Blog > Komentarze do wpisu

Come dine with me

Gotowanie kolacji dla znajomych wcale nie przypomina scen z amerykańskich seriali, w których Pani Domu ubrana w czerwoną sukienkę, z nienagannym makijażem i idealnie ułożoną fryzurą, z kieliszkiem białego wina lawiruje w szpilkach pomiędzy kuchnią, a salonem, a w tle gra playlista ułożona tydzień wcześniej specjalnie na tę okazję. 

Miało być tak pięknie, a wyszło jak zawsze.

W piątek po pracy planowałam urządzić sobie rozkoszny spacer farmera z supermarketu na kwadrat. Miałam kupić wszystkie potrzebne produkty, schłodzić wino przez noc w lodówce oraz przygotować zalewę z odrobiny oliwy z oliwek extra dziewicy, ziół prowansalskich, limonki i czosnku, żeby cycki kurczaka mogły sobie w niej poleżakować i nasiąknąć aromatem ziół do rana. Za to w sobotę miałam pojeździć na szamcie, wyszorować kibel szczoteczkę do zębów oraz posiąść tajemną wiedzę obsługi miksera bez robienia rozbryzgu o zasięgu większym niż radziecki granat ręczny.

No więc w piątek wieczorem zamiast rozbijać się wózkiem pomiędzy alejkami, poszłam ze znajomymi postrzelać trochę laserami. Sib, you have to come! No dobra, ale tak tylko na godzinkę. Miałam świecącą kamizelką a la wczesny Rambo oraz gnata, który miał, aż pięć opcji unicestwienia przeciwnika i mówił do mnie defense, defense jak ktoś miał czelność we mnie trafić. Zamiast nacierać cycki oliwą...wróć! Zamiast nacierać cycki kurczaka oliwą, tarzałam się w ciemnościach po podłodze, przywierałam całym ciałem do ściany, próbowałam zdobyć bazę przeciwnej drużyny, w uszach dudniła mi głośna muzyka, a oczy łzawiły od sztucznego dymu. Zmartwychwstałam dwadzieścia razy, stłukłam oba kolana i tylko raz strzeliłam do kogoś z własnego teamu. Wypas! Później poszliśmy do pubu tylko na jedną, malutką, całkowicie niewinną  pajnt of beer. Oczywiście skończyło się na kręceniu tyłkiem na Soho, darmowych shotach tequili od barmana i powrotem nocnym autobusem do domu w bliżej nieokreślonej czasoprzestrzeni.
 

Budzę się rano. Razem ze mną budzi się kac. Przewracam się na drugi bok i myślę sobie, że przecież goście przychodzą dopiero na 18:30, więc na pewno wszystko zdążę zrobić. Wstaję w okolicy południa. Dokonuję heroicznego czynu i transportuję swoje zwłoki w kierunku sklepu. Wracam do mieszkania. Ściągam buty. Robię rozładunek towaru do lodówki. Zadkładam buty i wracam z powrotem do świątyni kapitalizmu. Ładuję do koszyka połowę rzeczy, o których zapomniałam przy pierwszym tour de supermarket. Wracając do domu przypominam sobie, że wczoraj wieczorem zostawiłam w barze marynarkę. A myślałam, że czasy gubienia co poniektórych części garderoby na mieście mam już dawno za sobą. Cumuję na kwadracie, ale nadal tęsknię za marynarką. W między czasie zadążyłam się już nieco zmęczyć życiem, więc zamiast faszerować kurczaka suszonymi pomidorami i mozzarellą, doprawić polędwiczki wieprzowe i wyciskać czosnek, siadam na kanapie, sprawdzam blogaska, ryjoksiążkę, oglądam najnowsze zdjęcia Miley w szortach oraz martwię się, że Katie dostanie tylko 15 mln USD od Tom'a. 

Patrzę na zegarek i nie wiem jak to się stało, ale nagle zrobiła się 16, w końcu time flies when you're having fun. Włączam trzeci bieg, zaczynam obierać, kroić, siekać. Gary buchają, leje się ze mnie pot. Jestem w amoku, nie wiem czy mam nakryć do stołu, zacząć sprzątać łazienkę, czy może lepiej wyprasować sobie jakiś ciuch na wieczór. Przypalam pieczarki z cebulką, bo zamiast mieszać w garach, robię z serwetek origami. Zamiast popijać sobie wino z kieliszka i patrzeć jak w piekarniku rumienią się grzanki z kozim serem, rukolą i szynką parmeńską, padam na kolana i ścieram niewiedzialne okruchy z podłogi w kuchni. Zamiast malować usta na intensywną czerwień, jeżdzę na szmacie i bawię się w Wodnika Szuwarka próbując odetkać zlewozmywak - sitko wylądowało na blacie, bo woda panience za wolno ściekała do wiktorańskich rur, no to teraz panienka ma za swoje!

Jest 18:15. Błagam, niech się spóźnią! Wpadam pod prysznic. Z odżwyką na głowie, szoruję kabinę prysznicową. Ociekam wodą, ale jedną ręką próbuję umalować rzęsy, drugą myję lustro w łazience. To się nazywa mulitasking. Z szafy wyciągam pierwszą rzecz, która wpada mi w ręce i zbytnio nie wymaga prasowania, włosy niedbale wiążę w koński ogon i wtedy słyszę dzwonek do drzwi. Zapalam świeczki, odpalam muzykę i mam ochotę zemdleć.

Pierdolę. Następnym razem zamawiam sushi na wynos.

niedziela, 01 lipca 2012, siberry

Polecane wpisy

  • Come back?

    Ostatnio chodzi za mna mysl o powrocie do pisania, ale waham sie niczym Nike, bo jestem chyba zbyt oldskulowa. Nie wiem jak sie obsluguje Snapchata i nadal mam

  • Lekcja hiszpańskiego #172719

    Na zewnątrz ponad 30 stopnii. W biurze pomimo działającej klimatyzacji i tak jest gorąco. Ściągam marynaarkę, przeciągam się na krześle i mówię: - Estoy calient

  • Happy People Have No Stories

    Ze szklanego wieżowca z obrotowymi drzwami w Londynie, przeniosłam się do małego, położonego na obrzeżach miastach biura, gdzie czas płynie wolniej, żeby nie po

Komentarze
2012/07/01 23:42:49
A kolacja się choć udała? :)
-
2012/07/02 00:45:17
Sama kolacja była fantastyczna. Dużo śmiechu, dużo wina, brak ofiar w ludziach po zjedzeniu moich popisowych dań. Ponoć jestem doskonałym materiałem na żonę :)
-
2012/07/02 07:21:39
Super historia. Uśmiałam się, aż mnie brzuch bolał. Tak Sib, jesteś wspaniałym materiałem na żonę ;--)
-
2012/07/02 12:34:00
hhahaaha, jaka relacja, pelen dramatyzm :)
-
2012/07/02 20:06:09
Też się uśmiałam.
i puentę popieram:-)
-
Gość: Asiek, *.neoplus.adsl.tpnet.pl
2012/07/06 23:25:10
heheheheh kocham Cie:D
-
2012/07/08 21:46:51
Doskonały materiał na żonę? A prezentowałaś się tak jak tutaj?;)
-
Gość: Exit 182, 130.76.32.*
2012/07/11 19:13:25
Hej,,,
Next time make potluck,,,,,
Musisz tylko zabezpieczyc picie (drinki itp)oraz szklo,, a to ci sie raczej moze udac,,

siberry(maupa)gazeta.pl


stat4u