Blog > Komentarze do wpisu

Hulaj dusza, piekła nie ma

Bilans weekendu, to:

- epicki burdel. Ciągle i niezmiennie dziwi mnie brak umiejętności wyciągnięcia z szafy paru szmat i skompilowania outiftu, w którym mogłabym bez żenady wyjść do ludzi, bez robienia małego tornado na salonach.

- telefon z banku z działu Fraud Prevention. Przyznaje się Wysoki Sądzie, to byłm ja. To ja kupowałam w lokalnym sklepie winiarskim zaopatrzenie na domówkę ["Are you Spanish? No, why? Because you said "rjoha" and not "riodża" and you have bit of a Spanish look going on there in those red jeans, Seniorita"]. To ja kupowałam gin & tonic w klubie z widokiem na panoramę Londynu. To ja wypłacałam pieniądze w środku nocy, żeby wrócić taksówką do domu. To ja kupiłam najmniejszego, ale za to najdroższego kebab w swoim życiu w okolicach piątej nad ranem. Moja wina, moja bardzo wielka wina.

- stłuczony łokieć [próby nauki tanga w mocno nieprzyzwoitych godzinach, po mocno nieprzyzwoitych ilościach alkoholu to zdecydowanie zły, bardzo zły pomysł].

- utrata głosu. Upieram się przy wersji, że to z powodu dogorywającego przeziębienia, a nie prób przekrzyknięcia Hiszpanek [80% populacji domówki to byli toreadorzy i seniority, gwar jak w ulu], ani udawania, że znam słowa hiszpańskich szlagierów [takie discopolo made in Espana]. Mhmm osa, osa, aj sejci pero! 

- pokazowa, ale jednak nieco przymusowa lekcja pt. Sib, to facet prowadzi w tańcu, damn it! O ile kręcenie tyłkiem solo na parkiecie wychodzi mi całkiem apetycznie [Girl, you shake yo ass, like a black mama], o tyle w parze potrafię zatańczyć, tfu, to znaczy przedreptać poloneza [jak dla mnie polonez różni się od chodzenia, tylko tym, że "na raz" trzeba zrobić takie małe dyg i gotowe!] oraz specjalizuję się w tradycyjnych polskich tańcach weselnych znanych również jako wyrwij rączka. Tęsknym wzrokiem spoglądałam na Hiszpanki wijące się z wokół swoich partnerów z nieosiągalną dla mnie gracją i płynnością ruchów. To chyba musi być wyssane z mlekiem matki.

- totalnie bezproduktywna niedziela, wylegiwanie się na kanapie, zamiast wylewanie siódmych potów na siłowni i wyrzuty sumienia z tym związane.

Do sukcesów zaliczam brak drunk diala, tudzież sesemesa do duńskiego towaru eksportowego, który aktualnie zarywa śródziemnomorskie księżniczki i wystawia swój blady, acz skandynawski tyłeczek do słońca, gdzieś w okolicach Barcelony. Chyba się starzeję.

poniedziałek, 16 lipca 2012, siberry

Polecane wpisy

  • Come back?

    Ostatnio chodzi za mna mysl o powrocie do pisania, ale waham sie niczym Nike, bo jestem chyba zbyt oldskulowa. Nie wiem jak sie obsluguje Snapchata i nadal mam

  • Lekcja hiszpańskiego #172719

    Na zewnątrz ponad 30 stopnii. W biurze pomimo działającej klimatyzacji i tak jest gorąco. Ściągam marynaarkę, przeciągam się na krześle i mówię: - Estoy calient

  • Happy People Have No Stories

    Ze szklanego wieżowca z obrotowymi drzwami w Londynie, przeniosłam się do małego, położonego na obrzeżach miastach biura, gdzie czas płynie wolniej, żeby nie po

Komentarze
2012/07/16 10:42:16
Tyyyyy, ten szlagier to portugalski...
-
2012/07/16 11:25:17
@mausi5: aaaaaa no i teraz wszystko jasne:))) stupid Sib!

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u