultacje prywatne: siberry@gazeta.pl Motyw przewodni
|